niedziela, 12 maja 2013

Rozdział 57

Kolejny popis Fausta



W niesamowitej ciszy dotarli na peron 9 i 3/4, to było do nich niepodobne. Zwykle kłócili się w tym czasie, Snape obrażał żartobliwie Hermionę, ona odgryzała się mu, a córka dogadywała do tego wszystkiego. Teraz tylko Faust zachowywał się jakoś specjalnie głośniej, bo mruczał cicho, siedząc na rękach Amortencji, która go niosła. Sama Amortencja milczała jak zaklęta i smętnym wzrokiem poszukiwała Scorpiusa. Albus szedł obok, ale niemal białej czupryny nigdzie nie widziała. Westchnęła ciężko.
Bez pośpiechu wsiedli do pociągu, a Al znalazł im wolny przedział. Siedziała i czekała, aż zjawi się Scorpius, roześmiany, razem z Rose i wszystko będzie dobrze. On jednak uporczywie nie pojawiał się, nie zobaczyła jego bladoniebieskich oczu ani blond włosów i grzywki opadającej na czoło. Do Albusa się nie odzywała, patrzyła w milczeniu przez okno, na zlewające się ze sobą krajobrazy. Wkrótce widok z okna zmienił się, drzewa stały się bardziej dzikie, trawa rosła wyżej, na horyzoncie pojawiły się góry. 
Amortencja przebrała się w szkolne szaty, a idąc korytarzem usłyszała śmiech. Spojrzała w bok i w jednym z przedziałów ujrzała Scorpiusa, siedzącego obok rozchichotanej Rose. Najwyraźniej świetnie się bawili, rozmawiając ze sobą. "Nie, dosyć tego", pomyślała Tencja wściekle. Otworzyła drzwi przedziału.
-Ignorujesz mnie?- rzuciła w stronę wysokiego chłopaka.
Scorpius przestał się śmiać, a jego mina stała się buntownicza i wyzywająca. Powoli zaczynała tracić cierpliwość. Usiadła obok niego i spojrzała w jego bladoniebieskie oczy o stalowoszarych refleksach. 
-Chyba raczej ty.- mruknął, odwracając wzrok.
-Ja?- oburzyła się.-Ja? Nie ignoruję cię.
-To może inaczej.- odwrócił się do niej.-Panna Snape życzy sobie, abym przyszedł, potrzebuje mnie, więc mnie wzywa, jak jakiegoś pieska na posyłki.- prychnął wściekle.
Wraz z rozbrzmieniem słowa: "piesek", do przedziału przemknął Faust i wskoczył na kolana Scorpiusowi. Wtulił głowę w jego tors i zamruczał cicho. Scorpius odrobinę złagodniał. Amortencja mogłaby przysiąc, że kot puścił jej oko, jakby powiedział jej, że ma plan. Zmarszczyła brwi. Scorpius delikatnie pogłaskał Fausta, a potem otrząsnął się i znów spojrzał na dziewczynę. Zmierzyła go wzrokiem, ale pod wpływem jego oczu odrobinę zmieszała się i założyła czarne włosy za ucho.
-Jestem chłopcem na posyłki. Masz Albusa, po co ci taki ja?- zironizował Scorpius.
-Och, Scorpius, przestań. Może byłam trochę egoistką, prawda, ale naprawdę cię potrzebuję, jesteś moim przyjacielem.- westchnęła ciężko.
Nachylił się do niej trochę, twarz miał wykrzywioną złością.
-Słuchaj...
Nie dokończył. Faust wbił pazury w jego kolano, chłopak syknął z bólu i mimowolnie jeszcze bardziej się pochylił, co spowodowało tylko to, że położył swoje usta na ustach Amortencji, a ona o mało co nie dostała zawału. Zamiast jednak umrzeć na zawał, objęła jego twarz dłońmi i musnęła ustami jego dolną wargę.  Przeklęte, pewne siebie, geny ojca... Odsunęła się od niego powoli i spokojnie wyszła z przedziału.
Faust pobiegł za nią na sprężystych łapach. Scorpius został w przedziale z zaskoczeniem na twarzy i jakimś niedosytem na ustach.


Hogwart wyglądał wyjątkowo. Z daleka widać było palące się w nim światło, pochodnie błyszczały wesoło. Noc była piękna, gwiazdy jarzyły się na niebie jak małe świetliki, księżyc znajdował się wysoko i oblewał mdłą poświatą wierzchołki drzew w Zakazanym Lesie. Severus zerkał niespokojnie na, idącą obok Mary, która znajdowała się pod wpływem Imperiusa. Odruchowo wyciągnął rękę, by złapać dłoń Hermiony, ale ta odsunęła się i przyspieszyła kroku.
Odwróciła się, a wiatr rozwiał jej loki i zaniósł mu jej magnoliowy zapach.
-Ona niech cię złapie za rękę.- powiedziała beznamiętnie i niemal pobiegła do przodu. 
Mary jak robot wyciągnęła dłoń w jego stronę. Zmierzył ją pogardliwym spojrzeniem i westchnął.
-Ja...- zaczęła cicho.
-Och, zamknij się w końcu.- warknął i ruszył do przodu, zmierzając w ślad za Hermioną. 
Dogonił ją i położył jej rękę na ramieniu. Odwróciła się, a gdy zobaczyła jego zmartwioną twarz, zaparło jej dech w piersiach. Uspokoiła się i zachowała kamienną twarz. Założyła ręce na klatce piersiowej, w oskarżycielskim geście. Nie oczekiwała, że rzuci się przed nią na kolana i będzie przepraszał za zdradę, której się nie dopuścił, chciała tylko usłyszeć od  niego to jedno słowo: "Przepraszam". Już i tak wystarczająco zdenerwował zarówno ją jak i Amortencję.
-Hermiono.- zaczął łagodnie. 
Odwróciła wzrok z wykrzywionymi w grymasie ustami.
Mary zaczęła dziwnie patrzeć na księżyc i przełykać głośno ślinę. Hermiona rzuciła jej spojrzenie wyrażające odrazę. Była tolerancyjna. Przecież każdy wiedział, że nie miała nic, ani do wilkołaków, ani do centaurów, ani do skrzatów domowych. Zawsze walczyła o prawa magicznych stworzeń, dyskryminowanych przez czarodziei. Do Mary jednak czuła czystą nienawiść.
-Zajmij się swoim wilkołakiem.- rzekła i nie zwracając uwagi na męża przekroczyła próg zamku.
Severus jęknął przeciągle. Hermiona zaczynała go już tak denerwować. Nienawidził, kiedy tak go ignorowała. Nienawidził tego. I nie miał zamiaru płaszczyć się przed nią. Dlaczego on zawsze miał przepraszać? 

Uczta była ucztą jak wszystkie do tej pory. Właściwie, tylko uczniowie się zmieniali. Pierwszoroczni, przestraszeni siadali na stołku, zakładali starą, połataną Tiarę Przydziału, a potem rozchodzili się do domów. Gryfoni jak zwykle odważni, Ślizgoni dumni, Krukoni z tajemniczymi uśmiechami, a Puchoni, nadal przestraszeni. Puchoni może nie byli ani ponadto odważni, ani zbyt dumni, ale mieli wielkie serca. 
Albus siedział przy stole nauczycielskim, na swoim stałym miejscu, a po chwili dołączyła do niego Minerwa. Uśmiechnęła się, ale zaraz zbladła, widząc Severusa i Hermionę. Nie byłoby w nich nic nadzwyczajnego, Severus zawsze przy uczniach albo zachowywał kamienną, niezmienną twarz, albo wrzeszczał i wściekał się. Ale Hermiona? Hermiona na początku roku była albo zmartwiona albo szczęśliwa, zawsze trzymała męża za rękę i gładziła delikatnie skórę jego dłoni. Teraz siedziała z niewzruszoną twarzą, oddalona od niego w miarę możliwości i pogrążona w myślach. Minerwa złapała Albusa za rękę. Nachylił się do niej.
-Co jest?- spytała szeptem.-Co jest z nimi?
Albus wzruszył ramionami. Minerwa westchnęła i zwróciła się do Hermiony oraz Severusa z zatroskanym uśmiechem.
-Co się z wami dzieje?- zapytała głośno.-Jesteście tacy...- próbowała znaleźć odpowiednie określenie.-"Nie razem".- dokończyła.
O, dziwo, to nie Severus prychnął drwiąco, lecz, na Salazara Slytherina, Hermiona! Minerwa wytrzeszczyła na nią oczy. Hermiona odwróciła wzrok od twarzy męża i z wyższością patrzyła przed siebie. 
-Coś ty jej znowu zrobił?- syknęła w stronę Snape'a.
Zmierzył ją morderczym spojrzeniem.
-Ja? Dlaczego akurat ja, może to jest jej wina?- burknął i również odwrócił wzrok.
Jęknęła przeciągle.
-Jeszcze się rok nie zaczął, a wy już musicie się kłócić?- wykrzywiła usta w grymasie.-Nie możecie poczekać? Wy...
-Nie.- przerwali jej chórem i każde odwróciło głowę w przeciwną stronę.
-A nie możecie mieć temperamentów jak normalni ludzie? Oboje zachowujecie się jak naburmuszone królewny!- rzuciła w ich stronę.
-Hamuj się kobieto, pamiętaj, że ja nadal nie mam skrupułów przed rzuceniem Avady.- warknął Severus, nawet na nią, nie patrząc. 
Z westchnieniem opadła na oparcie krzesła. Wobec tych upartych osłów nie miała szans. Już dawno się z tym faktem pogodziła. 

