sobota, 16 marca 2013

Rozdział 8

Młody Malfoy


Przez następne dwa tygodnie Amortencja i Albus starali się śledzić młodego Malfoya i wywęszyć, co takiego go trapi. Jego ojciec napadł na Hermionę, ale to nie powód do aż takich zmartwień. Chodził przygaszony i do nikogo się nie odzywał, z pokoju wspólnego szedł od razu do dormitorium chłopców, a w Wielkiej Sali siedział cicho i spokojnie jak nie on. Zawsze był bardziej opanowany od swoich rówieśników, ale już nie biła od niego wyższość, już nie cieszył się z tego, że jest w Hogwarcie...
Choć oboje starali się doszukać się w jego zachowaniu czegoś nadzwyczajnego, niczego takiego nie było. Mimo wszystko normalnie uczył się, uczęszczał na lekcje, dalsze nauki latania, a w nikłym wolnym czasie spacerował zamyślony po błoniach, daleko od swoich rówieśników i innych uczniów jakby się bał, że ktoś zacznie z nim rozmawiać. 
Albus wpadł na pomysł z mapą Huncwotów, którą aktualnie posiadał jego starszy brat, James. James często ją wykorzystywał, był zupełnie jak ojciec Harry'ego i jego ojciec chrzestny, po których odziedziczył imiona. Uwielbiał zabawę i psoty. 
Al zwrócił się z prośbą o hasło do wieży Gryffindoru do Rose, ale ta nie chciała im go zdradzić. Zażądała wtajemniczenia w plan.
-Masz nikomu nic nie mówić, zachowywać się normalnie i najlepiej nie zbliżać się do Scorpiusa Malfoya.- powiedziała stanowczo Amortencja.
Rose niepewnie skinęła głową i w spokoju wysłuchała, co chcą zdobyć i po co. 
-Hasło to banialuki, jak za czasów twojego ojca.- Rose uśmiechnęła się do Albusa.
Gruba Dama przepuściła ich bez problemu, była tak wstawiona po wizycie u swojej koleżanki Violet, że chyba nawet nie rozpoznawała kolorów odznak na szkolnych szatach. Znaleźli się w pokoju wspólnym Gryfonów, James siedział przy kominku z kilkoma kolegami i najwyraźniej opowiadał jakiś żart, bo tamci śmiali się i słuchali go z uwagą.
-James.- przywitał go niepewnie Al.
Chłopak odwrócił się, miał jasnobrązowe oczy po matce i rozwichrzone włosy po ojcu. Zaśmiał się, a koledzy Gryfoni zawtórowali mu.
-Nasi mali Ślizgoni wyleźli z lochów.- powiedział.-Cześć, braciszku. Co tu robisz?
-Potrzebuję pewnej rzeczy, którą posiadasz.- rzekł Albus.-Możemy porozmawiać w cztery oczy? 
James wstał i podszedł do młodszego brata. Był niezbyt wysoki, ale szczupły. 
-O co chodzi?- na twarzy starszego chłopaka pojawiło się zniecierpliwienie.
-Potrzebne mi coś...- James przerwał mu gestem.
-Co ona tu robi?- wskazał na Amortencję.
-Przeszkadzam? Cóż, musisz się z tym pogodzić, bo ja też w tym uczestniczę.- uśmiechnęła się złośliwie.
James skrzywił się, ale pozwolił bratu mówić dalej. Najwyraźniej nie czuł sympatii ani do profesora Snape'a, ani do jego córki, co też mógł odziedziczyć po imiennikach. 
-Potrzebuję mapy Huncwotów.- powiedział cicho Albus.
-Nie ma mowy.
-Przydałaby się też peleryna-niewidka.
-Ani mi się śni.
-James, proszę...
Milczeli oboje przez chwilę, a później James zrobił dziwną minę i uśmiechnął się.
-Dobra, niech ci będzie. W końcu zaczynasz robić to co należy.
Albus rzucił Amortencji znaczące spojrzenie, a ta skinęła głową z chytrym uśmieszkiem.



