niedziela, 21 kwietnia 2013

Rozdział 39

Zapach magnolii



Tajemnica Remusa przytłaczała wszystkich. Lupin patrzył na Hermioną jakby prosił, by z nim porozmawiała. Serce się jej krajało i postanowiła, że wybierze się z nim na spacer. Nie zważała na skargi i gniewne pomruki męża, podjęła decyzję i nie zamierzała jej zmienić. Nie była taka, a on doskonale wiedział, o tym, że jej charakter nigdy nie należał do charakterów kobiet poddających się. Każdy zastanawiał się, co mogły znaczyć trzy słowa, wszyscy jednak skłaniali się do teorii Severusa.
-Tylko, że wilkołaki nie zabijają, a centaurów w wilkołaki nie da się przemienić.- mruknęła Hermiona, gdy siedzieli na dywanie przed kominkiem, w jego gabinecie.
-No, wiesz, Hermiono.- zaczął Snape.-Może to jakaś nowa hybryda?
Odwróciła się do niego ze śmiechem. Patrzyła mu w oczy, w których odbijał się blask ognia. Z rozmarzeniem na twarzy dotknęła delikatnie jego policzka. Kiedy nie było przy nich wkurzającej Mary wszystko było dobrze, a nawet świetnie. Roześmiała się, a jej śmiech zabrzmiał w jego uszach jak tysiące małych dzwoneczków, niosących radość małym dzieciom. 
-Hybryda, Sev?- wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu, a w jej czekoladowo-złotych oczach nadal błyskało rozbawienie.-Chyba się za dużo mugolskich horrorów naczytałeś.
-To nie moja wina. Ty masz tego pełno.- rzekł ze stoickim spokojem.
-Ale to ty zaczytujesz się w "Draculi".- broniła się dalej.
-Musisz być taka uparta?- skrzywił się.
Pokręciła głową i odwróciła głowę w stronę kominka. Wpatrywała się w zamyśleniu w języki ognia, to skaczące w górę, to opadające w dół i wyginające się, wijące jak węże. Severus opierał swój podbródek na jej czubku głowy i obejmował ją ramionami. Przy nim czuła się bezpieczna. Śmieszne. Bezpieczna przy byłym śmierciożercy. Ale tak właśnie było, czuła, że zawsze może na niego liczyć, że zawsze ją obroni, schowa między swoimi umięśnionymi ramionami jak porcelanową lalkę, tak łatwo się tłukącą. Ależ nie, mogła się bronić, była odważna i potrafiła o siebie zadbać. Tylko, że kiedy tak siedzieli przytuleni do siebie po prostu miała pewność, że jej mąż zrobiłby dla niej wszystko nawet skoczył w takie wijące się jak w agonii języki ognia. 
Odwróciła się do niego i zaczęła całować go delikatnie, ledwie muskając wargami jego chłodne jak zawsze usta, tak przyjemne w dotyku, tak dla niej znajome i tak pasujące do jej własnych. Miała wrażenie, że kiedyś ich usta były zawsze połączone, idealnie do siebie pasujące, potem rozłączone musiały się odszukać...  Ale szczęśliwie się znalazły i miała ochotę nigdy nie przestawać ich całować.
-Muszę iść na spacer z Remusem.- szepnęła, gdy zobaczyła, że w jego czarnych oczach zapłonęło pożądanie. 
Złożył na jej ustach zachłanny pocałunek, a potem ostrożnie musnął wargami jej czoło.
-Masz na siebie uważać.- powiedział twardo i stanowczo.-Jeżeli poczujesz, że coś ci grozi, masz natychmiast mnie wezwać, rozumiesz?- skinęła głową.-Nie chciałbym stracić swojego Pufka.- dodał z uśmiechem.-Trudno znaleźć takiego drugiego. I tak wkurzającego.
W jego uszach znowu zabrzmiały dzwoneczki jej śmiechu, a potem wstała i pomachała mu na pożegnanie. Westchnął i przeklął się w głowie za taką pobłażliwość i sentyment dla tej małej Panny-Wiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej.



Amortencja zebrała chłopaków i pomknęli pod peleryną-niewidką do lasu. Sowy wyglądały na nich z drzew, coś szeleściło w zaroślach, a gwiazdy mrugały porozumiewawczo. Powietrze było zimne, a śnieg skrzypiał pod ich stopami. Zostawiali za sobą ślady. Właściwie nie zwracali na to uwagi, zawsze, gdy wracali ścierali je, żeby nikt nie domyślił się ich nocnych spacerów. 
Amortencja miała zamiar pójść krok dalej w przemianie animagicznej. Kipiała energią, kiedy Scorpius i Albus ledwo stali na nogach. Dziwili się, skąd ona bierze tyle chęci do łażenia po lesie w nocy, gdy wszyscy uczniowie powinni spać. Zatrzymali się na małej polance, okrągłej i ze wszystkich stron zarośniętej gęsto drzewami i dziwnym bluszczem. 
-Skąd ty bierzesz tyle siły?- Al ziewnął potężnie.
-To się nazywa adrenalina.- powiedziała spokojnie.-To po pierwsze, a po drugie to mam ojca nietoperza.- uśmiechnęła się.
Byli zbyt senni by się zaśmiać, ale odwzajemnili uśmiechy. Amortencja odetchnęła głęboko nocnym powietrzem i skupiła się na tej jednej myśli. Jakby wchodziła do pokoju życzeń. Chciała się przemienić. Z łatwością zmusiła się do tego, by na jej ręce pojawiła się cętkowana sierść i ostre pazury. Chwilę jednak trwało zanim poczuła w sobie tę moc, tę przepływającą energię, żeby móc zmienić swoją rękę w kocią łapę. Spojrzała na nią z dumą i przeniosła wzrok na chłopaków.
Dobrze sobie radzili i wkrótce z ich dłoni także zostały tylko łapy zwierzęce. Uśmiechnęła się znowu i zadarła głowę, by popatrzeć na prześwitujące przez gałęzie gwiazdy. Mrugały do niej porozumiewawczo. 


Hermiona zapukała grzecznie do drzwi gabinetu Remusa i weszła. Rozpromienił się na jej widok, naprawdę czuł, że może ufać tylko jej. Może, dlatego że była mugolaczką, zniosła wiele upokorzeń. Uśmiechnęła się i założyła niesforny lok za ucho.
Severus miał szczęście, była urocza. Ale nic nie mogło się równać z jego kochaną Tonks. Nie miał zamiaru jej zdradzać czy narażać się na jeszcze większą nienawiść Severusa. 
-Idziemy?- zapytała spokojnie.
Skinął tylko głową. Wyszli na błonia. Wiatr rozwiewał jej włosy i niósł za nią zapach magnolii. Księżyc, na szczęście nie w pełni świecił jasno, a okalały go małe gwiazdy jak brylanty nadziei. Szli w milczeniu. Hermiona najwyraźniej oczekiwała, że to on się jej zwierzy, on zaś czekał, aż ona zacznie. Spierała się w sobie, dopóki nie weszli do Zakazanego Lasu. Powietrze tu było inne, zdecydowanie bardziej, pachnące sosną i jakąś dzikością. W końcu zwróciła ku niemu twarz. Zobaczyła nawet w nikłym świetle te głębokie zmarszczki wokół bystrych oczu i przedwcześnie posiwiałe włosy. Twarz miał zatroskaną i jakąś szarą. Porównała go z mężem. Byli w tym samym wieku, a i tak Remus wydawał się o wiele starszy, nawet jeśli jego cera, nawet poszarzała wydawała się zdrowsza od skóry Severusa. 
-Remusie.- rzekła. Błyskawicznie odwrócił ku niej głowę.-Chciałeś mi coś powiedzieć.
Milczał długo. Gdy się odezwał jego głos drżał jakby poruszany wiatrem. 
-Tak.
Tylko tyle. Nic więcej nie powiedział. Coraz bardziej się niecierpliwiła. Nie przyszła tu na jakieś durne pogaduszki. Przyszła, żeby go pocieszyć, a przede wszystkim, żeby poznać tajemnicę wilkołaka. Wzięła głęboki oddech. 
-Remusie.
Pokręciła głową jakby chciał odpędzić od siebie natrętne muchy.
-Przepraszam. Ostatnio często tracę panowanie nad swoimi myślami.
Myśli. Dlaczego Severus, mistrz legilimencji, może nawet lepszy od samego Dumbeldore'a nie wkradł się w umysł Lupina? Ponieważ sam dyrektor zakazał używać tak drastycznych środków. A Severus przeklinał go za to, ponieważ teraz jego Hermiona musiała błąkać się po lesie z szalonym Luniaczkiem. 
Hermiona była mu wdzięczna za opiekuńczość, ale wiedziała, że sobie poradzi.
-Powiesz, co ci leży na sercu?- uśmiechnęła się delikatnie. 
Ze zmieszaniem sięgnął ręką do karku i potarł go nerwowo.
-To takie okropne.- powiedział smutno.-Wiesz, że jestem wilkołakiem, prawda?
-Oczywiście.- w jej głosie czaiło się rozbawienie.
Zachichotał nerwowo z własnej głupoty. Przecież wszyscy wiedzieli.
-Więc...- westchnął ciężko.-No, bo wiesz...- westchnął znowu i zaciągnął się mocniej nocnym powietrzem.-Od jakiegoś czasu coś niepokojącego się ze mną dzieje.- wydusił. Hermiona zachęciła go do mówienia cieniem uśmiechu.-Wiesz, moje przemiany... One nie są regularne. Już nie zmieniam się według określonej daty, według pełni.- przez jego twarz przemknął cień, który błyskawicznie zniknął.-A eliksir, eliksir, tak świetnie warzony przez twojego męża, dotąd niezawodny... On przestał na mnie działać. A moje ofiary, one...
Nagle na jego twarzy znów pojawił się cień i tym razem nie zniknął. Hermiona czuła narastający w sercu strach, czuła, że dzieje się z nim coś niepokojącego. Odsunęła się od niego krok, gdy zaczął dyszeć ciężko. Promienie księżyca padały idealnie na jego głowę i jak parząc słońce w lecie, nie dawały mu myśleć sensownie. Hermiona pomyślała, że to głupie, odsuwać się od niego. Zbliżyła się znów i położyła mu rękę na ramieniu. To przeważyło szalę. Pod jego nozdrza wraz z podmuchem wiatru dotarł jej słodki zapach, zapach, który pobudził mu zmysły. Nie człowiekowi. Pobudził i wyostrzył zmysły wilkowi, który czyhał cały czas na ciemnym dnie jego duszy. 
Pazury pojawiły się tak szybko jak wszystko inne. Nos wydłużył się i zmienił w pysk, z którego wychylały się ostre i wielkie zęby. Ręce tak bardzo rozciągnęły się, iż dotknęły ziemi, pokrytej śniegiem. Przykucnął, bo jego nogi już nie były nogami człowieka. Zadarł głowę i wydał z siebie potężny, przeraźliwie drżący od emocji i zwierzęcego podniecenia ryk. Wył w stronę księżyca, który nie powinien go jako wilka zainteresować, a potem nagle jego oczy zwróciły się na kobietę.
Nadal tam stała i nie potrafiła się ruszyć. Oddychała płytko, ale jej nogi były jak z ołowiu, ciężkie i nieposłuszne. Wilkołak podszedł do niej powoli, węsząc wokół siebie. Prawie zetknęli się nosami. Poczuła paskudny smród jaki wydobywał się z jego paszczy. Odór jego ostatnich ofiar.
Zamachnął się ogromną łapą i powalił ją na ziemię. Mignęły jej zamglone i nieobecne oczy Lupina, teraz oczy zwierzęcia. Padła na zimny śnieg i od razu straciła przytomność. W ostatnim geście rozpaczliwej potrzeby ratunku chwyciła się swojego naszyjnika tak mocno, że upadając zerwała go ze swojej smukłej szyi.