________________________________________________________
Kobieta foch, wkracza do akcji : 3 Nie uważacie, że za dużo mają jednak tych kłopotów? Ledwo się przecież rok zaczął... XD

sobota, 11 maja 2013

Rozdział 56

Rozchwiani emocjonalnie



Hermiona westchnęła ciężko i objęła się ramionami jakby było jej zimno. To nic dla niego nie znaczyło i widziała to, wiedziała o tym. Mimo to, nie mogła znieść widoku tego krótkiego pocałunku. Chodziła tam i z powrotem, nie mogąc myśleć. Usiadła na kanapie i schowała twarz w dłoniach. Usłyszała kroki i znajomą rękę na ramieniu. Chciała odwrócić się i rzucić prowokujące spojrzenie mężowi, ale zamiast niego ujrzała Amortencję. Córka usadowiła się obok niej i objęła ją jednym ramieniem. Hermiona zagryzła nerwowo dolną wargę. Nie miała ochoty teraz patrzeć na Severusa, ani na swoją "severusopodobną" córkę. Wzięła głęboki oddech, wypuściła z płuc powietrze i niecierpliwie przeczesała włosy palcami.
-To Bella?- zapytała nagle czarnowłosa dziewczyna.
Hermiona niemal uśmiechnęła się. Och, jak bardzo chciałaby, żeby to była szalona i zakochana w Voldemorcie Bellatrix, a nie ta tleniona, napalona... Ale musiała przyznać, że na pewno ładniejsza od niej samej. I to było najgorsze. Mary miała rację. Jej niebieskie oczy, roziskrzone jak tafla jeziora w świetle księżyca, pociągła twarz i idealna sylwetka biły na twarz jej blizny i poskręcane włosy. 
-Nie.- westchnęła przeciągle Hermiona.-To Mary.
Amortencja wytrzeszczyła na nią czarne oczy. Hermiona wzruszyła ramionami.
-Nie powiesz mi chyba, że ta dziwka żyje?!- warknęła wściekle.
Hermiona spiorunowała córkę wzrokiem.
-Nie wyrażaj się.- rzuciła stanowczo.
Amortencja westchnęła i opadła na oparcie kanapy. Miała dość. Co roku to samo. Co roku jakieś kłopoty. Jak tak dalej pójdzie, to ona nie zacznie czwartego roku, a co dopiero ostatniego. Odwróciła twarz ku oknie.
-Ale ona jest dziwką.- powiedziała od niechcenia.
Hermiona uśmiechnęła się. Do pokoju wmaszerował czarny kot. Amortencja właśnie na to czekała. Kot zgrabnie wskoczył jej na kolana, a ona zaczęła głaskać go i drapać za uszami. Poza tym, że był trochę brudny, nic mu się nie stało i naprawdę ją to cieszyło. Gdyby nie on i jego durne, kocie, szczęście... Nagle wpadła na pomysł.
-Faust.- szepnęła.-Faust.- powtórzyła głośniej.
Na czole Hermiony pojawiła się drobna zmarszczka.
-Jaki Faust?- spytała.
Amortencja ucałowała czubek głowy kota. Hermiona z bladym uśmiechem pogłaskała delikatnie jego sierść, co wyraźnie mu się spodobało, bo zamruczał głośniej.
-Faust, mamo, oznacza szczęście, tak? Szczęśliwy, przynoszący szczęście, pomyślny.- rzekła w zamyśleniu Amortencja.-A ten kot taki właśnie jest.
-Widać, że jednak masz coś z matki.- usłyszały za sobą głos.
Odwróciły się i obie spiorunowały go wzrokiem. Najwyraźniej, mówiąc, że Amortencja odziedziczyła coś po matce, miał na myśli skłonności do wymądrzania się. Przysiadł się do nich, ale Hermiona odwróciła od niego wzrok. Amortencja gwałtownie wstała i odwróciła się na pięcie. Nie patrząc na niego, powiedziała:
-Możesz się w końcu ode mnie odczepić.
-Nie masz prawa mnie osądzać. Nie masz, a ja tak, bo wpakowałaś się do lasu, w którym grasował wilkołak. Czego oczekiwałaś?! Nie możesz zgrywać bohaterki przez całe życie, myślałem, że jesteś choć trochę rozsądna. A ty wykazałaś się gryfońską głupotą!- warknął wściekle.
Hermiona też wstała. Kot wdrapał się mu na kolana, a ten machinalnie zaczął głaskać go długimi palcami. Zamruczał głośno z zadowolenia. Kobiety rzuciły mu zniecierpliwione spojrzenia.
-Faust, idziemy.- rzekła z wyższością Amortencja.
Kot z wyraźną niechęcią zsunął się z kolan mężczyzny i dumnie, unosząc ogon pobiegł na lekkich łapach za swoją panią. Severus wykrzywił usta w grymasie.
-Zdrajca.- syknął cicho.
Faust prychnął na niego wściekle, a niebieskie oko zaiskrzyło mu się. Zielone jakby pociemniało. Hermiona zawsze miała słabość do dziwnych zwierząt.


Był tylko zwykłym kotem. Nie miał nic do powiedzenia w sprawach rodzinnych Snape'ów, a jednak wnosił coś do ich życia. Pocieszał Amortencję, poprawiał humor Hermionie, gdy jego pani tego nie widziała, wspierał Severusa. Właściwie, nikt nie potrafił głaskać tak jak on. Szczególnie, kiedy się czymś martwił, w stanie głębokiego zamyślenia sprawiał, że kot wielbił jego smukłe palce, które drapały go za uszami. Obiło mu się o uszy, że mieli kiedyś innego kota. Ten to musiał być szczęśliwy.
Chodził po domu i wyłapywał strzępki rozmów rodziców Amortencji, a potem szedł do pokoju Amortencji i na swój sposób zdawał jej raport. Była mu wdzięczna, tak bardzo starał się ją chronić i wywołać uśmiech na jej twarz.
Może i nie wiązał losów tej rodziny, ale sprawiał, że jeszcze się wszyscy nie pozabijali, zwłaszcza, że w jednym z pokoi znajdowała się Mary pod wpływem Imperiusa, naszpikowana całkowicie Eliksirem Tojadowym.


Amortencja wiedziała, że ten dzień nadejdzie. Rok temu cieszyła się na powrót do Hogwartu, dwa lata temu cieszyła się, że w ogóle pójdzie do Szkoły Magii i Czarodziejstwa, teraz nie miała pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Pakowała rzeczy do dużego kufra z ociąganiem i jakąś obawą. Może ojciec miał rację? Może nie powinna była zgrywać jakiejś wielkiej bohaterki? Wyciągnęła z kieszeni dżinsów zmiętą kartkę z przepisem na eliksir. W pierwszej chwili chciała ją podrzeć, ale kiedy dotknęła palcami pergaminu, nie była w stanie. Odłożyła kartkę do kufra.
Wyjrzała przez okno. Scorpius coraz rzadziej pojawiał się w swoim. Brakowało jej go. Nie wiedziała dlaczego, ale naprawdę jej go brakowało. Miała nadzieję, że jakoś to wszystko nadrobią. Spojrzała na łóżko, na którym wylegiwał się czarny kot i równo jak zegar, uderzał ogonem o pościel. 
Stwierdziła, że nie będzie schodzić na dół i stawać oko w oko z ojcem, jak na razie nie chciała go widzieć, a co dopiero prosić go o pozwolenie wyjścia na dwór. Na małej karteczce wybazgrała: "Przyjdziesz?" i podała ją kotu. 
Mogłaby przysiąc, że przewrócił oczami. Wybiegł z pokoju, a ona padła na łóżko, zmęczona całym tym pakowaniem. Czekała cierpliwie i myślała, że Scorpius zaraz pojawi się i jakoś ją pocieszy. Zamiast tego usłyszała prychnięcie i wzięła ze zdziwieniem kartkę od Fausta.


Dlaczego mam narażać się Twojemu ojcu, bo Ty tak chcesz? Nie jestem na każde skinienie, poproś Albusa, może on przyjdzie. Ostatnio przecież jesteście tacy nierozłączni.

Litery były drobne, a tekst najwyraźniej pisany z krzywym uśmieszkiem oraz jawną złośliwością. Wściekła opadła z powrotem na pościel i westchnęła przeciągle. A może była egoistką? Może jednak go wykorzystywała? Zrobiło jej się strasznie smutno, wtuliła bladą twarz w poduszkę, a lekko poskręcane w loki, czarne włosy, rozsypały się wokół niej. Do pokoju ktoś wszedł.
Odwróciła się i zobaczyła ojca. Nie miał najciekawszej miny. Usiadła po turecku i zmierzyła go wzrokiem.
-Spakowana?- zapytał oschle.
-Uważaj, bo się przed tobą rzucę na kolana i będę błagać o wybaczenie.- prychnęła wściekle, a Faust poparł ją zgodnie.-Nie mam zamiaru przepraszać. 
-Jak chcesz.- warknął niskim głosem.
Po chwili zjawiła się u niej Hermiona. Usiadła na łóżku obok córki i złapała ją czule za rękę. Amortencja spojrzała na nią spojrzeniem, typu "Avada Kedavra". Mimo dobrych chęci kobiety, Amortencja miała jej za złe mieszanie się w jej sprawy.
-Co to, jakiś pokój odwiedzin?- syknęła, patrząc prosto w czekoladowe oczy Hermiony.
-Coś ty mu zrobiła, jest jeszcze bardziej nabuzowany niż wczoraj!- rzekła Hermiona, nie zwracając uwagi na przytyk córki.
Amortencja wzruszyła ramionami. 
-Oboje zachowujecie się jak rozchwiane emocjonalnie kopie Bellatrix.- powiedziała Hermiona.
Amortencja właściwie nie zwróciła na to uwagi. Jej wzrok powędrował do okna. Widziała dom Scorpiusa, coś mignęło jej zza zasłon okna w jego pokoju. To chyba była blond czupryna jego włosów. Poczuła ukłucie w sercu. Zerknęła całkowicie poważnie na matkę. 
-Czy ja jestem egoistką?- rzuciła beznamiętnie.
Matka poklepała ją po ramieniu, potem przytuliła mocno i spojrzała w czarne oczy córki. Amortencja nie miała pojęcia, czego spodziewać się po Hermionie. Kobieta westchnęła, uśmiechając się i zakładając za jej ucho czarne włosy. Kosmyki w tej samej chwili wróciły na swoje miejsce, lekko skręcone.
-Tencja.- Amortencja słuchała uważnie, nawet zignorowała użycie zdrobnienia jej imienia.-Ty jesteś córką Snape'a.
I wyszła.