 
Snape chodził tam i z powrotem po swoim gabinecie. Hermiona najpierw przyglądała się mu z niepokojem, później zabrała się do sprawdzania esejów z obrony przed czarną magią. Nie mogła się skupić, kiedy w pokoju dudniły jego kroki.
-Severusie, może mi powiesz, co cię tak martwi, że już od godziny chodzisz tam i z powrotem przed biurkiem, gdzie akurat pracuję?!- warknęła.
Westchnął ciężko i usiadł w fotelu przy kominku. Przez chwilę wpatrywał się w ogień.
-Potter coś knuje. A ten cały James jest taki sam jak ojciec i dziadek.- oznajmił.
-Harry po prostu tu uczy. Nic więcej nie robi.- powiedziała, nie odrywając wzroku od pergaminu.-Może ty jesteś po prostu chorobliwie zazdrosny? 
-O kogo, o Pottera?- prychnął pogardliwie, jak to miał w zwyczaju.-Sama mnie zapewniałaś, że jestem od niego lepszy.- rzucił niby od niechcenia. 
-I twoje ego urosło jakieś dwa rozmiary?
-Mniej więcej.
Znowu zapadła cisza. Słychać było tylko trzaskanie ognia w kominku i odgłosy pisania. Snape zerknął na Hemrionę. 
-Widziałem to w jego oczach. On coś ukrywa, zapewniam cię.- powiedział.
-Co widziałeś w jego oczach?- zdziwiła się.-Severusie, stanowczo przesadzasz. Harry jest w porządku. 
-Teraz naprawdę zaczynam być zazdrosny...- burknął. 
-Ja go tylko pocałowałam w policzek, bo to mój przyjaciel.- rzekła stanowczo.-Wykończysz mnie kiedyś tymi podejrzeniami.- odłożyła pióro i podeszła do niego.-Zabraniam ci go śledzić czy robić w ogóle cokolwiek. 
-Jeszcze zobaczymy, kto będzie miał rację.- mruknął.
-Stawiam 10 galeonów, że ja.- uśmiechnęła się.
-Stracisz 10 galeonów.- na twarzy Snape'a pojawił się złośliwy uśmieszek. 
-Nieważne, Harry jest tylko nauczycielem. Jak ja czy ty.- usiadła w drugim fotelu i napotkała spojrzenie jego czarnych oczu.-Nie martw się.
-Nie martwię się, jestem spokojny, tylko się zastanawiam.
Złapała go za rękę.
-Przestań o tym myśleć, powtarzam, Harry jest w porządku. Poza tym, dopóki Dumbeldore tu jest, nie pozwoli by ktoś coś knuł, prawda?- uśmiechnęła się.
Skinął głową i zamyślił się. W tym czasie ona odeszła do drzwi. Odwrócił się i przeszył ją wzrokiem.
-Dokąd idziesz?- zapytał.
-Do Minerwy.- odpowiedziała radośnie.
-Znowu będziecie plotkować?- uniósł lekko prawą brew.
-Tak.- rozpromieniła się jeszcze bardziej.-Wiesz, co jeszcze w tobie kocham?- spojrzał na nią pytająco.-To twoje unoszenie brwi.- zachichotała.
-Jesteś niepoprawną, głupią optymistką.- mruknął, ale jego wargi ułożyły się w blady uśmiech.-Pamiętaj, co ci mówiłem o rozmawianiu z Minerwą. 
Pokiwała głową i posłała mu całusa, po czym zamknęła za sobą drzwi. Severus westchnął przeciągle, a jego myśli mimowolnie wróciły do Pottera, jego syna i Draco.