Amortencja poruszyła się niespokojnie. Najpierw usłyszeli okropny skowyt, gorszy niż dzwonienie więziennych łańcuchów Azkabanu, gorszy niż chichot Bellatrix. Potem rozpoznała krzyk swojej matki. Wiedziała, że to ona. Przez chwilę oddychała szybko, spoglądając w stronę chłopaków. Potem nagle powiew wiatru przyniósł ze sobą jej magnoliowy zapach. Zapach, który pamiętała z dzieciństwa, zaraz obok wody kolońskiej zmieszanej z eliksirami, zapachu jej ojca. Człowiek nie wyczułby tego zapachu. 
Odwróciła gwałtownie głowę i po prostu pobiegła w głąb lasu. Instynkt podpowiadał jej co robić, dokładnie wiedziała jak to zrobić. Wystarczy chcieć.
Zobaczyła ogromnego wilkołaka pochylonego nad Hermioną, bezbronną i piękną w nikłym świetle jak lalka. Nawet się nie zatrzymała. Najzwyczajniej w świecie wyskoczyła z zarośli, tak jakby robiła to codziennie. Jedyne, czego pragnęła to to, żeby wilkołak, brudne zwierzę, zaczął cierpieć. Czuła jak się zmieniła w tej krótkiej chwili. Jej zęby wyostrzyły się znacznie, a na razie tylko to się dla niej liczyło. Uczepiła się nogi  wilka, a ten zawył przeraźliwie z bólu, a potem z jego gardła wydobył się charkot gniewu.
Chłopcy nie wahali się. Obaj kochali Amortencję. Rzucili się na wilkołaka.



Severus nie mógł znieść czekania. Wyszli z Dumbeldorem na błonia. Dyrektor także nie był spokojny. Obaj martwili się o Hermionę. Gdy Snape patrzył w odległą ścianę lasu, widział tylko jej oczy, przepełnione strachem i łzami. Starał się, naprawdę starał się odpędzić od siebie ponure myśli, ale miłość do niej i troska o nią była silniejsza. Odkąd poznał ją bliżej, od jej ostatniego roku w Hogwarcie czuł się za nią odpowiedzialny. Była dla niego wszystkim i nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się jej stało.
-Nie martw się, Severusie. Poradzi sobie, to dzielna...
Albus nie dokończył zdania. Severus poczuł ostry ból w ramieniu, tak silny, że zgiął się w pół. Dyszał ciężko i spojrzał z szaloną furią na Dumbeldore'a. Jego serce rwało się do przodu, do niej. Nigdy jeszcze tak bardzo go nie potrzebowała. 
-Znieś zakaz aportacji.- wydusił wściekle.
Albus popatrzył na niego pytająco. Severus zerknął z obłąkańczą iskrą w oczach, w stronę lasu.
-Błagam, zrób to!- wykrztusił, potrząsając dyrektorem.
Albus szeptał przez chwilę tajemnicze słowa. Severus miotał się, chciał do niej biec. Dlaczego życie zawsze musiało go karać? Przecież miała wrócić, miała go całować, miała szeptać mu do ucha, miała słuchać bicia jego serca. Zerknął nerwowo na Albusa. Skinął głową.
Severus bez zastanowienia aportował się. Wirował, aż w końcu znalazł się gdzieś w Zakazanym Lesie. Pobiegł do przodu, wiedziony jakimś dziwnym instynktem. Po chwili porwał go zapach magnolii, zapach, który był w jej włosach, na jej szyi, na której składał pocałunki. Zapach, którego nigdy miał nie zapomnieć. Pomknął w tamtą stronę, a peleryna powiewała za nim jak skrzydła. Wyskoczył zza jednego z drzew z wyciągniętą różdżką i gdyby nie był tak zdeterminowany i przygotowany na najgorsze padłby na kolana. 
Teraz jednak zawładnęła nim furia. Miotał jedno zaklęcie za drugim w wielkiego wilkołaka. Spostrzegł trzy dziwne zwierzęta. Jedno było szczególnie fascynujące. Nie było ani gepardem ani lampartem. Żadnym z tych kotów. Było mniejsze, miało większe oczy, czarne jak bezgwiezdna noc i okolone czarnymi rzęsami. Rzucało się na wilka z niesamowitą pasją, gryząc go i denerwując. Skakało zwinnie, uszy miało jak u pluszowego misia, a cętki większe i gęściej rozmieszczone na złotym futrze. Coś, jakiś błysk w oczach zwierzęcia wydało się Severusowi znajome. 
Pozostałymi dwoma były: biała fretka, zwinna i niesamowicie skoczna oraz czarny, duży pies, włochaty i wyglądający trochę jak Ponurak. Zwierzęta uciekły w głąb lasu, gdy zauważyły Snape'a. 
On za to nadal zajmował się wilkołakiem.
-Sectumsempra! Crucio! Crucio!- wrzeszczał jak opętany.-Levicorpus!- krzyknął.
Wilkołak uniósł się gwałtownie w górę. Severus z dziką satysfakcją użył zaklęcia, które posłało wilka daleko ponad drzewa, kilka kilometrów od miejsca, w którym stali.
Rzucił się w stronę Hermiony i wziął ją na ręce. Musnął szybko ustami jej czoło, a potem aportowali się.