___________________________________________________________
Wcześniej dzisiaj :) I jak? ;D

Rozdział 55

Wielki powrót



Kot okazał się bardzo przydatny. Amortencja obserwowała go dokładnie z okna, więc widziała jak zgrabnie, nawet nie zauważony przeszedł przez ulicę i przemknął do domu Scorpiusa, a potem wyleciał z niego jak strzała i zaplątał się w nogi Luny, która upadła. Draco musiał pomóc jej wstać, a rzucanie przekleństw w kota, który uciekł trochę mu zajęło. W tym czasie Amortencja zdążyła zmienić się w ocelota i wybiec na sprężystych łapach z domu. Kiedy Draco i Luna odwrócili się, aby nadal obserwować dom Snape'ów, ona była już niedaleko lasu. Teraz nie liczyło się dla niej nic. Nie ważne było, że ojciec może ją za to zabić, że wilkołak może grasować w lesie, że jakaś "ona" wróciła. Teraz nie była człowiekiem, była zwierzęciem, miała takie instynkty, takie potrzeby. Tylko biec. 
Znalazła się pod osłoną lasu. Widziała wszystko wyraźniej, oddychała szybciej, czuła mnóstwo zapachów naraz, do wszystko uderzało jej do głowy. Odwróciła się i niemal warknęła na widok białej fretki oraz czarnego, dużego psa z wielkimi zielonymi oczami, błyszczącymi się jak gwiazdy.
Otrząsnęła się i skupiła uwagę na tym, co zostało w niej ludzkie. Jej łapy powoli zmieniły się w dłonie, sierść została rozwiana przez wiatr, oczy wróciły do normalności. Wzięła głęboki oddech i zobaczyła przed sobą chłopaków. Scorpius wyższy od Albusa, z niemal białymi włosami, z grzywką opadającą na oczy i Albus, z czarnymi włosami oraz z troską w zielonych tęczówkach. Westchnęła i poczuła nagłą potrzebę przytulenia, któregoś z nich. Nie mogła tak po prostu wybrać. Przygarnęła ich obu do siebie i stała tak przez chwilę. Potem odsunęła się i spojrzała na nich poważnie.
-Nowi Huncwoci, tak?- zapytała z pewnym trudem. Skinęli niepewnie głowami.-Mamy informację, że "ona" wróciła. Domyślam się, iż ona to Bella.
Miała wrażenie, że całą trójką wstrzymali oddech. Stopniowo uspokoiła się.
-Nie wiem jakim cudem uciekła z Azkabanu, jakim cudem stała się wilkołakiem, jeżeli się stała, mam to gdzieś.- rzekła stanowczo.-Nie chcę ani siebie, ani was narażać na niebezpieczeństwo, nie mam takiego zamiaru. Wyprawa do lasu, głupi pomysł. Lada dzień wracamy do szkoły. Zamierzam poszukać jakichś śladów. Tutaj.- wskazała gestem dłoni las dookoła.-Nie mam wprawy w szukaniu wilkołaków, ale tej... nieważne. Nie odpuszczę jej. Nie może się za nami po raz drugi włóczyć do szkoły.
Przez chwilę milczeli.
-Nie uważasz, że Ministerstwo, wie, że uciekła, jeśli uciekła?- zapytał podejrzliwie Scorpius.
-Tego nie możemy określić. Ministerstwo jest zawodne.- rzucił Albus.
-Nie w czasach, kiedy panuje Kingsley.- Amortencja posmutniała.-Ale mogą jej szukać po cichu, żeby nie wybuchł skandal.- uśmiechnęła się blado.
Wyciągnęła z kieszeni czarnych dżinsów złożoną kartkę i westchnęła.
-Mam tu też eliksir, który podobno uleczył częściowo Lupina.- odezwała się cicho.-Ale czy zdołam...- nie dokończyła. 
Szybko włożyła kartkę do kieszeni i z przerażeniem w oczach spojrzała przed siebie. Czerwone, dziwnie połyskujące na niebiesko ślepia wychylały się zza drzewa. Z gardła wilkołaka wydobywał się dziki charkot, jedną łapą nerwowo szurał po ziemi. Amortencja przełknęła ślinę i spróbowała wziąć się w garść. Wyciągnęła różdżkę. Zorientowała się, iż nie mogą czarować poza szkołą. Koniec.
Wielkie zwierzę zbliżało się do nich, warczało, szybko oddychało z charakterystycznym świstem. Obnażyło zęby, dziwnie pożółkłe i ociekające śliną. Amortencja zadrżała na dźwięk kolejnego dzikiego warknięcia. 
I wtedy, kiedy myślała, że to już koniec, że choćby chciała uciekać, wilkołak dogoniłby ich, że choćby chciała czarować, jej zaklęcia to marne próby podrabiania ojca, coś miauknęło donośnie i prychnęło z wyższością. Amortencja nie myśląc wiele, chwyciła za rękawy koszulek chłopaków i pobiegła jak mogła najszybciej. W biegu zmieniła się w ocelota, przyspieszyła i zmierzała prosto do domu.
Wyczuła coś znajomego. Czyżby magnolie? Dała Albusowi i Scorpiusowi znak i we trójkę zmienili się w ludzi. Hermiona i Severus biegli w ich stronę, Severus wyglądał jakby chciał poćwiartować obu chłopaków, a córkę rozedrzeć na strzępy, Hermiona wcale nie była weselsza. Zatrzymali się przy nich.


Severus nie wiedział, co miał myśleć. Szalała w nim taka złość na tę całą nową Złotą Trójcę, że nie mógł wytrzymać. Zatrzymał się przed córką i obdarzył ją tak jadowitym spojrzeniem, że zabiłoby trzech dorosłych ludzi. Ona jednak wyprostowała się i próbowała dodać sobie odwagi. Jeszcze bardziej go to rozzłościło. Czy ona nie mogła choć na chwilę przestać zgrywać przed nim bohaterki?
-Możesz mi łaskawie powiedzieć, co ci odbiło?!- syknął przez zaciśnięte zęby.
Pokręciła głową, zrezygnowana i z daleka usłyszała warkot wilkołaka. Jeżeli to wstrętne, wyrośnięte wilczysko zeżarło jej kota, to ona już mu pokaże.
\-Tato, nie pora na wyrzuty, wilkołak jest w lesie.- wybuchnęła.
Hermiona zrobiła przerażoną minę, serce na moment jej stanęło, na myśl o tym, że jej córka mogłaby zyskać, podobną do jej, bliznę. Severus zachował zimną krew. Wziął głęboki oddech i rozglądnął się dokoła. Dobrze, że w takich sytuacjach, w miarę szybko opracowywał plany działania.
-Wy.- wskazał na trójkę przyjaciół.-Do domu, już. Hermiona, idź z nimi.- zwrócił się do żony.
-Nie zostawimy cię.- powiedziały chórem i na milisekundę uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo.
Prychnął drwiąco.
-Nie czas na bezmyślną, gryfońską odwagę.- warknął wściekle.
Hermiona skinęła głową.
-Masz rację, Amortencja, wracajcie, szybko.
Charkot z lasu nasilił się. Najwyraźniej jednak wilkołak nie chciał opuścić granicy drzew. Hermiona zerknęła tam nerwowo. Miała złe wspomnienia, jeśli chodzi o wilkołaki. Westchnęła.
-Ale ja idę z tobą.- zwróciła się do Severusa.
Zanim zdążył zareagować złapała go za rękę i stanowczo ruszyła do przodu. Zrównał z nią swój krok i obejrzał się do tyłu. Amortencja wcale nie paliła się do odejścia, ale spostrzegła wzrok ojca, więc odwróciła się na pięcie i skierowała się w stronę domu, a wraz z nią chłopcy.
Dobrze. Severus właściwie nie wiedział, co zrobiłby córce, gdyby po tym wszystkim nadal obstawała przy zgrywaniu bohaterki. Spokojnie przeszli przez granicę lasu, granicę drzew i wszystko ucichło. Słychać było tylko pojedyncze szumy, szelest liści... Z wyciągniętymi różdżkami postąpili krok do przodu. Coś przebiegło ciężko za nimi. Severus odwrócił się, ale nic dziwnego tam nie zastał. "Co za banał, jak w tanim, mugolskim horrorze", pomyślał z niesmakiem. Kto zwykle ginął w takim horrorze pierwszy? On czy ona? Nie pamiętał. Znowu coś usłyszeli.
Kiedy odwrócił się, stanął twarzą w twarz z jakąś kobietą. W pierwszej chwili jej nie rozpoznał. Intensywny błękit jej oczu przygasł, odzyskała naturalny kolor włosów. Blond kosmyki miała poplątane i zmierzwione, usta spierzchnięte. Tylko, że ta dzika uroda i jakaś pewność w jej ruchach jeszcze bardziej przyciągała. Na pewno nie jego. Za dużo przez nią przeszedł, za dużo miał problemów. Ona jednak zbliżała się do niego coraz bardziej, coraz szybciej oddychając, z pozoru niewinnym, szaleńczym uśmiechem.
-Sev.- wymruczała.
Jej głos brzmiał inaczej. Jakby od dawna go nie używała. Z cichym westchnieniem ułożyła usta na jego ustach i zaczęła delikatnie, ledwie wyczuwalnie gryźć jego dolną wargę. Poczuł jak ręka Hermiony ze zrezygnowaniem wysuwa się z jego dłoni, bezwładnie i bez siły. W pierwszej chwili chciał oddać pocałunek, sam nie wiedział czemu. Jej usta smakowały jakoś dziwnie, inaczej niż słodkie usta Hermiony. Potem potrząsnął mocno głową i odepchnął kobietę tak, że upadła na ziemię. Uśmiechnęła się, niby przepraszająco i z chytrym uśmieszkiem zwróciła się w stronę Hermiony. 
-Co on widzi w twoich bliznach i szopie na głowie?- zapytała, bez cieniu złości, można by powiedzieć, nawet w miły sposób.
Hermionie ścisnęło się serce. Powstrzymała łzy i wycelowała różdżką w wysoką kobietę.
-Incarcerous.- powiedziała drżącym głosem.
Kobieta zaczęła rzucać się i próbowała uwolnić się z więzów, które niespodziewanie ją oplotły. Hermiona westchnęła i wzięła głęboki oddech.
-Petrificus Totalus.- szepnęła, ponownie celując różdżką w kobietę. 
Znieruchomiała.
-Teraz ją sobie nieś.- rzuciła do Severusa i odeszła, a za nią pomaszerował cały i zdrowy czarny kot.