piątek, 15 marca 2013

Rozdział 7

Przyjaciel


Oboje w tym samym czasie otworzyli oczy. Było jeszcze wcześnie. Hermiona przeciągnęła się i przytuliła do męża. Powieki opadały mu bezwładnie, ziewnął i zamknął oczy. Kobieta wodziła palcem po liniach mięśni jego torsu. Przyjrzała się Mrocznemu Znakowi, który rysował się na jego lewym przedramieniu i ucałowała wyblakły symbol Czarnego Pana.
-Severusie...- zaczęła trochę nieobecnym głosem.
-Tak...?- spytał, nie otwierając oczu. 
-Może jednak dobrze, że kiedyś byłeś śmierciożercą.- powiedziała.
Uniósł powieki i spojrzał na nią dziwnie. Dobrze? Dobrze, że zabijał, torturował, wykorzystywał i służył najmroczniejszemu czarnoksiężnikowi jaki dotąd istniał? Jego prawa brew powędrowała do góry.
-Dobrze?- chciał upewnić się, że usłyszał właściwe słowo.
-No, bo gdybyś był zwykłym nauczycielem, nie miałbyś takich mięśni...- westchnęła.
-Salazarze Slytherinie, widzisz i nie syczysz.- jego wzrok wymownie przesunął się po suficie.-Nigdy nie zrozumiem kobiet. Cały czas plotkują o tych całych inteligentnych, oczytanych, zabawnych, kochających, sympatycznych ideałach, a okazuje się, że chodzi tylko o mięśnie. Podziwiam waszą logikę.- prychnął drwiąco.
-Ale ja mam to wszystko.- cmoknęła go w policzek.-Plus mięśnie. 
-Sympatyczny to ja na pewno nie jestem.- zaprzeczył.-Nie jestem też zabawny, a "kocham cię" też nie mówię zbyt często.
-Jesteś sympatyczny, w porównaniu z naszymi stosunkami, kiedy byłam uczennicą i oboje skakaliśmy sobie do gardeł. Może nie jesteś dosadnie zabawny, ale twoje humory i tak doprowadzają mnie do śmiechu.- rzekła.-A to, że nie mówisz tego zbyt często nic nie znaczy, bo wiem, że mnie kochasz. Wiele razy mi to okazywałeś. Jak sam twierdzisz.- zakończyła i pocałowała go ostrożnie.
-Wysoko mnie oceniasz, ale dajmy na to Potter jest ode mnie dwa razy przystojniejszy, młodszy, zabawny według ciebie, a skoro z nim byłaś, to pewnie wiesz czy jest umięśniony, czy nie.- powiedział ostro.
-Harry może i ma lepszą do zaakceptowania urodę, ale nie pasowaliśmy do siebie. On nie widzi świata poza Ginny i quidditchem. Nie jest tak umięśniony jak ty.- odpowiedziała spokojnie Hermiona.-A zanim zapytasz o Rona i Kruma, powiem ci, że między wami właśnie najlepsza jest ta różnica wieku.
-Nadal cię nie rozumiem. Jak to najlepsza?
-Znałam ich wszystkich praktycznie od dziecka. Wszyscy nadal wydają mi się chłopcami, rozumiesz?
-Teraz tak. Nie rozumiem tylko jak można się śmiać z moich humorów. Czy ja w ogóle miewam humory?- zapytał oburzony.
Pokręciła głową, rozbawiona i pogłaskała go po policzku. Uśmiechnął się.
-Wiesz, że Amortencja ma dziś pierwszą lekcje latania?- odezwał się zdawkowym tonem.
Hermiona jęknęła i zrobiła przerażoną minę.