sobota, 20 kwietnia 2013

Rozdział 38

Urodziny




Severus nigdy nie obchodził swoich urodzin. W dzieciństwie nienawidził tego dnia. Ojciec zwracał wtedy nareszcie na niego uwagę, co łączyło się z tym, że kiedy nie miał się na kim wyżyć wybierał właśnie jego. Później urodziny wiązały się tylko z żartami Huncwotów, którzy jakimś sposobem dowiedzieli się o tej dacie. Ale wtedy jeszcze miał Lily. Kiedy się z nią pokłócił i odeszła do Jamesa urodziny spędzał samotnie, Mary nigdy o nich nie mówił i dobrze zrobił. 
Hermiona nie narzucała mu się z prezentami i życzeniami, z tym wszystkim. Wiedziała, że Severus boleje nad tym, że mają między sobą taką różnicę wieku. Rozumiała to, sama czasem czuła się przy nim trochę jak smarkula. Potęgował to fakt, iż kiedyś była jego uczennicą. 
Nie znosił myśleć, że to on jest tym starszym. 
Ale jak na złość wszyscy uwzięli się na niego. Mary dowiedziała się od Albusa, co Severus obchodzi, a za nią poszli inni. Uczennice, które patrzyły tęsknym wzrokiem na niego, piorunowały spojrzeniem już nie tylko Hermionę, ale i Mary. Czarnowłosa czarownica postanowiła na siłę przypomnieć Snape'owi o jego wieku i wprost powiedzieć, że to śmieszne, że związał się z małolatą. 
Tak mocno zgrzytał zębami, że był pewny, iż któregoś złamał. Mary wysłała mu trzy kartki, ale z prezentem się nie ujawniała. Najprawdopodobniej czekała na właściwą chwilę. Prychał na samą myśl o tym. 
Hermiona była sprytniejsza. Uśmiechała się do niego słodko i nic nie mówiła. Nie wypominała mu wieku, nie próbowała kupić mu prezentu. Był jej za to bardzo, ale to bardzo wdzięczny. Przynajmniej ona zachowywała się normalnie. Gdy dostał kartkę od jakiejś uczennicy nie wytrzymał.
-Czy to się kiedyś skończy?!- syknął.
Hermiona, która siedziała za biurkiem i pisała coś zwróciła na niego wzrok. 
-Prawdopodobnie jutro.- powiedziała spokojnie.-Tak myślę.
-Nie, póki ona tu będzie.- westchnął. Nagle zbladł i zaczął ciężko oddychać.-Na Salazara Slytherina i jego przeklętego Bazyliszka, wiesz co tu się będzie działo w Walentynki?
Parsknęła śmiechem i śmiała się długo. Powoli zaczynał ją boleć brzuch. Severus patrzył na nią surowo i z gniewnym błyskiem w czarnych oczach. Częściowo uspokoiła się i delikatnie musnęła palcami jego policzek. 
-Mój wielki Mistrz Eliksirów, czarny Nietoperz z lochów boi się jednego dnia zakochanych?- zachichotała. 
Na jego twarz wstąpił chytry uśmieszek. Gdyby stała miałaby nogi jak z waty.
-Teraz już nie, bo mam pewien pomysł.- rzekł dumnie.
-Co...?- przełknęła głośno ślinę.-Jaki?
-Mary czymś otruję, zadźgam, po prostu zabiję, ale zginie w męczarniach, a z tobą zamknę się tutaj.- oznajmił z szerokim uśmiechem.-Niech się dobijają, będziemy zajęci.
-Ach, oczekujesz, że opuszczę lekcje?- starała się być poważna.
-Dla mnie zrobisz wszystko.- pocałował ją w czoło.
"Prawda", mruknęła w myślach, patrząc jak z gracją odchodzi i uśmiechnęła się na samą myśl o Walentynkach. Pomyślała o samotnym Remusie i kartce, której nie potrafiła rozszyfrować.



Animagiczne zdolności młodych Huncwotów rozwijały się. Ćwiczyli regularnie i mniej więcej wiedzieli, w co będą się zmieniać. Scorpius ze zmieszaniem stwierdzał, że mógłby być fretką, Amortencja była pewna geparda, a Albus psa. Amortencja była już w stanie przemienić rękę w łapę i na odwrót, tak samo jak chłopcy, choć wychodziło im to wolniej, bo mniej czasu poświęcali na ćwiczenia. 
Nie śledzili Remusa. Mieli takie plany. Scorpius i Al skarżyli się na brak snu, ale ona nie zwracała na to uwagi. Była zdeterminowana i nie zamierzała odpuszczać. Obiecała sobie, że dowie się, o co chodziło z tą przemianą. 
-Naprawdę musisz?- ziewnął Albus.
-To ważne. On może być niebezpieczny.- zagryzła dolną wargę tak jak nieraz robiła to jej matka.
-No, jest wilkołakiem.- mruknął Scorpius.
Westchnęła ciężko.


Snape skierował się do gabinetu dyrektora. Chimera nie chciała go wpuścić, dopóki nie warknął: "Cytrynowe Dropsy". Zapukał do drzwi pokoju. Może i był gburem i czasem zachowywał się okropnie, ale wiedział co to prywatność i jej zasady. Nie tak jak niektórzy. Otworzył drzwi i jęknął. Na fotelu przed biurkiem dyrektora siedziała Mary i rozmawiała z Albusem.
-Ach, Severus.- powitał go Dumbeldore.-Masz do mnie jakąś sprawę?
-Do ciebie.- odparł Mistrz Eliksirów z naciskiem.
Mary uśmiechała się do niego promiennie. Chyba nie zamierzała wyjść. Zacisnął dłonie w pięści.
-Wynoś się.- zwrócił się do niej.-Już.
Jego głos był tak ponury, stanowczy i przepełniony gniewem, że skuliła się w sobie. To, co zostało mu po karierze śmierciożercy, to ta satysfakcja, kiedy ktoś kulił się przed nim jak robak. Mary wstała niepewnie i spojrzała na dyrektora, który skinął głową.
-Przepraszam.- bąknęła przestraszona i uciekła, nie mogąc się jednak oprzeć zbliżeniu ku Severusowi.
Snape wytrącony z równowagi i wściekły usiadł na kanapie, nieco oddalonej od biurka na pajęczych nóżkach, Dumbeldore'a. Dyrektor spojrzał na niego ze śmiechem.
-Dlaczego nie usiądziesz tutaj?- zapytał, wskazując na miejsce, z którego zniknęła Mary Macdonald.
-Żartujesz? Ostatnio musiałem zmywać jej zapach Ognistą. A i to nie pomogło.- burknął.
Dyrektor parsknął śmiechem.
-Więc?- zapytał, gdy w końcu odrobinę spoważniał.
-Chodzi o wilkołaka.- Dumbeldore zmarszczył brwi jakby nie wiedział, o co chodzi.-O Luniaczka.- uściślił z drwiną w głosie Severus.-W jego gabinecie znalazłem to.
Nietoperz podał staruszkowi pomiętą kartkę, z  której dało się odczytać jedynie kilka słów. Widocznie zaniepokoiła ona dyrektora, bo spoważniał i długo przyglądał się pergaminowi w milczeniu, zapewne, zbierając myśli. Severus cierpliwie czekał. On sam tylko domyślał się, co może znaczyć dziwna wiadomość, pozostawiona w nieładzie na biurku Lupina. W końcu Albus podniósł wzrok, ale wcale nie spojrzał na młodszego kolegę, a w stronę okna, wychodzącego na Zakazany Las. Powoli zaczynało się robić ciemno.
-Myślisz, że co to może oznaczać?- nadal wpatrywał się zamyślony w zachód słońca za oknem.
-Wiadomość była pisana szybko i koślawo. Tylko trzy słowa: lokalizacja, stan ducha, ofiary.- oznajmił Severus.
-Sądzisz, że pisał to, przemieniając się?- Albus zwrócił twarz ku Severusowi.-W swoim gabinecie, w trakcie przemiany?
-To moje przypuszczenie. Może zdążył uciec do lasu i wiedział, że pozagryza kilka Centaurów?- Snape wzruszył ramionami jakby rozmawiali o pogodzie.
-Czy byłby aż tak nieodpowiedzialny?- nagle przypomniał sobie o czymś.-A eliksir? Przyrządziłeś mu go?
Severus spojrzał na dyrektora surowo.
-Oczywiście.- prychnął.-Znam swoje obowiązki. 
-Dziwne...



Hermiona była inteligentna. I dlatego nie pasowała do nikogo innego jak do Severusa. Z Ronem czy Harrym nie porozmawiałaby o książkach, o eliksirach. Z Severusem się nigdy nie nudziła. Zawsze lubiła starszych. Dlatego nie pasował jej związek z Ronem czy Harrym. Nie przeszkadzała jej ta różnica wieku, kochała Severusa bez względu na to. Uwielbiała facetów z tajemnicą, z czymś, co mogłaby sama odkryć, tak było z Severusem, gdy pierwszy raz zobaczyła jego nagi tors pełen blizn i kiedy zaczęła składać na nich pocałunki. Harry może i był Chłopcem, Który Przeżył, ale o tym wiedzieli wszyscy. A Ron? Ron był... był... On był po prostu Ronem. Podobali jej się mężczyźni z wyjątkową urodą, nie przeciętnie przystojni jak Harry, czy... czy tacy jak Ron. Severus taki był, przystojny dla tych, którzy go kochali, przystojny i najwspanialszy na świecie dla niej. 
Dlatego nie przypominała mu o urodzinach, ale postanowiła, że nie będzie gorsza od Mary, która dała mu album z ich starymi zdjęciami. Od razu go spalił i to z szyderczym uśmiechem, ale Hermiona zachowała jedno zdjęcie, na którym był sam. Smutny i samotny. 
Sięgnęła do najwyższej półki i ściągnęła z niej ulubiony egzemplarz "Rozważnej i romantycznej", ten, który Severus czytał jej, kiedy nie mogła zasnąć. 
Całując go przed snem w czoło podarowała mu książkę, przytuliła się do niego i zasnęła spokojnie. Ze zmarszczonymi brwiami zaświecił różdżkę i odczytał dedykację.

Dla mojego Pułkownika Brandona, 
Oddana Ci sercem, duszą i ciałem, zawsze Twoja (nawet jeżeli się mnie pozbędziesz), Marianne. 

Zakładką zrobioną z jego zdjęcia zaznaczone były urywki pewnego fragmentu: 
"Pułkownik Brandon był teraz tak szczęśliwy, jak na to zasługiwał zdaniem tych, którzy go kochali. W żonie znalazł nagrodę za wszystkie swoje niedole [...] a przyjaciele stwierdzili z zachwytem, że Marianna, budując jego szczęście, znalazła własne [...] całe serce oddała mężowi."
Severus uśmiechnął się i musnął delikatnie usta żony. Tak lekko, żeby jej nie obudzić, ale też tak, by sprawić jej przyjemność i żeby o nim śniła.
Otworzyła gwałtownie oczy i ze śmiechem rzuciła się na niego.
-Ty przeklęta żmijo.- syknął w przerwie między pocałunkami jakimi obsypywał jej szyję i ramiona.
-Też cię kocham.- wymruczała, wplatając palce w jego włosy i całując jego garbaty nos. 