__________________________________________________________
Cieszycie się z "wielkiego powrotu", co? xD Mam wrażenie, że te rozdziały piszę coraz później w nocy ^^

środa, 8 maja 2013

Rozdział 54

Szczęśliwy kot



Amortencja pokochała czarnego, dziwnego kota. Zadomowił się w jej pokoju, uwielbiała go głaskać, a jego mruczenie poprawiało jej humor. Od pseudo spotkania z wyciem wilkołaka nie zamieniała się w ocelota, nie było do tego okazji. Hermiona i Severus, znając wybuchową naturę córki mieli ją na oku, nie mogła się wymknąć tak po prostu do lasu i przywołać jeszcze Albusa oraz Scorpiusa. Siedziała w domu i się nudziła. Miała problem z wyborem imienia dla kota. Nie miała bladego pojęcia jak mogłaby go nazwać. Dała sobie z tym spokój przynajmniej na jakiś czas. Poza tym, dziwny kot rozumiał ją bez słów, podchodził, kiedy chciała, żeby był przy niej, dał się pogłaskać, gdy potrzebowała pocieszenia, denerwował ją, kiedy chciała się śmiać. Jak na razie to jej wystarczało.
Zaczęła się jednak martwić o szkołę. Jej ojciec pisał z Dumbeldorem i z każdym nowym listem był coraz bardziej zmartwiony. Bardzo chciała zobaczyć owe listy, ale wiedziała, że nie ma na to szans. Ojciec trzymał je w swoim gabinecie, potrafiła zdjąć zaklęcia obronne, ale te akurat były zaklęciami pozostawiającymi ślady, wykryłby kto zakradł się do pomieszczenia. Przynajmniej on sam tak mówił.
Dlatego myślała, że nigdy nie przeczyta ani zdania z pergaminu, nad którym Snape ślęczał dobre dziesięć minut i co kilka chwil zaciskał dłonie w pięści, jak w jakimś dziwnym rytuale. 
Widać szczęście dopisało. W końcu kiedyś musieli wybrać się na Pokątną. Hermiona spierała się z mężem, była przecież kwestia Amortencji. Snape zadecydował, że zostanie w domu. Tencja spodziewała się tego, ale nie dała nic po sobie poznać. Poszła do swojego pokoju z miną męczennika, a gdy zamknęła za sobą drzwi uśmiechnęła się szeroko. Po kilku momentach czekania kroki na dole ucichły, a ona pobiegła pod gabinet ojca. 
W zamyśleniu spojrzała na ciężkie drzwi, otoczone zaklęciami. Zaczęła zastanawiać się nad treścią zaklęć, albo inaczej: jak je obejść tak, żeby ojciec się nie zorientował. Potem nagle jej dziwny kot podbiegł do drzwi, podskoczył i chwycił się klamki. Amortencja chciała na niego krzyknąć, ale drzwi... otworzyły się. 
Amortencja uśmiechnęła się szeroko, ucałowała kota w czubek głowy, ale ten tylko prychnął lekceważąco i odszedł, unosząc dumnie dziwacznie zakończony ogon. Pokręciła głową z niedowierzaniem i nie tracąc czasu przestąpiła próg gabinetu. 
-Odwrócona psychologia, ale byłam głupia.- mruknęła do siebie, otwierając szybko szufladę biurka.
Wyjęła z niej kilka plików pergaminu i przeczesała wzrokiem kartki.

Drogi Severusie,
Myślę, że to ona wróciła. Nie wiem jak ocalała, nasz Remus wyraźnie zaznaczył, iż nic z niej nie zostało.

Przeszła do drugiego pergaminu, nie zważając na resztę tekstu.

Severusie,
To raczej nieprawdopodobne. Nie martw się, szkoła jest dobrze  chroniona. Nie możesz mieć najmniejszych wątpliwości, co do mojej kompetencji, prawda?

Uśmiechnęła się, zastanawiając się, co jej ojciec na to odpisał.

Sev, 
To było niegrzeczne i niestosowne. Myślałem, że wyżej mnie cenisz. Staram się jak mogę, próbuję zbierać składniki na eliksir, ale niestety to nie takie łatwe.

Zagryzła dolną wargę, na myśl o eliksirze.

Sev, 
Będę Cię tak nazywał, kiedy będę chciał. Musicie się tu zjawić z Hermioną, musicie mi pomóc. Najlepiej będzie jak przyjedziecie kilka dni przed rozpoczęciem się roku, składniki to naprawdę rzadkość i sama śmietanka wśród magicznych stworzeń.

Odłożyła listy, zorientowała się, że nie ma w nich wiele informacji. Jednak było ich sporo. Odeszła szybko do drzwi, ale zawahała się. Zrobiła krok w tył i sięgnęła po kartkę, która leżała obok pustego kociołka do eliksirów. Uśmiechnęła się szeroko. Wymknęła się z pokoju i zerknęła przez okno na ulicę. Spacerowali tam Draco z Luną, śmiejąc się i spoglądając, niby to nonszalancko w stronę domu Snape'ów. Ten przeklęty Ślizgon zostawił szpiegów. 
Zastanawiała się przez chwilę. Nerwowo przeczesała smukłymi palcami długie czarne włosy.
-Kocie.- szepnęła.-Ej... ty...
Kot zszedł po schodach z wyższością i spojrzał na nią krytycznie, jakby oczekując na zmianę imienia.
-Co ja ci na to poradzę, że nic sensownego mi do głowy nie przychodzi?- burknęła ze złością. Westchnęła.-Pomożesz mi?
Zniknął za ścianą. Podążyła za nim. Wskoczył bez problemu na biurko, a jego niebieskie i zielone, oczy błysnęły dziwnie w słońcu. Położył łapę na pergaminie i spojrzał na nią wymownie. 
Nagle zrozumiała. Wzięła pióro, zamoczyła je w atramencie, wybazgrała na małej karteczce: "Szukajcie ocelota". Podała kartkę kotu, a ten chwycił ją w zęby i skinął na nią głową.
-Zaniesiesz to Scorpiusowi? Tak, żeby cię nie zauważyli? Jeżeli tak, obiecuję, że do jutra będziesz miał nowe imię.- szepnęła.
Kot pobiegł w stronę drzwi. Skoczył wysoko i otworzył drzwi. "Ten durny kot przynosi szczęście."- pomyślała ze śmiechem. Wiedziała, że Scorpius ją zrozumie, był inteligentny. Sama nie mogła się zamienić w ocelota, to byłoby za bardzo dziwne, gdyby ją zauważono.