Pierwszoroczni skierowali się na boisko do quidditcha, ale nie zastali tam pani Hooch, która od lat w Hogwarcie ćwiczyła z początkującymi latanie na miotłach. Stał tam chudy mężczyzna o zielonych oczach, okrągłych okularach i charakterystyczną blizną na czole. 
-Tato, co ty tu robisz?- zdziwił się Albus.
-Uczę.- odparł wesoło Harry i uśmiechnął się.
Zaczął ustawiać uczniów w rzędach, wszyscy byli podekscytowani, w końcu był owym słynnym Wybrańcem, który zabił ostatecznie Voldemorta. Każdy dostał szkolną miotłę. Harry polecił im, aby krzyknęli standardowe: "Do mnie!" i bardzo chcieli, żeby miotła wylądowała w ich rękach.
Albus odziedziczył żyłkę do sportu po ojcu, udało mu się za drugim razem, Amortencja była zawiedziona, bo dopiero za piątym, ale gdy zauważyła Rose nadal, zmagającą się ze swoją miotłą uśmiechnęła się sama do siebie. Scorpiusowi udało się za trzecim razem i też był z siebie dumny. 
W każdym razie przynajmniej pogoda dopisywała. Świeciło wrześniowe słońce, nieba nie przesłaniała żadna chmura, ptaki śpiewały wesoło, a ich popiskiwania mieszały się z radosnymi okrzykami uczniów, którzy już spokojnie wsiedli na miotły i czekali na znak Pottera. 
Dał znak i wszyscy wzbili się w powietrze, co nie było mądrym posunięciem nowego nauczyciela, bo musiał pilnować każdego z osobna. Jeden chłopiec zwisał z miotły, trzymając się rączki miotły tylko jedną ręką. Harry'emu bardzo przypominał Neville'a, który już na pierwszej lekcji latania miał kłopoty. Można powiedzieć, że dzięki niemu i Malfoyowi dostał się tak wcześnie do drużyny.
Albus latał bardzo dobrze, panował nad swoją miotłą i trzymał się blisko Amortencji, która też nieźle sobie radziła, a oboje czuli coś na kształt dumy zmieszanej ze szczęściem i pewnością jakby przed chwilą łyknęli zdrowo Felix Felicis. 
Po treningu wrócili do pokoju wspólnego Ślizgonów. Amortencja usiadła w swoim stałym fotelu i wyciągnęła ze szkolnej torby podręcznik do transmutacji. McGonagall kazała im napisać esej o podstawowych metodach i zasadach trudnej dziedziny transmutacji. 
-Już się uczysz? Czy ty robisz coś poza tym?- Albus usadowił się w fotelu obok i przyglądał się jej.
-Uczę się, bo muszę. Chcesz, żeby McGonagall dała nam drugie tyle zadania?- wyjęła pióro i zaczęła pisać.
-Nie, no coś ty. A masz w ogóle jakieś inne zajęcia, które lubisz?- pytał dalej.
-Mam swoje książki, eliksiry, mój szkicownik, co mi więcej potrzeba?
-Rysujesz?
Skinęła niechętnie głową, ale nie musiała odpowiadać na dalsze pytania, bo w pokoju pojawił się Scorpius. Był dziwnie przybity.
-Scorpius, co się stało?- zapytał nietaktownie Al.
-Nic.- burknął blady Malfoy i odszedł do dormitorium chłopców.
Amortencja uderzyła go książką. 
-Byłeś nietaktowny. A moglibyśmy coś z niego wyciągnąć i pomóc w tej sprawie z jego ojcem!- syknęła.-Następnym razem ja mówię, jasne?
-Dobra, dobra. Przepraszam. Nie chciałem, naprawdę...
Tłumaczył się jeszcze przez chwilę, a ona widziała, że naprawdę mu przykro i postanowiła mu odpuścić. Każdy zadałby to pytanie.