____________________________________________________________
Trochę krótko i wiele się nie wyjaśniło, ale tak wyszło xD

Powiem prosto: komuś, a dokładnie Flo z http://historia-hermiony-riddle.blogspot.com odbiło, za co bardzo bardzo dziękuję i zostałam nominowana do The Versatile Blogger. ;D


Każdy nominowany powinien:
-podziękować nominującemu,
-pokazać nagrodę na blogu,
-ujawnić siedem faktów o sobie,
-nominować dziesięć blogów i je o tym poinformować.

Fakty:
1. Mam tylko 13 lat.
2. Jestem w trakcie misji: przeczytaj wszystkie książki fantasy na świecie :)
3. Kocham Alana Rickmana za jego niesamowitą mimikę, charyzmę i głos.
4. Nie mogłabym wytrzymać, gdybym musiała pisać rozdziały z odstępem tygodniowym, dla mnie to męka, dusić w sobie pomysły i emocje.
5. Jeżeli raz na tydzień nie porozmawiam z kimś o Alanie albo o książkach czy filmach, to po prostu wariuję.
6. Nigdy nie chciałam mieć sowy jak wszystkie Potterhaedy, uwielbiam koty.
7. Zawsze czułam się Ślizgonką.

Nominuję:

Jeszcze raz bardzo dziękuję Flo za nominację <3

piątek, 19 kwietnia 2013

Rozdział 37

Trzy słowa wilkołaka



Mary była uciążliwa i wszystkim przeszkadzała. Dumbeldore nie mógł tak po prostu wyrzucić ją z zamku. Denerwowała przede wszystkim Minewrze i Hermionie, ponieważ ciągle mówiła o Severusie, pytała o Severusa i wdzięczyła się do Severusa. Hermiona patrzyła na to z niepokojem i coraz częściej zagryzała dolną wargę. Snape wzdychał wtedy i obrażał Mary z taką ilością jadu na jaką było go stać, a potem po prostu przestawał zwracać na nią uwagę. Za to sam Albus był dla niej bardzo miły.
-No, weź coś z nim zrób.- warknęła Hermiona do Minerwy, kiedy Albus któryś raz z kolei przeprosił za zachowanie Severusa wobec niej.
-Nie myśl sobie, że to takie łatwe. Uparł się, żeby być sympatycznym i nic nie mogę mu zrobić.- mruknęła gniewnie Minerwa.
-Jak to? Jak on będzie dla niej taki miły i na każde jej skinienie, to ona tu będzie wracać.- Hermiona nagle zrobiła przerażoną minę.-Ja tego nie wytrzymam, rozumiesz?!
Schowała twarz w dłoniach, a Minerwa przytuliła ją. Przez chwilę obie milczały, a potem Minerwa spojrzała jej czule w oczy.
-Nie martw się. Jakby co, poprosimy Severusa o jakieś solidne czarnomagiczne zaklęcie.
Hermiona roześmiała się i po chwili obie chichotały jak opętane. Potem zerknęła na męża, którego nie odstępowała Mary. Każdy normalny patrzyłby w te niebieskie oczy, on jednak spoglądał w stronę Hermiony z oczekiwaniem i miłością. Aż się zdziwiła, że pozwolił sobie na takie emocje w czarnych oczach, kiedy stołowi nauczycielskiemu przyglądało się tyle uczniów. 
Dziwili się i byli ciekawi nowej czarownicy w Hogwarcie, niektóre dziewczyny ze starszych klas szarpały za rękawy szat swoich chłopaków, wskazując palcem na Snape'a, który nie odrywał wzroku od żony. Hermiona uśmiechnęła się. Świat się wali, Severus uznany za wzór wierności i miłości w związku. Minerwa spojrzała na nią pytająco. Tylko pokręciła głową, bo wiedziała, że jeżeli powie to na głos, nie będzie w stanie powstrzymać głośnego niekontrolowanego śmiechu. To byłoby niestosowne na oczach tylu podopiecznych. 
Amortencja siedziała między Albusem a Scorpiusem i w spokoju przyglądała się jakiemuś punktowi na ścianie. Scorpius szturchnął ją lekko. Wyrwał ją z zamyślenia, więc spiorunowała go wzrokiem. 
-A ty dlaczego nas nie odciągasz od przyglądania się jej?- wskazał najpierw na zazdrosne o swoich chłopaków dziewczyny ze starszych klas, a potem na Mary Macdonald.
-Po pierwsze: chciałbyś, a po drugie: człowiek inteligentny rozpoznałby, że te jej kudły są farbowane. Wystarczy specjalistyczny eliksir, którego pewnie nawet sama nie zrobiła.- rzekła beznamiętnym tonem. 
Scorpius obejrzał się na Mary, a później zaczął się pilnie przyglądać włosom Amortencji. Wykrzywiła się z niesmakiem. Pokręciła głową, bezradna wobec głupoty wszystkich facetów tego świata.
-Ja mam naturalny kolor włosów, po ojcu.- burknęła wściekle.
-A po czym to rozpoznać?- spytał niepewnie.
Westchnęła ciężko, wzięła kilka kosmyków swoich długich, lśniących, czarnych włosów i pokazała mu.
-Jej włosy...- wskazała z obrzydzeniem na Mary.-Mają niezdrowy połysk. Nienaturalny, jasne? 
Skinął ochoczo głową.
-I tak nic ci to nie da.- pokazała mu język i uśmiechnęła się.



Nie mógł sobie znaleźć miejsca od jakiegoś czasu, mimo, że pełnia miała zacząć się znowu za kilka dni. Ostatnimi czasy nie widział, co się właściwie z nim działo. Starał się trzymać jak najdalej od zamku, na tyle ile potrafił. Często zapuszczał się w głąb Zakazanego Lasu, w najdalszych jego zakątkach, przysiadywał byle gdzie i próbował być silny, dla żony i syna, których przecież kochał najmocniej na świecie.
Był zazdrosny. Tak, był zazdrosny, bo jego syn ukończył Hogwart i teraz go nie widywał, chyba, że w wolnym czasie, przerwie świątecznej. Tak samo z żoną, która pracowała w biurze aurorów. Oboje byli zajęci pracą. Dlatego, gdy patrzył na Severusa, Hermionę i Amortencję robiło mu się po prostu smutno. 
Nigdy nie był specjalnie "huncwotowaty". Oczywiście w szkole często razem z przyjaciółmi rozrabiali, robili sobie żarty i dostawali za to należyte kary. On jednak zawsze pozostawał tym najspokojniejszym. W ostatniej klasie zamiast uczestniczyć w ich zabawach, siedział samotnie i czytał. 
Zawsze czuł się samotnikiem mimo wszystko. Wiedział, że pisany jest mu taki los i zdążył się z tym pogodzić, dopóki nie pojawiła się Tonks. Kiedy o niej myślał uśmiechał się szeroko. Był pewny, że nikt normalny go nie pokocha. A może ona nie była normalna?
W każdym razie dla niego była najwspanialszą kobietą na świecie, razem ze swoimi różowymi włosami, błyszczącymi oczami i wrodzoną niezdarnością.
Śmiał się, kiedy przypominał sobie akcję ze ślubu Snape'a i Hermiony. Zanim ceremonia się rozpoczęła, jego kochana Tonks zdążyła zgubić obrączki, uderzyć niechcący Minerwę prosto w twarz, tak, że zachwiała się i upadła, a poza tym zniszczyć połowę dekoracji, które Minerwa i Hermiona tak starannie dobierały... Severus chciał jej za to oczy wydrapać, nie obchodziło go to, że to wszystko zepsuła, obchodziło go szczęście Hermiony. 
Spojrzał w górę, na księżyc, który świecił mocno, mimo, iż nie był w pełni. Światło oślepiało go, zaślepiało jego myśli, naprawdę nie wiedział już co robić, jak z tym walczyć. Oddychał teraz ciężko, jakby przez jego gardło przedostawało się coś wielkiego, aby potem wydrzeć się z niego brutalnie i przeistoczyć w ryk, który przejął nad nim kontrolę.
Teraz już nie widział normalnie, jego wzrok był jednocześnie wyostrzony i zaślepiony. Zaciągnął się nocnym powietrzem tak gwałtownie, że liście pobliskiego drzewa zadrżały. Zauważył kątem oka jakiś dziwny ruch i usłyszał półprzytomny tętent kopyt.
Nadal był człowiekiem, nadal wiedział co robi, ale nie potrafił tego zatrzymać. Rzucił się w stronę dziwnie znajomego dźwięku. Miał wrażenie, że już kiedyś takie coś słyszał. Ale to też było w pół śnie...