Severus zerkał ukradkowo na Hermionę. Uśmiechała się i w sumie wydawała się taka sama jak zawsze, ale on widział gdzieś na dnie jej czekoladowych oczu, gdzieś głęboko jakiś smutek i melancholię. Czy to przez niego? Nie odzywał się, a ona najwidoczniej albo nie zwracała na to uwagi albo uznała, że to normalne. Westchnął i pogładził lekko kciukiem skórę jej dłoni, którą splotła z jego ręką. Posłała mu uroczy uśmiech, ale nie zrobiła nic więcej. Zastanawiał się czy ta myśl o Lily tak ją zmartwiła.
Kupili potrzebne Amortencji książki i przybory, a potem wrócili do domu. Hermiona chciała iść na górę, ale Severus złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Bez słowa poprowadził ją do fotela, stojącego w kącie pokoju i kazał jej usiąść. Sam klęknął przy niej, patrząc jej w oczy. Te oczy były dla niego wszystkim. Co tam zielone oczy Lily, przy oczach Hermiony? Zieleń oczu Lily była dla niego tylko wspomnieniem. Wcześniej całym życiem, teraz tylko głupim sentymentem. 
Przyglądał się żonie z troską i miał wrażenie, że z każdą chwilą kochał ją coraz bardziej. Jej bliznę, jej policzki, jej długie rzęsy, jej słodkie usta, jej poskręcane loki...
Otrząsnęła się i chciała wstać, ale nie pozwolił jej na to.
-Sev, o co ci chodzi?- zapytała.
Wziął głęboki oddech.
-Jesteś smutna.- stwierdził ponuro.-To... to przeze mnie?
Pokręciła głową w przeczącym geście.
-Dlaczego przez ciebie? Nie, nie jestem smutna. Znajdujesz sobie nowe powody do zamartwiania się.- uśmiech wyszedł jej raczej blady.
Zbliżył się do niej i położył swoje usta na jej ustach, a kiedy stwierdził, że ona nie ma nic przeciwko temu pogłębił pocałunek. Starał się całować jak najmocniej i jak najlepiej, starał się pokazać jej jak bardzo ją kocha, jak bardzo jest dla niego ważna. Przez chwilę walczyła z samą sobą, zaufać mu czy nie zaufać? Nie potrafiła myśleć w takim stanie, opadła bezwładnie na oparcie fotela i wplotła palce w jego włosy. Po prostu je kochała. Ubóstwiała jego włosy i usta. Nie czuła nic i czuła wszystko. Nie mogła tego przetworzyć, radość, uwielbienie, strach, to wszystko mieszało się ze sobą. Po plecach przechodziły jej ciarki. Kiedy jego smukłe palce zaczęły błądzić po jej szyi jednocześnie zrobiło jej się zimno i gorąco. Nie wiedziała co tak naprawdę ma czuć. I ta Ognista. Choć praktycznie nigdy dużo nie pił, jego usta uzależniały i smakowały dokładnie tak jak ten trunek dla czarodziejów. Napawała się tym.
Oderwał się od niej powoli jakby chciał jeszcze przedłużyć tę chwilę. Otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz przed swoją twarzą. Był zupełnie poważny, a może nawet trochę wściekły.
-A teraz słuchaj.- powiedział spokojnie.
Spróbowała uspokoić oddech.
-Lily jest tylko wspomnieniem, głupim wspomnieniem.- westchnął ciężko.-Kochałem ją i kiedyś ona była dla mnie wszystkim, może nawet nadal ją kocham, ale mam ciebie.- rzekł stanowczo.-Ciebie kocham bardziej, jesteś dla mnie całym światem. Za każdym razem, kiedy patrzę w twoje oczy, myślę sobie, że nie zasługuje na ciebie. Gdy przygotowuję eliksir miłosny w parze, jaka unosi się nad kociołkiem plączą się twoje loki, nie loki Lily, w tafli wywaru widzę ciebie, twoje usta, twoje policzki, nie jej. Rozumiesz?
Nie mogła wydobyć z siebie słowa. Skinęła tylko głową. 
-Dobrze.- odszedł w stronę schodów. Zanim wszedł na górę, szepnął:-Moja piękna.- a ona uśmiechnęła się szeroko.
Dotarło do niej, że Severus Snape właśnie wyznał jej miłość w tak romantyczny sposób i w tylu słowach, że przez moment śmiała się sama do siebie. 
Potem Severus zbiegł na dół.
-Nie ma jej.
Za oknem słońce zachodziło i po okolicy powoli rozlewała się noc.

________________________________________________________________
Nie wiem dlaczego, ale jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału. :)

wtorek, 7 maja 2013

Rozdział 53

To c o ś i eliksir Lupina


Amortencja siedziała naburmuszona w swoim pokoju. Severus może nawet bardziej przejmował się Potterem niż wilkołakiem w pobliskim lesie. Jeśli to był wilkołak. Jak to miał w zwyczaju najpierw chodził w tę i z powrotem po pokoju, potem denerwował Hermionę, a następnie usiadł i już się nie odezwał. Westchnęła ciężko, patrząc na niego. Teraz w skupieniu pisał coś na pergaminie, włosy zasłaniały jego twarz. Starała skupić swoją uwagę na czymś innym, ale wciąż zerkała w jego stronę.
-Co piszesz?- zapytała w końcu.
Severus zawsze powtarzał jej, że jej wrodzona ciekawość kiedyś ją zgubi. Wiele razy upominał ją i starał się zgasić jej zapał do pytania o wszystko. Ona jaka uparta Gryfonka na pełny etat nic sobie z tego nie robiła. W takich sprawach nigdy go nie słuchała. Skrytykował ją spojrzeniem.
-List do Dumbeldore'a.- mruknął, nie przerywając pisania.
-Dlaczego nie wyślesz patronusa?- zdziwiła się.
-Dlaczego zadajesz tyle pytań?- warknął.
Miała dość. Podeszła do niego i położyła mu ręce na ramionach. Pogłaskała go po włosach, a on wyjątkowo nie wyzwał ją od "bezmyślnych Gryfonów". Uśmiechnęła się lekko i schyliła się, by pocałować go w policzek. Uważała, że za dużo się martwił, był spięty i bardziej drażliwy niż zwykle. 
-Nie możesz tyle się zamartwiać.- szepnęła.-Bo niby czym? Może to był zwykły wilk?
Wstał nagle i znów zaczął chodzić po pokoju. Hermiona patrzyła na niego przez chwilę, ale jego kroki dudniące w pomieszczeniu coraz bardziej ją denerwowały. Nie mogła tego dłużej wytrzymać. 
-Skoro już musisz chodzić, to może pójdziemy na spacer?- zapytała z nadzieją.
O dziwo, skinął niechętnie głową. Z uśmiechem splotła palce dłoni z jego palcami i wyszli z domu. Pogoda była piękna, jak zawsze wtedy, gdy zbliżał się koniec wakacji. Liście na drzewach poruszał chłodny wiatr, chmury przesuwały się leniwie po niebie. 
-Przepraszam.- wyszeptał ledwie słyszalnie.
-Wiem, że to cię przytłacza, ale czym ty się właściwie martwisz? Alem?- zachichotała.-Sev, oni mają dopiero po czternaście lat, będą chodzić, trzymając się za rękę i całować w policzek, póki nie skończą szesnastki. 
Zgromił ją wzrokiem.
-Naprawdę nie wiem, co wy macie z tymi Potterami. Jak nie ty, to ona, najpierw ty, teraz ona. Oni są jakoś specjalnie przystojni, inteligentni?- prychnął z pogardą.
Hermiona roześmiała się.
-Ach, więc o to chodzi. Jesteś zazdrosny. W niej, widzisz młodszą mnie.- powiedziała wesoło.
Burknął nieokreślone przekleństwo, coś o durnym rodzie Potterów, a potem westchnął głęboko. Tak naprawdę mało go obchodziło to, z kim jego córka trzymała się za rękę. Była tak uparta, że prędzej czy później i tak postawiłaby na swoim. Albus Severus Potter przypominał mu jednak Lily. W jego zielonych oczach widział jej spojrzenie, w jego uśmiechu, cień jej uśmiechu. Tak naprawdę bał się, iż Al okaże się podobny do babci. Bał się, że jego córka podzieli jego los. Wzdrygnął się mimowolnie. 
-Myślisz o niej.- nagle stwierdziła smutno Hermiona.
Pomiędzy jego brwiami pojawiła się mała zmarszczka. Mocniej ścisnął jej rękę. Jak ona tak łatwo interpretowała jego zachowanie? Sam Lord Voldemort nie zorientował się, że był szpiegiem, a jej, zwykłej kobiecie, wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz i już? 
-Jesteś zazdrosna?- sam nie wiedział, dlaczego o to zapytał.
Pokręciła głową z nikłym uśmiechem.
-Sev, ty zawsze będziesz ją kochał, choćby nie wiem co, nawet jeżeli w tym samym czasie kochasz najbardziej na świecie mnie.- rzekła z dziwną nutą w głosie.-Tylko, że ja nie zostawiłabym cię, nawet gdybyś pięćdziesiąt razy nazwał mnie szlamą. Bo o miłość się walczy.- Severusowi nagle przypomniało się, że jego córka powiedziała mu to samo.-Widać ona nie kochała.
Severus złożył pocałunek na jej skroni. 
-Dziękuję.- spojrzała na niego pytająco.-Za to, że mnie pokochałaś.
Potem uśmiechnął się chytrze.
-Mam pomysł. 
-Jaki?
-Dasz mi skończyć?- zniecierpliwił się.-Pomysł udobruchania Amortencji, myślę, że i tobie się spodoba.