Hermionie zdawało się, że zobaczyła na korytarzu Harry'ego. Potrząsnęła głową i zawróciła, ale jego już nie było. Jeśli w ogóle był. Spokojnie poszła dalej i dogoniła Severusa. Kolejny raz mignęły jej okrągłe okulary i czarna czupryna rozwichrzonych włosów. 
Zerknęła sobie przez ramię i odwróciła się gwałtownie, a Snape zrobił obrażoną minę. 
-Zdawało mi się. Znowu.- usprawiedliwiła się i dołączyła do niego ponownie.
Skierowali się do pokoju nauczycielskiego, gdzie wydała zduszony okrzyk. Podbiegła do Pottera, rzuciła mu się na szyję i cmoknęła go w policzek. Uśmiechnęła się radośnie, ale Harry krzywił się, pewnie, widząc minę Snape'a, który stał za nimi.
-Severusie, nie patrz tak na mnie. To mój przyjaciel, rozumiesz?- rzuciła, nie patrząc na niego.
Harry nadal miał nieciekawą minę, więc odwróciła się z gracją i pozwoliła, by mąż ją pocałował. Potter skrzywił się, nadal nie mógł znieść widoku Hermiony, całującej się z kimś innym, a szczególnie ze Snapem. Czarnooki mężczyzna objął jedną ręką Hermionę i chyba tylko w ten sposób pozwolił, żeby rozmawiała z Harrym. 
-Co ty tu robisz?- zapytała przyjaciela.
-Uczę latania.- odparł, ale w jego oczach pojawił się dziwny błysk, który dostrzegł tylko Severus.
-Na pewno tylko uczysz?- uniósł prawą brew.
-A co innego miałbym robić?- mimo wszystko wydawał się trochę zaniepokojony uwagą.
-Czyli Hooch odeszła na emeryturę?- wtrąciła się Hermiona, która chciała zerwać nić kłopotliwego dla Harry'ego kontaktu wzrokowego z czarnymi oczyma Snape'a.
-W ostatniej chwili się zdecydowała i Albus przyjął mnie.- przyznał z dumą.
-Coś mi tu nie gra...- mruknął Snape.
-Po prostu jesteś zazdrosny. Wszędzie węszysz podstęp.- zauważyła Hermiona.-Przestań w końcu.
-Dobrze, zostań tu z nim, a ja sobie pójdę, pasuje?- burknął obrażony.
-Pewnie.- uśmiechnęła się złośliwie.
-Jak chcesz.
-Właśnie tego chcę.
-Dobrze.
-Dobrze. Więc czemu nadal tu stoisz?
-Bo mi się tak podoba.
-Phi.
Grupka nauczycieli, przyglądających się tej scenie zwijało się ze śmiechu, ponieważ wiedzieli, że para pogodzi się najdalej za trzy dni, a najkrócej za dzień. 
Jednak w słowach Snape'a było trochę prawdy, w oczach Harry'ego było coś dziwnego. Coś, co sprawiało, że myślało się, że jest przesadnie szczęśliwy albo... kłamie...? 