Severus zauważył, że żona odnosiła się do niego z pewnym dystansem i chłodem. Od kiedy? No, może... od kiedy ta wiedźma śmiała stanąć swoją głupią nogą w jego gabinecie i spojrzeć na niego z tych swoich umiejętnie wydłużonych rzęs... Och, miał taką ochotę użyć jakiegoś zaklęcia, którego dawno mu zabroniono... Byleby ona przestała się do niego wdzięczyć, bo już mu się robiło niedobrze. Czy ona naprawdę nie widziała, że cały czas przyglądał się Hermionie?!
Wściekły udał się do swoich ukochanych lochów. Zanim zaczął się spotykać z Hermioną lochy jedyne przynosiły mu ukojenie. Ukryte głęboko pod całym tym gwarem, pod całym tym ohydnym światem. Tu dało się słyszeć tylko cichy szum jeziora zza kamiennych ścian i stukot kroków. 
Wszedł do swojego gabinetu i nagle pomyślał, że tak było codziennie. Nie przejmował się rutyną, na razie. Nigdy jakoś mu nie przeszkadzała. Z westchnieniem opadł na fotel przed kominkiem i zapalił różdżką ogień. Przywołał szklankę Ognistej i upił łyk. Skrzywił się. Nawet to nie zdołało wypłukać tego paskudnego smaku, jaki pozostał po tym jednym zerknięciu na Mary.
Jego wzrok machinalnie powędrował do szuflady biurka, w którym ukryta była kartka Lupina. Zacmokał z dezaprobatą i ze szklanką w ręku podszedł do biurka. 
Otworzył zabezpieczoną zaklęciem szufladę i wyciągnął zmięty pergamin. Dostrzegł zamazane słowa i powoli zaczął je odczytywać
Weszła Hermiona i zmroziła go wzrokiem.
-Pijesz.- westchnęła.
-A co innego mam robić, kiedy ciebie nie ma, a jej tlenione kudły wciąż przyprawiają mnie o mdłości?- uniósł bezczelnie brwi.
Hermiona podeszła do niego. Zauważyła kartkę.
-Co to?- spytała zaciekawiona.
-Nic takiego.- spojrzała na niego surowo. Westchnął.-Kartka zawierająca prawdopodobnie tajemnicę wilkołaka.- mruknął.
Wyrwała mu ją gwałtownie i zerknęła na nią. Warknął cicho i odłożył pustą szklankę na blat biurka. Wstał z groźną miną, ale ona odsunęła się od niego aż do kąta pokoju.
-Oddaj.- warknął gniewnie.
Miał już dość tych tajemnic. Chciał wiedzieć, co takiego Luniaczek mógł ukrywać...
-Bo co?- uśmiechnęła się złośliwie. 
-Bo...- zbliżył się do niej jeszcze bardziej, tak że stykali się nosami.-Już nigdy nie zrobię tak.
Wpił się w jej usta z zachłannością. "Och, co z tego, że śmierdzi Whisky?!", pomyślała i machinalnie objęła go. Uśmiechnął się drwiąco, nie kończąc pocałunku. Wiedział, że Hermiona i tak tego nie zauważyła, działał na nią jak narkotyk. Przy nim się zapominała. 
Wyrwał jej kartkę i przerwał w połowie pocałunku. Zostawił ją z zawiedzioną miną i przyspieszonym oddechem. Jej serce biło zwykle dwa razy szybciej, kiedy wykorzystywał ten swój przeklęty urok, o którym tylko ona wiedziała. 
Nagle zbladł jeszcze bardziej. Podbiegła do niego i razem odczytali trzy słowa, które były na tyle widoczne, by móc je odczytać: "Las", "Wilk", "Centauryyyyyyyyyy". Ostatni wyraz był napisany bardzo koślawo i jego poszczególne części skakały to w górę to w dół, aż w końcu "y" zjechało całkowicie jakby autor nie był w stanie dalej pisać.



czwartek, 18 kwietnia 2013

Rozdział 36

Mary Macdonald znienawidzoną przez wszystkich



We trójkę stali tak w gabinecie Mistrza Eliksirów, mierząc się wzrokiem. Hermiona była wściekła, miała ochotę wymierzyć w tę całą Mary jakimś zaklęciem, ale nie mogła się ruszyć. Czekała na reakcję Severusa. 
A Severus stał tam, przyglądając się kobiecie, która coś mu przypominała. Przeszył ją spojrzeniem i wtedy dostrzegł w jej oczach coś, co znał. To samo było w pięknych oczach Hermiony, gdy czule na nią patrzył, te same iskierki pojawiały się w jej oczach, kiedy gładził jej rękę czy całował ramię. 
Nie potrafił dokładnie zidentyfikować tożsamości kobiety. Nagle zrozumiał. Za wolno jak na jego inteligencję. Zauważył w niebieskich oczach błysk, który sam kiedyś wywoływał, popatrzył na rumieńce, które występowały, gdy do niej kiedyś podchodził, spojrzał na dłonie, które kiedyś trzymał i na usta, które całował. Zwęził oczy w szparki, niemożliwe. "Czy ten świat naprawdę musi mnie tak nie cierpieć?!", pomyślał.
-Mary...?- rzekł niepewnie.
Kobieta rozpromieniła się. Podeszła do niego powoli, ale on odsunął się gwałtownie.
-Kobieto, ja mam żonę.- warknął.
Zwykły humor i wrodzona złośliwość wracały do normy. Nie czuł teraz otępienia, tylko złość na tę idiotkę, która śmiała się do niego zbliżyć na oczach Hermiony. Unikał wzroku żony, nie bał się, ale nie lubił, kiedy wściekała się akurat na niego.
-Ach.- Mary uśmiechnęła się i grzecznie odsunęła.
Hermiona stwierdziła, że za grzecznie i zbyt potulnie. Widziała, że Mary była na każde skinienie Severusa. Miała ochotę udusić ich oboje!
-A to twoja córka?- Mary wskazała na Hermionę.
"Nie, no, teraz to przesadziła", warknęła Hermiona w duchu. Zamiast podejść i wydrapać oczy tej wiedźmie jej nogi skręciły w stronę Severusa, a ręce zgarbiły go brutalnie, by mogła spokojnie sięgnąć jego ust. Zaczęła go całować, a on zmarszczył brwi, ale oddał pocałunek. Mało tego, pogłębił go i poprawił na swój sposób. On nigdy się jej nie poddawał, to ona miała to robić. 
Zwykle świetnie maskował swoje emocje (oczywiście poza lubianą przez niego złością), ale teraz stracił nad sobą panowanie. Zamruczał, jak miał to w zwyczaju robić i wyprostował się na całą swoją wysokość, przez co jej stopy oderwały się do podłogi. 
Mary patrzyła na to zaskoczona i tak bardzo zazdrościła Hermionie, że z nerwów przestępowała z jednej nogi na drugą. Wzięła głęboki oddech i chrząknęła znacząco. Hermiona oderwała się od Severusa z charakterystycznym dźwiękiem i jeszcze moment patrzyła w jego oczy z miłością. Potem zagryzła dolną wargę i odwróciła się z buntowniczą miną do Mary.
-Pozwalasz się tak całować swoim uczennicom, Sev?- zapytała, nim Hermiona otworzyła usta.
Hermiona stłumiła w sobie krzyk złości.
-Nie jestem żadną uczennicą, jasne?- starała się zachować spokój.-Tak się składa, że to ja jestem jego żoną.- uśmiechnęła się zadziornie. 
-Och, przepraszam.- jakoś nie wyglądała na skruszoną.
-I jeszcze jedno. Tylko ja mogę skracać w taki sposób imię mojego męża, zrozumiano?
-Jeszcze nie jesteśmy na "ty".- odgryzła się czarownica. 
Hermiona prychnęła, a Mary odwróciła wyniośle wzrok. Severus westchnął przeciągle. Nie wiedział co ma robić. Pierwszy raz w życiu było mu jakoś niezręcznie obrazić człowieka. "Merlin z tym.", syknął w duchu. Nie miał zamiaru być miłym dla tego wspomnienia, które z butami pakowało się w jego szczęśliwe życie.
-Możesz z łaski swojej się stąd wynieść, bo jakoś nie mam ochoty cię teraz oglądać?- wycedził przez zęby w stronę Mary.
Hermiona posłała mu tak szczery uśmiech, że aż matowe, bogate w zielenie lochy się rozjaśniły, a zasuszone róże, które stały na biurku nagle nabrały koloru. Mary speszona wyszła, rzucając mu tęskne spojrzenie. Westchnął znowu i zerknął na żonę.