Pokój Amortencji był raczej miłym miejscem. Przynajmniej dla niej. Mogła tam siedzieć, chciała pokazać im, że nie ma zamiaru się z nimi sprzeczać, bo i tak wygra. Scorpius nie odzywał się, Albus był u siebie w domu, po Rose ani śladu. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Podeszła do biurka, ale z przerażeniem stwierdziła, że nie ma ochoty czytać podręcznika do eliksirów. Nie mogła się skupić, w uszach dzwoniło jej wycie z wczorajszego wieczoru. 
Usiadła przy biurku i z westchnieniem włożyła słuchawki w uszy. Po chwili zorientowała się, że nawet muzyka nie jest w stanie zagłuszyć wspomnienia wycia. Miała serdecznie dość. Chodziła w kółko, po pokoju, rozmyślając. Doszła do wniosku, iż może jednak powinna skontaktować się ze Scorpiusem. Żwawym krokiem ruszyła w stronę okna i usadowiła się na wyścielanym parapecie. Czekała i czekała, cierpliwie, nawet za bardzo cierpliwie jak na nią. Nie pojawił się, a przecież zwykle to robił. 
Uśmiechnęła się chytrze pod nosem. Wyjęła z szuflady komody Uszy Dalekiego Zasięgu, dawno już ulepszone przez Freda i George'a. Wyszła na palcach z pokoju i spuściła Ucho poza barierkę schodów. Nasłuchiwała chwilę i z zadowoleniem zeszła po stopniach na dół. W domu panowała absolutna cisza. Amortencja postanowiła poszukać jakiejś ciekawszej książki do czytania, albo wyrwać się do gabinetu ojca, gdzie mogłaby uwarzyć jakiś eliksir. Ostatecznie zatrzymała się przy biurku Severusa i zerknęła na nie. Na blacie położony był zwój pergaminu, do połowy zapisany drobnym, pochyłym pismem Snape'a. Wzięła kartkę do rąk i przesunęła po niej wzrokiem.

Albusie,
Znowu się zaczyna. Mówiłem Ci. Amortencja usłyszała wycie w pobliskim lesie, prawdopodobnie wilkołaka. Nie pytaj lepiej, po prostu tam poszła, jak to ona. Błagam nie pisz, jaka to nie jest do mnie podobna, ja nie szwendałem się po lesie z Potterem. 
Myślę, że trzeba będzie załatwić składniki do eliksiru, który uleczył częściowo Lupina. 
S.S.

Amortencja prychnęła lekceważąco. Odrzuciła list na biurko. Zaciekawiło ją jedno: eliksir, który częściowo uleczył Lupina. Zaczęła zastanawiać się jak stary albo wręcz przeciwnie, jak nowy musi być przepis na eliksir? Jakich składników ojciec potrzebował, jak je znaleźć? Nie zagłębiła się całkowicie w rozmyślaniach, więc częściowo docierało do niej to, co działo się wokół. Usłyszała dziwny trzask i rozpoznała dźwięk kichania i kaszlenia, po podróżowaniu kominkiem. 
Pobiegła szybko do swojego pokoju, wzięła podręcznik do rąk i usiadła w fotelu, udając znudzoną. Była w tym świetna.
Po chwili jednak ktoś zapukał do jej drzwi, wszedł Snape z Hermioną. Hermiona uśmiechała się szeroko i była w ogóle jakaś taka rozpromieniona, jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Severus stał obok niej i w milczeniu przyglądał się córce. 
-O co chodzi?- zapytała rodziców, obojętnym tonem.
Snape uśmiechnął się przebiegle i wyjął zza pleców c o ś dziwnego. Na pierwszy rzut oka to c o ś wyglądało jak futrzana kulka. Postawił to coś na podłodze i czekał na reakcję córki. Hermiona wpatrywała się w to c o ś z czułością. Amortencja spostrzegła, że to c o ś nie było c z y m ś, a zwykłym kotem. Zwykłym. Tak... Kot  był smukły i poruszał się z gracją, jego czarna sierść połyskiwała, a ogon, którego koniec był dziwnie puchaty, jak szczotka do czyszczenia butelek, zawadiacko unosił ku górze. Jedno oko miał niebieskie i błyszczące, drugie intensywnie zielone. Węszył wokół siebie i prychał na wszystko, zachowywał się z dumą i wyższością, nie okazywał zainteresowania niczym. Podszedł powoli, na sprężystych łapach do Amortencji, wskoczył jej na kolana i zwyczajnie zasnął. Nic poza jego mruczeniem nie było w tejże chwili słychać w pokoju.
Amortencja bała się poruszyć. Kot spodobał jej się i chciała zdobyć jego zaufanie. 
-To dla mnie?- szepnęła w stronę rodziców.
-Tak. Nie ma imienia.- powiedziała Hermiona jakby to była najlepsza wiadomość na świecie.-Świetny jest, prawda?
-Twoja matka ma skłonności do dziwnych zwierząt.- uzupełnił Snape.
Amortencja uśmiechnęła się.
-Dziękuję.
Przesunęła niepewnie dłonią po sierści kota, a ten zamruczał głośniej. Od raz go pokochała.

poniedziałek, 6 maja 2013

Rozdział 52

Wycie


Wakacje chyliły się ku końcowi, a jednak nikt w Dolinie nie chciał o tym myśleć. Nie dopuszczali do siebie czegoś takiego, zwłaszcza, zważając na to, co zdarzyło się w poprzednich latach nauki w Hogwarcie. Amortencja siedziała albo zamknięta w swoim pokoju i obrażona na cały świat poza Scorpiusem i Rose albo włóczyła się z nimi po miasteczku. Ona nie zapominała tak łatwo, nawet jeśli Albus nie zdążył jej obrazić, wiedziała, co takiego chciał powiedzieć o Huncwotach. Pomyślała, że jeśli ktoś jeszcze raz nazwie ich Nowymi Huncwotami, to ją szlag trafi. A ona niby za kogo miała robić? Za Lily? Prychnęła sama do siebie.
Wyszła z domu i chłodny wieczorny wiatr uderzył ją w twarz. Nie lubiła siedzieć bezczynnie. Wolała już iść na spacer i popatrzeć na iskrzące się nad jej głową gwiazdy niż znowu słuchać muzyki i zastanawiać się nad tym wszystkim. 
Zadarła głowę. "No, to jest już śmieszne", prychnęła ze złością. Niebo było całkowicie ciemne, poza lekko zaróżowionym horyzontem, pozostałością po zachodzącym słońcu. Nie widniała tam żadna gwiazda, tylko wielki, okrągły księżyc rozświetlał okolicę nikłym blaskiem. Zrobiło jej się zimno, spróbowała otulić się szczelniej turkusowym swetrem. Pożałowała, że włożyła czarne, krótkie spodenki. Nie miała zamiaru jednak wracać do domu i ruszyła przed siebie. 
Byłoby dobrze, gdyby nie pojawił się Albus. Kiedy przechodziła obok jego domu zauważył ją i wybiegł za nią. Przyspieszyła kroku, bo nie miała ochoty słuchać jego tłumaczeń, czy czegokolwiek, co zamierzał powiedzieć. 
-Tencja.- położył jej rękę na ramieniu. 
Wzięła głęboki oddech.
-Nie nazywaj mnie tak.- odwróciła się, ale nie uszła nawet kilku kroków.
Dogonił ją i znowu położył jej rękę na ramieniu. Zgromiła go wzrokiem i strąciła ją stanowczo. Odsunęła się i spojrzała na niego wyczekująco.
-O co chodzi?- zapytała z wyższością.
Z roztargnieniem przesunął dłonią po czarnych włosach, które już i tak były rozczochrane, jak zawsze zresztą. Pod tym względem przypominał jej Jamesa, przynajmniej tego z opisu ojca i dlatego nie lubiła jak tak robił. Kiedy tak na niego patrzyła, widziała jednak, że ten ruch był raczej czymś w rodzaju szczerej skruchy. Zachowała kamienną twarz.
-Słuchaj, Amortencja, ja wcale nie miałem nic złego na myśli.- westchnął ciężko.-Wiem jak to mogło zabrzmieć, ale nie chciałem się zachwycać Huncwotami, wiem, że w szkole byli straszni. Nie chcę, żebyśmy tacy byli, chodziło mi o inicjatywę spędzania czasu razem, o to, żebyśmy nie byli jak wszyscy uczniowie, żebyśmy zostali przyjaciółmi na dobre i na złe, rozumiesz?- spojrzał na nią.
Odwróciła wzrok od jego zielonych oczu w kształcie migdałów i zacisnęła usta w wąską linię, walcząc z emocjami. I nagle zdała sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego. Te zielone oczy o czymś jej przypomniały. Jak musiała teraz wyglądać, ile przykrości mu sprawiać? Nagle złagodniała. Poczuła się jakby udawała Lily, obrażającą jej ojca za jedno głupie słowo. Za ostro zareagowała. Ale przecież zawsze tak robiła, zawsze jakoś wszystko brała na poważnie.
Z cichym westchnieniem przytuliła się do niego. Zrobiło jej się cieplej na sercu, objął ją i mocno trzymał.
-Masz rację, jestem idiotką. Przepraszam.- wyszeptała.
Pogłaskał ją po włosach.
-Nie jesteś idiotką, rozumiem, że nie trawisz Huncwotów, z powodu ojca.- powiedział cicho.
Skinęła w milczeniu głową i uśmiechnęła się. Złapała go za rękę i splotła swoje długie palce z jego palcami. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, miał takie ciepłe dłonie. Zamierzała pójść w stronę domu, ale zamiast tego stanęła jak wryta. Za nimi rozległo się wycie wilka. Och, jak ona by chciała, żeby to był tylko jeden głupi, zwykły wilk. Spojrzała na Ala i skinęła głową. Zmieniła się w ocelota, a przemianie jak zawsze towarzyszyło dziwne uczucie i jakieś ciarki. Nie potrafiła tego określić.