czwartek, 14 marca 2013

Rozdział 6

Lekcje


Amortencja, razem z Albusem poszli na śniadanie do Wielkiej Sali, gdzie McGonagall kluczyła między stołami i rozdawała plany lekcji. Pomagali jej prefekci, poza tym, że pracowała w Hogwarcie jako nauczycielka transmutacji, obejmowała też stanowisko zastępcy dyrektora, więc było jej zadaniem rozdać plany. 
-Witaj, Al, Amortencjo.- powitała ich z roztargnionym uśmiechem.-Proszę.
Wręczyła im kawałki pergaminu i odeszła do kolejnych uczniów. Akurat w tym dniu mieli opiekę nad magicznymi zwierzętami, dwie godziny zielarstwa, eliksiry i zaklęcia. Amortencja cieszyła się na eliksiry, uwielbiała atmosferę i zapach, wydobywający się z właściwie przygotowanego wywaru. Oczywiście wpoił jej to ojciec, nauczył ją też kilku innych przydatnych rzeczy.
Wyszli z zamku i poszli do małej chatki Hagrida, który uczył ONMS-u. Jak się okazało, lekcję mieli z Gryfonami, więc spotkali Rose, która powitała ich entuzjastycznym okrzykiem. Kilka osób za nią westchnęło ciężko, reszta była tak podekscytowana jak ona.
-Prawda, że fajnie, że będzie nas uczył Hagrid?- zaczęła Rose, Amortencja skinęła głową. 
W tej chwili z chatki wyszedł człowiek tak wielki, że niektórzy pisnęli cicho jakby się go bali. Amortencja wzniosła oczy do nieba. Ludzie i ich ocenianie innych po pozorach... Hagrid uśmiechnął się do wszystkich poprzez gęstą brodę, która zakrywała mu prawie całą twarz. 
-Cześć, Hagrid.- Albus pomachał mu radośnie.
-Cześć wszystkim!- powiedział entuzjastycznie pół olbrzym.
Lekcja wyszła całkiem dobrze, i Amortencja, i Al znali Hagrida z jego ekstrawaganckich pomysłów. Na ich pierwszej w tym semestrze godzinie pokazał im tylko parę niuchaczy, śmiesznych stworzonek z długimi ryjkami, które zawzięcie szukały złota. 
Po zajęciach Hagrid zatrzymał Amortencję, Albusa i Rose, której i tak nie zdołałby od siebie odciągnąć, taka była ciekawa, co ma im do powiedzenia.
-No i jak w szkole, co?- spytał.-Podobała wam się lekcja? Po tych ostatnich aferach staram się, żeby te stworzonka nie były za ostre dla was, dzieciaki, ale strasznie mnie kusi, żeby wam pokazać Hard... to znaczy Kłębolota.
-Nie uważasz, że jeszcze za wcześnie na hipogryfy, Hagridzie?- Amortencja uniosła brew, ale uśmiechnęła się.
-Cały ojciec.- mruknął Hagrid.-I nawet te oczy masz po nim.- pokręcił głową jakby z niezadowoleniem, ale odwzajemnił uśmiech.
-W każdym razie jest dobrze, Hagrid.- powiedział Al.
-Co ma być to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć, nie?
Skinęli ochoczo głowami.
-Dobra, idźcie już, bo się spóźnicie. 
Na zielarstwie nie robili nic ciekawego, głównie odpowiadali na pytania profesor Sprout. Później przyszedł czas na eliksiry. Je również mieli z Gryfonami, więc Rose usiadła obok nich, w klasie Snape'a, w lochach. Nie musieli długo czekać na właściciela pomieszczenia, Severus wparował tam chwilę potem. Czarne szaty łopotały za nim, gdy podszedł do swojego biurka i zwrócił się do uczniów. 
-Przyszliście tutaj, żeby uczyć się trudnej sztuki eliksirów.- zaczął.-Niektórzy mają ją we krwi...-rzucił krótkie spojrzenie Amortencji, a ta uśmiechnęła się blado.-Inni będą się jej uczyć od podstaw. Ostrzegam, że eliksiry to nie jest dziedzina magii, gdzie bezmyślnie macha się różdżką czy zamienia myszy w pucharki.- powiedział, a Amortencja zastanowiła się jakby zareagowała McGonagall.-Może najpierw sprwdzę czy macie jakąkolwiek wiedzę. 
Zapadła cisza, wszyscy skupili się na wysokiej postaci Snape'a, którego czarne oczy w kształcie migdałów badały reakcję uczniów. 
-Standardowe pytanie. Do czego służy bezoar?- rozejrzał się po klasie. Amortencja zrobiła to samo.
Nikt nie podniósł ręki. Westchnęła i sama to zrobiła. Przecież to było potrzebne do każdego z antidotów. 
-Tak, Amortencjo?- udzielił jej głosu Snape.
Wszystkie oczy zwróciły się na nią. Nie wiedzieli czego oczekiwać po córce Snape'a i Hermiony. 
-Bezoar to kamień, który wytwarza się w żołądku kozy i zapewnia ochronę przed większością trucizn, a co za tym idzie, jest składnikiem prawie każdego z antidotów.- powiedziała spokojnie.
-Dobrze. 10 punktów dla Slytherinu.- Snape posłał Gryfonom kpiący uśmiech, a córce pochwałę, którą widziała w jego głębokich czarnych oczach.