Albus i Minerwa z niepokojem przyglądali się Remusowi, który wciąż chodził przygaszony i smutny, przygarbiony jakby na plecach niósł jakiś wielki ciężar. Nie rozmawiali o tym jeszcze na poważnie, wciąż obserwowali małych Nowych Huncwotów, którzy robili postępy w sztuce animagicznej, choć czasem nad zdolnościami nie panowali. Minerwa żądała wiadomości o owej nieznajomej, ale on odmawiał i mówił, że wkrótce sama się tego dowie.
-A niby jak?- syknęła wściekle.
-Dzięki krzykom Severusa i Hermiony, które będzie słychać na pół zamku.
Teraz już nie potrafiła ukryć ciekawości. Chodziła tam i z powrotem po gabinecie Dumbeldore'a, raz po raz, warcząc groźnie w stronę Fawkesa, który jej się przyglądał. W końcu usiadła na fotelu na przeciwko Albusa i spojrzała na niego.
-A jak Huncwoci?- zapytała, żeby odwrócić swoją plotkarską naturę od Mary.
-Wybrali się ostatnio do Zakazanego Lasu.- oznajmił dyrektor z uśmiechem.
-Znowu.- mruknęła Minerwa, a potem roześmiała się. Sama z siebie się śmiała, uważając wyprawy swoich uczniów do Zakazanego Lasu za nudne.
Albus patrzył na nią przez chwilę, a potem wyjrzał przez okno z zadumaną miną. 
-Coraz bardziej rozwijają swoje umiejętności.- przeniósł na nią swój wzrok.-Podejrzewam, że będziesz miała przyjaciółkę animaga w Amortencji. Na razie wygląda mi na animagicznego kota.- Minerwa wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.-Albus będzie psem jak Syriusz, na pewno, a u Scorpiusa trudno stwierdzić.- zakończył.
-To dziwne, prawda?- spytała nagle.-Kontrolujemy wszystkich uczniów, a oni nawet o tym nie wiedzą.
-Pamiętasz Hermionę?- zaśmiał się nagle.
-No, tak. Jak mogłabym zapomnieć!- klasnęła w dłonie z uciechą.-Lecieć do Severusa na noc, a potem spóźniać się na lekcje!
-Albo wracać nad ranem i mówić, że się było w łazience.
Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Gdyby ktoś inny byłby tam z nimi, też by się śmiał. Był to śmiech zaraźliwy i bardzo beztroski, jakby nic innego na świecie się nie liczyło. Dźwięczała w nim prawdziwa, czysta radość.
-No.- rzekł już częściowo poważny Albus.-Ale przez pierwszy miesiąc dobrze się maskowali.
-Potem, kiedy rzucał jej ukradkowe spojrzenia i za często dawał szlabany wszystko się wyjaśniło.- dodała McGonagall.
-Obrażał ją i poniżał częściej niż innych. Dawał złe oceny częściej i praktycznie za nic.- Albus zachichotał, a Minerwa odpowiedziała mu tym samym.
-Tak, a mimo to przetrwali.- Minerwa westchnęła z uśmiechem.
Zawsze podziwiała Hermionę i Severusa. Mimo, że się kłócili, często obrażali, mimo, iż mieli trudne chwile i kryzysy to jeszcze nigdy nie myśleli o rozstaniu. Jeszcze nigdy nie widziała, by on czy ona, nawet szczerze pokłóceni, patrzyli na siebie z nienawiścią czy znudzeniem.
-A wiesz dlaczego?- Minerwa uniosła brwi.-Ostatnio dużo nad tym myślałem.
-Tak?
-Myślę, że to właśnie dzięki kłótniom.- powiedział, a Minerwa spojrzała na niego jak na wariata.-Zauważ, że zwyczajne, spokojne związki żyją sobie szczęśliwie i bez absolutnie żadnych kłopotów, ale potem nadchodzi rutyna i nuda. A tego zatrzymać się nie da.- zamilkł na moment.-Kłótnie dostarczają im tego, co zwalcza nudę, namiętności. Wiesz, że zawsze jak się godzą, wydają się być bardziej szczęśliwi niż przed kłótnią?
-Faktycznie.- przyznała Minerwa.-Ale co z naszymi animagami? Amortencja ostatnio podsłuchała moje myśli.
-Zdolna będzie z niej czarownica. Ale czego innego można się spodziewać po córce najmłodszego mistrza eliksirów w Wielkiej Brytanii i naczelnej Panny-Wiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej?
-No, wiesz...- oburzyła się Minerwa.-Ale masz rację.- roześmiała się.
Potem znowu spadła na nich sprawa Lupina jak grom z jasnego nieba i przygnębiła bardzo. 


Kiedy Mary wyszła, Hermiona rzuciła się Severusowi na szyję. Raz, bo bardzo pragnęła mu podziękować za obrazę wiedźmy, a dwa, bo ta sytuacja podziałała na jego usta jak sterydy, w pewien sposób chciała podziękować za pocałunek, pocałunek na oczach Mary i w ogóle za to, że dał się jej pocałować. 
Potem spojrzała na niego surowo. Pierwszy raz wydał jej się zmieszany. Zaraz jednak przybrał swoją standardową maskę obojętności i uniósł obie brwi wysoko do góry.
-Możesz mi na wszystkich czarodziejów świata powiedzieć, kto to był? Nie. Co to było?!- podniosła lekko głos.
Teraz jednak nie wydawała się tak wściekła jak kilka chwil temu. Severus przetarł sennie oczy, wziął żonę za rękę, poprowadził ją do fotela i posadził sobie na kolanach. Kiedy wchodził do swojego gabinetu chciał sprawdzić eseje trzecioklasistów, kartkę Remusa, wycałować Hermionę... Teraz miał tylko ochotę zasnąć.
-Jestem zmęczony, możemy jutro to wyjaśnić?- mruknął, przymykając oczy.
-O, nie. Jak to coś będzie wystawało pod naszymi drzwiami, to ty będziesz odpowiedzialny za jego wygnanie.- rzuciła buntowniczo.
-Dobrze, już dobrze.- burknął.-Z tobą nie wygram, Pufku...- dodał, gładząc delikatnie jej policzek.
-Nie wykręcisz się byle Pufkami.
Westchnął i spojrzał na nią. Wiedział, że nie zdoła jej odwieść od postanowionej decyzji. Była uparta jak osioł. I to mu się podobało. Nie była jedną z tych kobiet, które kuliły się na widok byle jakiej Akromantuli czy nietoperza. Gdyby się bała, nigdy by się z nim  nie związała.
-Mary. Nazywa się Mary Macdonald i była przyjaciółką Lily.- wyznał w końcu.
-Aha. I co ja mam z tego wywnioskować?- robiła się jeszcze bardziej niecierpliwa.
-Wiesz, że ja, że Lily...
-Wiem, że kochałeś Lily.
Zawsze było go jej żal, pod tym względem. Nie rozumiała Lily Evans. Z tego, co Severus opowiadał raz nazwał ją szlamą. Podobno obraziła się też na niego, bo ingerował w czarną magię i sprawy śmierciożerców. Hermiona wiele razy prychała drwiąco, gdy wspominała opowieści męża o byłej miłości. Gdyby naprawdę była jego przyjaciółką, nie obraziłaby się na niego śmiertelnie za jedno głupie słowo. Przecież znała charakterek Severusa. Poza tym, gdyby była jego najbliższą przyjaciółką nie pozwoliłaby mu zadawać się z potencjalnymi śmierciożercami i próbowałaby go od tego odwieść.
A ona poszła na łatwiznę i wyszła za Jamesa. I to Hermionę najbardziej wkurzało. Że się poddała w przyjaźni z Severusem. No, ale w sumie była jej wdzięczna. Gdyby nie ona i jej dziwne zachowanie, Sev nie byłby teraz jej. 
-Więc...- wznowił opowieść Snape.-Więc Mary była moją dziewczyną.
-Dziewczyną?!- Hermiona umierała z ciekawości.
-A dasz mi skończyć?- warknął. Zamilkła posłusznie.-Nie traktowałem jej jak prawdziwą miłość. Kochałem Lily i jej rude loki zasłaniały mi resztę świata.- rzekł smutno.-Mary była jakby moją zabawką, przepustką do kręgu przyjaciół i tajemnic Lily, rozumiesz?
Hermiona skinęła głową.
-Byłem początkującym śmierciożercą, nie myślałem normalnie.- westchnął.-Tylko, że ona chyba naprawdę się we mnie zakochała.
-Ślizgonka?- Hermiona miała ochotę zadać mu tyle pytań.
-Gryfonka. Zmieniła się przez te wszystkie lata. Wygląda inaczej. 
-Mi ona jakoś nie wygląda na Gryfonkę.- mruknęła Hermiona.-Te jej czarne włosy i blada cera...
Severus ostrożnie zepchnął ją ze swoich kolan i wstał. Hermiona zamyślona usiadła w fotelu i nawet nie zauważyła jak mąż zgarbił się i wymruczał jej do ucha:
-Farbowana. Kiedyś była blondynką. A blada cera to chyba za dużo pudru, kochany Pufku.
Zadrżała na dźwięk jego głębokiego, niskiego głosu. Ten głos doprowadzał ją do szaleństwa na początku ich znajomości, a teraz nadal ją zachwycał, po tylu latach. Nagle uświadomiła sobie, co powiedział.
-Przestaniesz w końcu z tym Pufkiem, wredny Nietoperzu?




środa, 17 kwietnia 2013

Rozdział 35

Nieznajoma znajoma



Śnieg padał teraz obficie i najwyraźniej błonie miały się pokryć puchem już w tym tygodniu. Powietrze było mroźne i świeże, Zakazany Las magiczny jak zawsze, przykryty cienką warstwą śniegu. Hermiona korzystała z pogody i spacerowała długo po błoniach, kiedy już skończyła lekcje. Musiała odreagować, przerabiali boginy. Lubiła swoją pracę. Mogła jednocześnie być blisko Severusa i Amortencji i pomagać młodym czarodziejom w wykształceniu swoich umiejętności.
Zrobiło jej się zimno, więc wróciła do zamku. Obejrzała się do tyłu i zobaczyła Filcha, kłócącego się z jakąś wysoką, czarnowłosą kobietą. Wzruszyła ramionami i ruszyła dalej. Nie będzie się użerać z tym starym draniem tylko dla jakiejś zwykłej turystki. Dogoniła ją Minerwa. Hermiona uśmiechnęła się.
-Wreszcie cię wypuścił.- rzekła zdyszana McGonagall.
-Tak. Już nie mogłam wytrzymać w tych lochach.- roześmiała się.-Nie wiesz, co to za jedna?- wskazała czarnowłosą, którą Filch w końcu zgodził się wpuścić w obręb zamku.
-Powiedziała tylko, że chce rozmawiać z dyrektorem. Nie miała przy sobie nic niepokojącego, więc poprosiłam Filcha, żeby pozwolił jej wejść.
-Ładna.- stwierdziła cicho Hermiona.
-Och, Hermiono...
Minerwa popatrzyła na nią jak na wariatkę, ale później złagodniała i pogłaskała ją po głowie jak matka córkę. Hermiona milczała, zastanawiając się nad celem wtargnięcia na teren zamku wysokiej kobiety. Zagryzła dolną wargę i odwróciła się. Nieznajoma czarownica zniknęła.
-Nie martw się nią. Przyszła, to i pójdzie. Pewnie jeszcze dziś.- Minerwa zamilkła na krótką chwilę jakby starała się zrobić dramatyczną pauzę.-Trzeba coś zrobić z Evanną i Nevillem.- mruknęła w końcu.
-To nie nasza sprawa.- burknęła Hermiona, wciąż zaniepokojona wizytą nieznajomej.
-I ty to mówisz? Obie jesteśmy szczęśliwie zakochane.- zaczerwieniła się po same koniuszki uszu.-Zeswatałyśmy razem każdego w tej szkole. Teraz chcesz się poddać?
Hermiona gwałtownie zatrzymała się i tupnęła nogą jak rozkapryszone dziecko.
-My, Gryfoni nigdy się nie poddajemy.- powiedziała buntowniczo.-Ale to ich sprawa.
-Jak to ich sprawa?- McGonagall zrobiła taką minę jakby Hermiona powiedziała jej, że Severus przeprasza ją za wszystkie złośliwości jakie kiedykolwiek wydostały się z jego ust.-Nie widzisz, że do siebie pasują? Trzeba ich zeswatać, rozumiesz?
Hermiona niepewnie skinęła głową. Nie bardzo teraz chciała kogokolwiek swatać. Przypomniała sobie o Remusie i o tym, że powinna z nim porozmawiać. Pożegnała się z Minerwą, ale po drodze zobaczyła swoje odbicie w kałuży. Jej włosy były jeszcze bardziej niesforne niż zazwyczaj. Dziwne. A miała wrażenie, że to niemożliwe.