Hermiona martwiła się o córkę. Bolało ją to, iż ufała bardziej Severusowi, niż jej. Wściekała się, bo z nią ledwie utrzymywała rozmowę, a z ojcem śmiała się i żartowała najswobodniej na świecie. Wiedziała, że Severus był wzorem dla córki, ale w pewnym sensie czuła się zazdrosna, to jemu zwykle zwierzała się z problemów, to do niego biegła, kiedy w Hogwarcie zdarzyło się coś złego. Czasem myślała, że to być może wina tej utraty pamięci w poprzednim roku. Ale to przecież nie była jej wina!
-Tak właściwie, gdzie ona jest?- zapytała Severusa.
Westchnął ciężko i rozłożył ręce jak do uścisku. Podeszła i przytuliła się do niego.
-Na spacerze.- rzekł spokojnie.
Wyjrzała przez okno. Nie wiedziała, czego się spodziewać po córce o charakterze Severusa.
-Jest późno.
-A ona nie jest dzieckiem.- zaprotestował szybko.
Spojrzała na niego z czułością. Wciąż ją zaskakiwał. Jego czarne włosy sięgały mu ramion, niesforny kosmyk opadał na policzek, ciemne, nieprzenikliwe oczy patrzyły na nią z troską, o jaką nie podejrzewałaby tego akurat profesora eliksirów. Miał pociągłą twarz i niezdrową cerę, którą kochała. Wszystko w nim kochała.
Ale o to stwierdzenie, że Amortencja nie jest dzieckiem by go nie podejrzewała.
-Nie jest?
Usiadła obok niego na kanapie i splotła swoje palce dłoni z jego palcami.
-Mam wrażenie, że raczej nie.- powiedział.
-Mam wrażenie, że raczej tak.- odgryzła się.
-Nie kłóć się ze mną.- zaprotestował.
-Będę się kłócić, dopóki starczy mi argumentów.- uśmiechnęła się szeroko.
-Głupia Gryfonka.- prychnął drwiąco.
Westchnęła ciężko i jej wzrok zatrzymał się na oknie, wpatrywała się w nie w skupieniu. Na wpół świadomie znowu zaczęła bawić się jego włosami. Nie wiedziała nawet, że to robiła póki nie warknął na nią groźnie. Lubiła jego włosy, a kiedy o czymś myślała, zastanawiała się, to właściwie nie obchodziło ją co dzieje się wokół. Otrząsnęła się i wybuchnęła melodyjnym i nieopanowanym śmiechem. Kosmyki jego włosów splecione były w pojedyncze warkoczyki.
-Ja je zetnę, obiecuję.- syknął, przez zaciśnięte zęby.-Bezmyślny Pufek.- dodał.
-Nie pozwolę.- zadeklarowała całkowicie poważnie, ale gdy spojrzała jeszcze raz na czarne warkoczyki parsknęła śmiechem.



Amortencja pomyślała, że to głupi pomysł. Bardzo głupi. Oni jednak jako animadzy pobiegli w stronę najbliższego lasu. Przekroczyli granice miasteczka i zapuścili się dalej niż zamierzali. Wycie ucichło. Ucichło, a potem ze zdwojoną siłą wzrosło. Amortencji aż sierść zjeżyła się na karku. Drzewa, rzucające długie cienie peszyły ją, niebo było teraz całkowicie ciemne, ani jednej gwiazdy, księżyc za czarnymi chmurami. Spojrzała na Albusa.
Pies nie wyglądał najlepiej. Oboje stwierdzili, że lepiej ulotnić się niż głupio i nierozsądnie narażać życie. Powoli, krok za krokiem, oglądając się na wszystkie strony, w miarę możliwości, wyszli z lasu i biegiem wrócili do miasteczka. Wiatr był teraz ostry i nieprzyjemny, ale wyostrzony wzrok Amortencji oraz jej koci węch płatał jej figle, wyobrażała sobie nie wiadomo co. Skupiając się na celu powoli poczuła jak jej ręce i nogi wydłużają się, futro znika wraz z wiatrem. Oczy stopniowo odzyskały prawdziwe pole widzenia człowieka, pazury zniknęły. Przeciągnęła się, wciągnęła nosem nocne powietrze i ruszyła przed siebie, trzymając za rękę Albusa.
Turkusowy sweter wcale nie dawał jej ciepła, którego potrzebowała, oglądała się za siebie z niepokojem. "Skup się, skup...", mówiła sobie w głowie. Zaczęła się zastanawiać nad wyciem. Kilka razy w życiu słyszała zawodzenie wilkołaka, nawet nie tak dawno, ale teraz po prostu nie mogła myśleć. Zerknęła na chłopaka. Patrzył uparcie przed siebie i mocno zaciskał szczękę.
Pogłaskała go po ramieniu. Skinął głową z bladym uśmiechem.
Weszli do domu Amortencji, a ona głupia dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że trzeba będzie im to wyjaśnić. Postanowiła zachować kamienną twarz. Hermiona z przerażoną miną weszła do przedpokoju i uśmiechnęła się chytrze.
-Masz rację, Sev, nie jest już dzieckiem.- zaśmiała się krótko.
Severus zmierzył spojrzeniem córkę, a jego prawa brew uniosła się tak wysoko jak nigdy dotąd, gdy jego wzrok zatrzymał się na złączonych dłoniach Albusa i Amortencji. Usta miał wykrzywione w drwiącym grymasie.
-Tato, proszę, możesz się teraz nie zajmować zwalczaniem wszelkich Potterów w twoim życiu?- Amortencja westchnęła.-Słyszeliśmy w lesie wilkołaka.
Hermiona wytrzeszczyła na nich czekoladowe oczy.
-Co?- zdziwiła się.
Amortencja opowiedziała im historię, pomijając szczegóły o animagach i myśleniu o sprawdzeniu, czy to naprawdę wilkołak. Sądząc po minach rodziców sytuacja nie wyglądała najlepiej, choć starała się ją w jakiś przystępny sposób przedstawić. Severus wyglądał jakby zaraz miał rozerwać Albusa na strzępy, ten starał się pokazać Amortencji, iż nie boi się jej ojca.
-Mam rozumieć, że wy, szwendaliście się po lesie, z którego dochodziło wycie wilkołaka?!!!- wrzasnął najgłośniej jak mógł Snape.
-To była pierwsza myśl, sprawdzić.- rzekła ze stoickim spokojem Amortencja.
Severus prychnął najbardziej lekceważąco jak mógł.
-Potterowie.- warknął.-Same kłopoty.


______________________________________________________
Nie nudzi Wam się to? Bo mnie jakoś wena ostatnio opuściła :/

niedziela, 5 maja 2013

Rozdział 51

 Drażliwy temat Huncwotów


Wakacje płynęły jak zwykle, jak rok w rok. W Dolinie nic się nie zmieniło, poza tym, że Evanna zamieszkała z Nevillem i to jego teraz zadręczała swoim wiecznym entuzjazmem i chęciami do rozmowy. A jemu to się podobało. Severus czasem zastanawiał się jak mocno trzeba być zakochanym, żeby coś takiego wytrzymać. Nie wiedział, iż każdy tak postrzega nie tylko Evannę. Harry, patrząc na Draco i Lunę, zadawał sobie to samo pytanie, Ron zachodził w głowę jak można na dłużej wytrzymać w jednym pokoju z Panną Wiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej. Nigdy nie lubił tego jej wywyższania się ponad innych, mniej inteligentnych i zarozumialstwa. Koło zamykało się i i toczyło dalej. Życie w Dolinie Godryka było proste i zwykle szczęśliwe. A przynajmniej ci z czasów Harry'ego tak podobierali się w pary, że byli absolutnie szczęśliwi. "Dopóki nie zacznie się nowy rok...", pomyślał z lekkim uśmiechem Severus. Był niemal pewny, iż i w tym roku coś się wydarzy. 
Spojrzał na siedzącą obok Hermionę. W skupieniu i z poważną miną czytała książkę, którą trzymała na kolanach, loki zasłaniały częściowo jej twarz, wzrok przesuwał się od zdania do zdania. Za oknem słychać było ptaki, blady blask słońca oświetlał jej twarz. Odgarnął delikatnie jej włosy za ucho.
-Jak myślisz, co stanie się w tym roku?- zapytał łagodnie.
Spojrzała na niego z przerażeniem. Blizna na jej twarzy wcale mu nie przeszkadzała, w ogóle, przestał nawet na nią zwracać uwagę. Wręcz przeciwnie, w pewnym sensie stali się podobni. On miał pełno blizn, a to po ojcu mugolu, a to po Czarnym Panie, który zawsze chodził zły, chyba, że jego uwagę od torturowania odwróciła chwilowo Bella. Cieszył się, bo przez te lata gdzieś głęboko nadal myślał, że Hermiona może po prostu go rzucić, powiedzieć, że jest dla niej za stary, za brzydki. Teraz nie mogła tak powiedzieć, teraz byli tacy sami, przynajmniej pod względem blizn.
-A może chociaż raz przeżyjemy rok w Hogwarcie spokojnie?
Zerknęli na siebie, a Hermiona parsknęła śmiechem. "Spokojnie" i "Hogwart" nie mogły występować w jednym i tym samym zdaniu. To był ewidentny oksymoron. Jakby czasy nie były spokojne, Hogwart i tak pozostanie szkołą pełną tajemnic do odkrycia i niebezpieczeństw. Dopóki jednak strzegli tego wszystkiego odpowiedni ludzie, jak na przykład Dumbeldore wszystko było w miarę dobrze.
-Nie powiedziałam tego.- Hermiona przestała się śmiać.-Zapomnij.
Popatrzyła na niego i odłożyła książkę. 
-Czy my naprawdę nie możemy przeżyć normalnie jednego roku w tej szkole?- przytuliła się do niego.
-Widać nie.- oparł podbródek na jej głowie.-A zauważyłaś, że to jakoś tak synchronizuje się według waszych kłopotów? Znaczy, kłopotów Pottera i świty?- uniósł lekko prawą brew, jak to miał w zwyczaju.
Odsunęła się na tyle, by spojrzeć mu z rozbawieniem w oczy.
-Świta?
-Tak. Co prawda, całkiem zgodnie to raczej nie idzie. Bellatrix była na waszym piątym roku i szóstym, jakoś tak.- powiedział całkowicie poważnie.-Za to wilkołak był na trzecim. Jak myślisz, co teraz, Turniej Trójmagiczny, Komnata Tajemnic czy szukanie horkruksów?
Obdarzyła go spojrzeniem pełnym niemego strachu i wyrzutu.
-Zwariowałeś? I czyich horkruksów, bo jakoś nie pamiętam, żeby Tom ostatnio się odzywał?
-Nie wiem. Ale Potter ma wrodzony talent do ściągania na siebie kłopotów. Scorpius też.- wzruszył ramionami.
-Nasza panna Snape też ma do tego żyłkę.- rzekła spokojnie Hermiona.-To chyba po ojcu.- dodała, uciekając wzrokiem w bok i śmiejąc się.
Przyciągnął ją do siebie brutalnie, tak blisko, że stykali się nosami, a twarz miał poważną, niewzruszoną. Nie poczuła nawet cienia strachu, ona już za dobrze znała te jego gierki. Nigdy jej nie skrzywdził i wiedziała, że nie byłby w stanie tego zrobić.
-Uważaj, bo wyszłaś za byłego śmierciożercę.- warknął.
-Jesteś uroczy, jak się złościsz i przestań grać i tak nie uwierzę.- powiedziała i złożyła na jego ustach ostrożny pocałunek. 
Skrytykował ją spojrzeniem. 