Minerwa złapała Hermionę na korytarzu, gdy przechodziła obok jej gabinetu, wieczorem. Popchnęła ją lekko w stronę gabinetu.
-Minerwo, nie mogę, Severus na mnie czeka...- Hermiona próbowała się jej wyrwać, ale to nic nie dało.
-Jak kocha to poczeka jeszcze trochę.- powiedziała dziarsko nauczycielka i poprowadziła młodszą czarownicę do środka.-A my mamy wiele spraw do omówienia.
Hermiona poddała się, choć McGonagall nie była już najmłodsza, energii jej nie brakowało. Zawsze były dobrymi przyjaciółkami, a że nikt nie miał tak wybuchowego charakterem męża jak Hermiona, Minerwa plotkowała głównie z nią. Tajemnic nigdy nie wynosiła poza swój gabinet, nikomu ich nie zdradzała, chyba że w ostateczności, dlatego Hermiona lubiła z nią rozmawiać.
Usiadła w fotelu na przeciwko biurka i uśmiechnęła się.
-Dawno się nie widziałyśmy.- powiedziała nauczycielka transmutacji.
-Bardzo. Trudno było bez ciebie, Minerwo. No, miałam za to Lunę, która ma poważne problemy z Draco, jak już ci mówiłam, Lavender, która nie chce się przyznać do tego, że brakuje im pieniędzy i Ginny, która wciąż nawija o quidditchu.- wyliczyła Hermiona.
-To bardzo dziwna sprawa, z tym Draco. Może to zaklęcie Imperius?
Hermionie spodobał się ten pomysł, przynajmniej nie byłaby to wina Dracona.
-Tylko kto w dzisiejszych czasach używa Imperiusa?- westchnęła.
-Nie wiem.
Przez chwilę panowała cisza, kobiety przyglądały się sobie i rozmyślały nad sprawcami tego zdarzenia. W końcu Minerwa machnęła ręką. 
-Nieważne, przynajmniej na razie.- powiedziała.-Nic nie wymyślimy. Lepiej powiedz co u ciebie i Severusa?
-Wiem, że tylko na to czekałaś.- Hermiona zachichotała.-Wszystko w porządku. A skoro mi przypomniałaś, to chyba już pójdę, wiesz jaki on jest niecierpliwy...
-Siadaj, poczeka jeszcze chwilę, chyba zrozumie...
Rozległo się pukanie do drzwi, w progu stanął Snape. Westchnął ciężko i pokręcił głową.
-Tu jesteś.- zwrócił się do Hermiony.-Znowu plotkujecie?- na jego twarzy wykwitł złośliwy uśmieszek.-Ciekawe kto tym razem padł waszą ofiarą?
-Ty Severusie. Pytałam Hermionę, co u was słychać.- Minerwa uśmiechnęła się.
-Hmmm... I co ci powiedziała?- usiadł w drugim fotelu, obok fotela, w którym siedziała Hermiona.
-Tylko tyle, że wszystko w porządku, bo akurat zapukałeś.-rzuciła niedbale.-A liczyłam na jakieś szczegóły.
-Może jeszcze pikantne szczegóły?- prychnął i uniósł prawą brew.
-A żebyś wiedział. Właśnie na to liczyłam.
Hermiona parsknęła śmiechem, uwielbiała przyglądać się kłótniom tej dwójki. Niby byli przyjaciółmi, a zawsze przy dobrej okazji się obrażali. Zwykle Snape zaczynał, rzucając obelgami, ale ona odpowiadała na jego docinki. Spojrzeli na nią i również wybuchnęli donośnym śmiechem. Gdy się uspokoili, Minerwa zwróciła się do Hermiony jakby Severusa w ogóle z nimi nie było.
-Więc, co z tymi szczegółami?- uśmiechnęła się chytrze.
-Hermiona, chodź.- powiedział szybko Snape.-Nie życzę sobie, byś opowiadała jej o naszym życiu prywatnym.- jego ton był ostrzejszy niż zwykle.
-Co ty masz do ukrycia, Sev?- Minerwa zaśmiała się, widząc jego rozeźloną minę.
-Właśnie, Sev, co ty masz do ukrycia?- Hermiona złapała go za rękę. 
-Nie wytrzymam...- ostrzegł je.
-I co nam zrobisz, nietoperzu?- rzuciła McGonagall i obie zachichotały.
-Tobie nic, ty stara, wredna plotkaro.- warknął.-Ale ona ma lęk wysokości.
Wskazał na Hermionę i zanim ta zdążyła zareagować podniósł ją i wyniósł z pokoju. Chwyciła się go kurczowo, rzeczywiście miała lęk wysokości, a Severus w takich chwilach był nieobliczalny.
-Severusie Tobiaszu Snape, postaw mnie na stabilnej podłodze, ale już!- syknęła.
Zanucił coś pod nosem. 
-Ja tu umieram ze strachu, a ty sobie śpiewasz?
-Mhm. 
-Mhm?! Jeśli mnie naprawdę kochasz, to postawisz mnie na podłodze.- powiedziała sztucznie spokojnym głosem.
-Nie muszę ci tego teraz okazywać, bo robiłem to już wiele razy.- rzekł i dalej coś nucił.
-Proszę, Severusie...
Postawił ją ostrożnie na kamiennej posadzce i przytulił.
-Nie chcę, żebyś rozmawiała o nas z tą starą plotkarą.- powiedział łagodnie.
-Trochę przesadziłam, przepraszam. Chodźmy...
Złapała go za rękę i splotła swoje palce z jego palcami. Musnął wargami jej delikatne usta, a przez jej ciało przeszedł miły prąd, który wywoływał tylko jego dotyk.