Amortencja przerobiła dokładnie chyba wszystkie książki o wilkołakach, jakie mieli w hogwarckiej bibliotece. Nic właściwie nie znalazła, poza krótką wzmianką o człowieku, który potrafił powstrzymywać przemianę na jakiś czas. Został zabity w trakcie jakiegoś buntu czy walki. Dziewczyna ze złością stwierdziła, że książki są bezużyteczne, a przynajmniej te, które udostępniają uczniom. Postanowiła, że będzie liczyć wyłącznie na siebie. 
Scorpius i Albus nie odzywali się za często od spotkania w łazience Jęczącej Marty. Amortencja nieraz zauważała u nich oznaki animagicznych zdolności. Kiedy całkowicie sami siedzieli w pokoju wspólnym Ślizgonów, Al starał się o pojawienie się psiej sierści na ręce, a potem o zniknięcie. Wychodziło mu to coraz lepiej. Scorpius nie był wcale gorszy, gdy coś sobie postanowił, nic nie było go w stanie odwieść od tej decyzji. Ćwiczył więcej i umiał już mniej więcej tyle, co Amortencja. 
Jego koligacje rodzinne nie miały nic wspólnego z animagami. Pomagał mu jedynie ślad, jaki pozostał po zaklęciu Moody'ego, które transmutowało kiedyś Dracona w białą fretkę. 
Amortencja zauważyła też nowe "objawy". Raz, kiedy siedziała spokojnie w klasie transmutacji, a McGonagall znajdowała się, zmieniona w kota na swoim biurku, usłyszała jej głos, gdzieś z dali jakby nieobecny. Zorientowała się, że to kot o czymś myślał, a ona usłyszała to. Po chwili głos zanikł i już nigdy się nie powtórzył. Odtąd Minerwa patrzyła na nią z dziwnym błyskiem w oku. 
Pewnego wieczoru wybrali się w trójkę do Zakazanego Lasu, jak zwykle pod peleryną-niewidką. Albus ziewnął potężnie, a Scorpius przetarł zaspane oczy. Spojrzała na nich z przyganą i klasnęła w dłonie. Wyprostowali się jak na rozkaz, a Albus zażartował, salutując w jej stronę.
-Bardzo śmieszne, wiesz?- zaśmiała się sztucznie i zmroziła go wzrokiem.
-Możesz wyjaśnić nam, dlaczego tu jesteśmy o tej porze, na takim zimnie, kiedy po lesie może szwendać się na wpół przemieniony wilkołak?- zapytał sennie Scorpius.
-Dlatego, że jesteśmy animagami.
Popatrzyli na nią dziwnie. Niby wiedzieli, co się z nimi działo, ale nigdy nie nazwali tego po imieniu. Obaj odwrócili od niej spojrzenia. Westchnęła przeciągle.
-Jesteśmy początkującymi animagami i musimy ćwiczyć, żeby w pełni zapanować nad przemianą.- kontynuowała spokojnie.-Trochę czytałam. Wiadomo, że jest rejestr animagów.
Obaj spojrzeli na nią buntowniczo, a ich twarze wyrażały zdziwienie i wściekłość.
-Chyba nie masz zamiaru...
-Jesteś głupi...?! Oczywiście, że nie mam zamiaru nas zapisać. To byłoby wyłącznie oznaką wierności Ministerstwu i głupoty.- powiedziała hardo.-Właśnie to z wami chciałam skonsultować.- przeszyła ich wzrokiem.-Ale widzę, że wszystko załatwione.- uśmiechnęła się.-Jeżeli będziemy ćwiczyć to może uda nam się jeszcze w tym roku zostać animagami. Wystarczy silna wola, trochę temperamentu i rozumu.
-Łatwo powiedzieć.- mruknęli obaj i wyszczerzyli do siebie zęby w uśmiechach.
-A co z wilkołakiem?- zainteresował się Scorpius.
-Nic. Nic nie znalazłam.- wzruszyła ramionami.-Może mój ojciec ma jakieś notatki. 
-I co, wpadniesz do niego w odwiedziny, zrobisz smutne oczka i poprosisz tatusia o informacje o wilkołaku, którego widziałaś w lesie, kiedy powinnaś słodko spać?- zironizował Scorpius.
-Nie, jasne, że nie. Włamię się do jego gabinetu.
-Wiecie co?- spytał nagle Albus.-To bardzo przypomina mi nasz poprzedni rok.
Pokiwali gorliwie głowami.


Hermiona zeszła do lochów i wpadła do łazienki. Spojrzała w lustro i skrzywiła się. Na głowie miała szopę włosów, a myśląc o rozczesywaniu i doprowadzeniu ich do porządku po prostu dostawała szału. Z westchnieniem wzięła szczotkę, ale nawet nie zdążyła dotknąć nią włosów, a co dopiero czesać, bo rozległo się pukanie do drzwi, a potem lekkie kroki. To nie były kroki Severusa. 
Ze szczotką w ręku wyszła zobaczyć kto śmie sobie tak wchodzić bez pozwolenia do komnat Severusa. Stanęła jak wryta, ponieważ ujrzała ową nieznajomą kobietę. 
Kobieta rzeczywiście była ładna. Czarne włosy falami opadały jej na ramiona, a niebieskie, wyraziste oczy błyszczały wesoło. Była wysoką i smukłą czarownicą, na oko w wieku Snape'a. Twarz miała pociągłą i bladą, ale na policzkach rumieńce. Zmierzyła wzrokiem Hermionę i przez moment przyglądała się szczotce, którą trzymała. Potem uśmiechnęła się słodko.
-Odrabiasz szlaban u Severusa?- zapytała wesoło.
Moment trwało zanim Hermiona uświadomiła sobie, co właśnie usłyszała. Kobieta odwróciła od niej wzrok i rozejrzała się po gabinecie, najwyraźniej, uznając ją za chorą umysłowo, a przynajmniej opóźnioną w rozwoju. Hermiona zacisnęła ręce w pięści i zrobiła się cała czerwona ze złości.
-Mogę wiedzieć jak się pani nazywa? I co pani tu robi?- wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Zwykle nie denerwowała się więcej niż było trzeba. To Severus miał wystarczająco gorący temperament, by obrażać ludzi na każdym kroku, by ich poniżać i dołować. Ona zazwyczaj robiła za tego "dobrego ducha" w ich związku. Uśmiechała się i przepraszała, jeśli Severus kogoś uraził. Teraz jednak poczuła się jakby coś w niej wybuchło. 
Jak ta wredna baba śmie brać ją za uczennicę?!
Każda inna kobieta zinterpretowałaby to jako komplement. Ona nie. Nie w jej przypadku, kiedy Severus był o wiele starszy. 
-Mary Macdonald. A po co tu jestem, to już niestety nie twoja sprawa.- uśmiechnęła się.
Hermiona przez chwilę zastanawiała się, co to wszystko miało znaczyć. Mary Macdonald, Mary... Nie przypominała sobie, by Severus o niej mówił. Przysięgła sobie, że jeżeli Snape'a łączyło cokolwiek z tą... Och. Ale jednak była ładna. 
Przez chwilę tak stały, a potem drzwi otworzyły się gwałtownie i do gabinetu wpadł Severus z groźną miną, a czarne szaty łopotały za nim jak skrzydła kruka. Już chciał się uśmiechnąć do żony, podejść do niej, pocałować najmocniej i najbardziej zachłannie jak potrafił, powiedzieć, że była, jest i będzie jego jedynym pocieszeniem, jego osobistym, kochanym Pufkiem, a potem w końcu odszyfrować kartkę Lupina, ale zatrzymał się w połowie kroku. 
Przez chwilę błądził wzrokiem od Hermiony na czarnowłosą kobietę i z powrotem, a potem zmarszczył brwi. 
Każdy normalny mężczyzna popędziłby w ramiona czarnowłosej. On jednak chciał mieć tylko swoją Hermionę. Tylko tę, naturalną, śliczną Gryfonkę z burzą poskręcanych kołtunów, z rumianymi policzkami i brzoskwiniową cerą, niską i pełną energii, tę, która była na tyle odważna i  w pełni Gryfońska, by mu zaufać i oddać na zawsze swoje serce. Patrzył na żonę z rozczuleniem. 
Potem zgromił wzrokiem starszą kobietę. Och, jak bardzo chciał mieć brzytwę, z tego mugolskiego filmu i tak jak w tym filmie, wybić wszystkich, którzy zaszkodzili jego żonie. Nie, chciał tasak. Nie, on naprawdę pragnął tylko piły mechanicznej. Skrzywił się.
"Co na Salazara Slytherina i wszystkie Pufki świata robi tu ta wiedźma?!"