Amortencja właściwie też zaczęła się już zastanawiać, co znowu się wydarzy. Hogwart był nieprzewidywalnym miejscem, nawet w najspokojniejszych czasach. Zwykle się tym nie przejmowała, robiła to co zawsze. Razem z Rose, z którą zaprzyjaźniły się podczas wakacji, Alem i Scorpiusem swoimi pomysłami coraz bardziej denerwowali swoich rodziców. We trójkę ćwiczyli zdolności animagiczne i już wszystko świetnie im wychodziło. Tylko Amortencja i Scorpius nie mogli tak po prostu chodzić ulicami miasteczka, bo skąd w Dolinie Godryka Gryffindora biała fretka i mały ocelot? Albus także nie mógł się wychylać, jego ojciec zapewne zinterpretowałby jego widok jako powrót Syriusza.
Zebrali się na placu zabaw, tam gdzie zwykle. Rose też przyszła. Słońce już zachodziło, z drzew nadal rozlegał się śpiew ptaków, lekki wiatr rozwiewał czarne włosy Amortencji i blond loki Rose, które odziedziczyła po matce.
-Tak, więc co planujemy?- zapytał nagle Albus.
Wszyscy zwrócili na niego spojrzenia. 
-Co masz na myśli?- Scorpius posłał mu podejrzliwe uniesienie brwi.
-Właśnie.- dodała Amortencja.
Albus uśmiechnął się tajemniczo.
-Jesteśmy Nowymi Huncwotami. Zamierzamy siedzieć bezczynnie?- w jego zielonych oczach pojawił się błysk.
-No, chyba nie zamierzasz zwalać nam na głowę kolejnych kłopotów.- oburzyła się Amortencja.
Rose poparła ją skinieniem głowy, choć sama  za bardzo nie kwalifikowała się do Nowych Huncwotów. Byli w oddzielnych domach, więc nie za często widywali się w Hogwarcie, to ich rozdzieliło. Rose nad tym ubolewała, ale miała przecież też swoje przyjaciółki w Gryffindorze. 
-Nie, nie kłopotów.- Albus zamyślił się.-Nie wiem, mam wrażenie, że powinniśmy coś zrobić. Poprzedni Huncwoci...
Nie dokończył.
-Poprzedni Huncwoci byli skretyniałymi dzieciakami, którzy znęcali się nad innymi dla zabawy i nie liczyli się z uczuciami innych.- wypaliła błyskawicznie Amortencja.-Jedyne, co potrafili to szpanować tym, że umieją grać w quidditcha albo, że dziewczyny się za nimi oglądają. Za grosz inteligencji, za grosz rozsądku. 
Wstała gwałtownie i ruszyła przed siebie. Nienawidziła, gdy ktoś zachwycał się poprzednimi Huncwotami. Nienawidziła, gdy ktoś mówił, jakimi to nie byli bohaterami. Prawda, każdy w młodości popełnia błędy, ale oni... A szczególnie James. James nie dość, że znęcał się nad jej ojcem, to jeszcze zabrał mu Lily. Dlaczego niby miałaby ich wspominać i opowiadać o ich bohaterstwie, skoro w dzieciństwie byli takimi kretynami? Jej ojciec też święty nie był, ale gdyby nie oni, może nie zostałby śmierciożercą, może Lily nie odeszła by do Pottera, może jej ojciec miałby normalne wspomnienia z dzieciństwa?
Poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciła się z zamiarem uderzenia Albusa w twarz, ale zamiast niego zobaczyła Rose i Scorpiusa. Przytuliła się do nich, kilka łez spłynęło po jej bladych policzkach. Scorpius otarł je czule. Uśmiechnęła się do niego i pokiwała głową jakby chciała dać znać, że wszystko w porządku. 
Poprawiła czarną torbę na ramieniu i wzięła ich oboje za ręce. Wszystko, byle tylko, żeby znowu nie spojrzeć prosto w zielone oczy Albusa. 
-Zostaniecie ze mną?- zapytała, kiedy znaleźli się pod drzwiami jej domu.
Oboje skinęli głowami i na palcach przeszli po schodach do jej pokoju. 


Hermiona siedziała na kanapie obok Severusa i zamyślona, bawiła się jego włosami. Miała wrażenie, że ten rok będzie jeszcze gorszy niż poprzednie i to ją dołowało. Severus warknął coś bliżej nieokreślonego. 
-Możesz przestać bawić się moimi włosami?- burknął wściekle.-Zetnę je i będzie spokój.
Spojrzała na niego i stwierdziła, że powiedział to poważnie. Wybuchnęła śmiechem. Snape bez długich włosów?! Nawet go sobie tak nie wyobrażała, mało tego, nigdy nie pozwoliłaby mu ich całkowicie ściąć. Kochała je, tak jak on kochał jej loki. Starała się uspokoić, ale gdy tylko spojrzała na jego niewzruszony wyraz twarzy, parskała na nowo niepohamowanym śmiechem. W końcu przyciągnął ją do siebie i pocałował najmocniej i najbardziej zachłannie jak mógł. Wstrzymała oddech i wplotła palce w jego włosy. Oderwał się od niej z chytrym uśmieszkiem.
-Przynajmniej przestałaś się śmiać.- mruknął.
Uśmiechnęła się szeroko. Nagle zdała sobie sprawę z tego, że naprawdę powoli robiło się ciemno, słońce już zachodziło, a Amortencji jeszcze nie było. Siedziała przez chwilę w milczeniu, a potem wstała i skierowała się do drzwi.
-A ty gdzie się wybierasz? Instynkty wilkołaka się odzywają?- prychnął drwiąco.
Zagryzła dolną wargę, och jak go to wkurzało. Podążył za nią, objął ją i spojrzał prosto w jej czekoladowe oczy. Ze smutkiem pomyślał o zielonych oczach Lily, ale odgonił od siebie tę myśl. Hermiona była najlepszym, co mogło mu się przytrafić. 
Złapał ją za rękę i poprowadził do pokoju Amortencji, zapukał, otworzył drzwi, odsunął się, nawet tam, nie patrząc i uśmiechnął się z triumfem. Hermiona pokręciła głową i pokazała mu język, po czym weszła do pokoju.
Amortencja siedziała na podłodze razem z Rose i Scorpiusem. Na biurku z ciemnego drewna leżały duże słuchawki, oczywiście z flagą brytyjską, bo córeczka tatusia sobie takie ubzdurała, kilka zeszytów i podręczniki do eliksirów. Na komodzie stały zdjęcia, które poruszały się, była tam i sama Hermiona i oboje rodziców Amortencji i ona sama. Ściany pokoju miały bladozielony kolor, oczywiście córka odziedziczyła po ojcu także gust. W wazonie na półce, obok licznych książek znajdował się wazon z zasuszonymi różami. 
-Kiedy wróciłaś?- zapytała Hermiona, uśmiechając się do nich.
-Niedawno.
Hermiona skinęła głową. 
-Coś się stało, gdzie jest Al, mi możesz powiedzieć.- odezwała się znowu.
Amortencja pokręciła głową.
-Wszystko w porządku, może później ci powiem.
-Spokojnie. Nie będę wam przeszkadzać, nie siedźcie długo.
Skinęli głowami i Hermiona wyszła. Severus objął ją jednym ramieniem i zeszli na dół. Kiedy znowu usiedli na kanapie, a Snape wziął książkę na kolana, westchnęła ciężko i położyła głowę na jego torsie.
-Czasem myślę, że ona ma większe zaufanie do ciebie niż do mnie.- wyszeptała.
Pogłaskał ją po włosach i pocałował czubek jej głowy.

______________________________________________________
A, nie mogłam wymyślić jak im tym razem utrudnić życie. Okazało się, że to wcale nie takie trudne xD Tak jakoś smutno wyszło, na skutek słuchania ciągle "Down" Jasona Walkera i oglądania na okrągło wspomnień Severusa. Zamierzam założyć bloga z miniaturkami, co o tym myślicie? ;D