___________________________________________________________
Uwielbiam trzymać was w niepewności xD Miłego komentowania, jeżeli komuś się będzie chciało skomentować ^^

wtorek, 16 kwietnia 2013

Rozdział 34

Animagiczne zdolności nowych Huncwotów



Śnieg zaczął padać niespodziewanie i jak w zegarku, dokładnie w tym samym czasie jak rok wcześniej, dwa lata wcześniej i tak dalej. Hermiona często myślała, że to też musi być jakaś magia, a wyglądając przez okno zamku uśmiechała się.
Amortencja rozmyślała wciąż o Lupinie, nie mieli z nim lekcji, więc nie mogła przyglądać mu się częściej. Sprawa z niecałkowitą przemianą nie dawała jej spokoju, czytała książki z Działu Ksiąg Zakazanych, do których miała dostęp dzięki ojcu. Scorpius i Albus patrzyli na nią z pewną szczyptą zazdrości. Kiedy oni odrabiali prace domowe z eliksirów, ona siedziała sobie w blasku ognia w kominku i robiła to co chciała. W końcu, eliksiry miała we krwi, w domu, w genach. Interesowały ją tak jak Severusa, bez żadnego problemu pisała eseje, nie za długie, ani nie za krótkie, warzyła mikstury i szukała składników, jeśli było trzeba. Oni musieli pisać sami, często sprawdzała ich prace, ale jeżeli coś uznała za niestosowne, sami musieli to poprawić. Była strasznie zasadnicza. Scorpius prychał zwykle, a ona wystawiała mu język, a Albus kręcił bezradnie głową i wracał do pisania.
Teza Dumbeldore'a właściwie sprawdzała się na razie. Amortencja nie wiedziała, co się z nią działo, ale czuła, że coś się zmieniło. Wewnętrznie czuła się inaczej, a to już było coś. Warczała coraz częściej i stała się bardziej drażliwa. Nie wiedziała, że jej babka miała zdolności animagiczne. Zresztą, nikt nie wiedział. Nawet jej własny syn. Jednak geny Severusa, a co za tym idzie, geny Eileen Prince przeniosły się na nią. 
W życiu nie interesowała się animagami. Znała tylko jednego, Minerwę, którą często zastawało się na lekcjach, siedzącą na biurku, pod postacią kota z czarnymi kreskami wokół wielkich, kocich oczu. Lubiła w ten sposób mylić pierwszorocznych, którzy spóźniali się na zajęcia.  
Amortencja widziała też zmiany u chłopaków. Zachowywali się jakoś inaczej, ale nie potrafiła tego nazwać ani określić. W końcu zebrała ich w łazience Jęczącej Marty. Sama Marta nie pokazywała się na razie, widocznie musiała wybrać się do trytonów w jeziorze. 
-Wy też to zauważyliście?- pokazała im rękę.
Na wierzchu dłoni widniała ciemnozłota jedwabista sierść, do tego jeszcze cętkowana jak u czegoś podobnego do lamparta. Amortencja zamknęła oczy i zagryzła dolną wargę, skupiła całą uwagę na tej jednej dłoni, a lamparciopodobne futro zniknęło powoli. Otworzyła oczy, a oni patrzyli na nią z podziwem. Takie "objawy" pojawiały się u niej od jakiegoś czasu. Raz obudziła się w nocy i spostrzegła, że jednym okiem widzi zupełnie inaczej niż drugim. Kiedy po cichu skierowała się do łazienki i spojrzała w lusterko, zobaczyła, że jej jedno oko pozostało takie jak zawsze, zaspane i czarne. Drugie było trochę większe i całkowicie czarne, niemal groteskowo nie pasowało do jej bladej twarzy. Obwiedzione czarną kreską i okolone krótkimi czarnymi rzęsami, jak u większego kota.
-No, wiesz...- Albus też wystawił rękę, która pokryta była psią sierścią, czarną jak jego włosy, ale połyskująco na zielono, pod odpowiednim kątem, jak jego oczy.
Trochę trwało zanim wystarczająco skupił siłę woli i futro zniknęło. Scorpius patrzył na nich zdziwiony. 
-Nie potrafię przemienić się nawet częściowo, ale ja zauważyłem białe futro.- oznajmił zmieszany.
Pierwszy raz poczuł się gorszy. Zamierzał w szybkim tempie to zmienić. Amortencja poklepała go uspokajająco po ramieniu i uśmiechnęła się.



Severus nadal nie wypuszczał Hermiony z komnat. Warczał przekleństwa za każdym razem, gdy Remus o niej wspominał. Wilkołak speszony, mówił o niej coraz rzadziej. A na twarzy Snape'a widniał coraz częściej triumfalny uśmieszek. Minerwa i Albus karcili go spojrzeniem, ale nie chcieli zaszkodzić Hermionie. Severus opiekował się nią jak najlepiej mógł, troszczył i martwił, ale ona nie znosiła siedzieć w jednym miejscu dłużej niż dwie godziny. 
-Masz zamiar mnie tak trzymać wieczność?- spytała wściekła, gdy ucałował ją w policzek i usiadł w fotelu przy kominku.
-Tak.- oznajmił spokojnie.
Nie podniósł na nią wzroku. Zacisnęła drobne dłonie w pięści, a potem rozluźniła uścisk. Zamknęła oczy i krzywiąc się zaczęła rzucać przekleństwami. Właściwie, nie podniósł na nią wzroku, bo zwijał się ze śmiechu. Kiedy do niego podeszła przybrał swój zwykły wyraz twarzy i uniósł brew.
-Czy ja ci wyglądam na księżniczkę, którą trzeba zamykać w wieży przed niebezpieczeństwem?! Na miłość boską, ja jestem Gryfonką!- krzyknęła.
Złapał ją za rękę i pociągnął ją ku sobie. Spadła zdziwiona na jego kolana, a on przeszył ją spojrzeniem czarnych oczu. Wzięła głęboki oddech i poprzysięgła sobie, że co by nie zrobił to i tak pozostanie nieugięta w swojej decyzji.
Powoli, ale stanowczo zbliżył swoją twarz do jej twarzy, co moment zerkając jej w oczy. 
-Jestem odporna na twój urok.- powiedziała sztucznie mocnym głosem.
Był tak blisko, że wypowiadając słowa niemal muskała wargami jego usta. Uśmiechnął się zadziornie.
-Jak chcesz.- szepnął ze złośliwym uśmieszkiem.
Niemal zrzucił ją ze swoich kolan, a ona zwęziła oczy w szparki i położyła ręce na biodrach. Stała tak przed nim chwilę, ale on nie zwracał na nią uwagi, wertując kartki starej książki. Pomachała mu dłonią przed twarzą. Podniósł wzrok i zmarszczył brwi.
-Jeszcze tu stoisz?- zapytał.
-Severusie Tobiaszu Snape, zaraz mnie szlag jasny trafi!- wrzasnęła.
-No już dobrze, dobrze.- westchnął przeciągle.-Nie mogę cię trzymać w zamknięciu wiecznie, choć bardzo bym chciał.- uśmiechnął się tak, że jej kolana wydały jej się jak zrobione z waty.-Skoro tak ci spieszno do Remusa...
Wstał i chciał odłożyć książkę, ale ona rzuciła mu się na szyję.
-Och, Sev!- obsypała jego twarz pocałunkami.
Zmierzył ją krytycznym spojrzeniem.
-Obie wpatrujecie się w Lupina jak zaczarowane. Moja własna córka.- westchnął i spojrzał na nią.-I mój własny osobisty Pufek.
Dostał za to po głowie. 


Evanna osobiście oglądała wszystko z boku i widziała, że coś się działo z Remusem, Amortencją i resztą. Jak to miała w zwyczaju w ważnych sprawach, milczała. Kiedy przechadzała się po błoniach robiło jej się jednocześnie smutno i wesoło. Neville przechodził obok niej i nawet nie rzucał jej uśmiechu. Wtedy była smutna. Widziała przygnębionych uczniów i mogła im pomóc, wtedy ogarniała ją wesołość.
Lubiła przedmiot, którego uczyła. Zielarstwo uważała za bardzo zajmujące. Neville zresztą też, ale kiedy ona zaczynała z przejęciem o tym rozmawiać, on robił się milczący i nieśmiały.
Podziwiała go, znał się na zielarstwie jak mało kto, był odważny i dość przystojny. Podobał jej się. Jedyną wadą była jego niepewność, jeśli chodziło o uczucia.
Minerwa pewnego dnia podeszła do niej.
-Jesteś przygnębiona. To coś z Nevillem?- zapytała i położyła jej dłoń na ramieniu.
-Nie.- spróbowała się jak zwykle uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko grymas, a po policzku spłynęła łza.-To tylko chandry, naprawdę...- mruknęła ponuro.
Starsza czarownica przytuliła ją i poklepała po plecach. Coś będą musiały z Hermioną wykombinować...


Severus nie miał czasu odszyfrować słów zapisanych na kartce. Hermiona nie odstępowała go na krok, zrobiła się podejrzliwa po ostatnim zniknięciu.


_____________________________
Tak, wiem, wiem. Na pewno wkurzyło was brak wiadomości o Remusie :3