Rano McGonagall położyła jej rękę na ramieniu i z zatroskaną miną spojrzała jej w oczy.
-Przepraszam. To przeze mnie się pokłóciliście.- rzekła skruszona.
-Nieważne, my się szybko godzimy.- Hermiona spłonęła rumieńcem, a Minerwa zachichotała.





Rozdział 5


Tłumaczenia


Blady mężczyzna zrobił kilka kroków do przodu i stanął przed Hermioną. Wyglądał jednocześnie na przestraszonego i dumnego. To było strasznie dziwne. Nie umiała rozpoznać, co on tak naprawdę czuje.
-Draco, co ty tu robisz?- wstała z gracją i pomachała mu ręką przed twarzą.-Halo...?
-Hermiona, muszę z tobą porozmawiać.- złapał ją za rękę i ścisnął ją mocno.-To ważne.
-Auu... Puść mnie.- powiedziała stanowczo.
Co się z nim działo? Dlaczego był dziwnie nieobecny?
-Muszę z tobą porozmawiać, rozumiesz?- jeszcze bardziej wzmocnił uścisk.
-Przecież rozmawiamy, puszczaj...- wycedziła i wyciągnęła różdżkę z kieszeni. 
-Draco.- w pokoju pojawił się Severus.
Chłodno ocenił sytuację i szybko podszedł do Malfoya. Odciągnął go od Hermiony i rzucił nim o ścianę. Wyciągnął różdżkę i wycelował w jego szyję. Jeśli chodziło o jego rodzinę, jego najbliższych, potrafił nawet zabić, a jako były śmierciożerca miał w tym pewną wprawę. Hermiona położyła mu rękę na ramieniu.
-Severusie, puść go. Nawet nie wiemy o co mu chodzi.- powiedziała spokojnie.
Zerknął na nią, a ona skinęła głową. Z ociąganiem puścił Dracona i odsunął się od niego nieznacznie, nadal z uniesioną różdżką. 
-Draco, co ty wyprawiasz?- warknął.
-Muszę porozmawiać z Hermioną, to ważne.
-Przecież rozmawialiśmy, co jest z tobą?- spytała drżącym głosem.
Pokręcił tylko głową i nagle zemdlał. Wymienili z Severusem spojrzenia. Z pomocą zaklęcia lewitacji zaniósł go do Skrzydła Szpitalnego, a Hermiona poszła szukać dyrektora. Wróciła z nim i Minerwą, wszyscy zaczęli głośno zastanawiać się co zaszło.
-Więc on tak po prostu tam wszedł?- zdziwił się Dumbeldore.-Jak?
-Musiał zmusić Filcha, żeby go wpuścił albo poprosił, któregoś z nauczycieli.- Snape westchnął i przytulił do siebie Hermionę.-Co się z nim stało?
Hermiona odsunęła się od niego delikatnie. 
-Luna mówiła, że od jakiegoś czasu dziwnie się zachowuje, że oddalił się od niej na tyle, że nawet nie całuje jej na dzień dobry, co robił zawsze. Podobno, wiecie jaka jest Luna, lubi koloryzować, ale myślę, że to poważna sprawa.- wyjaśniła i czekała na reakcję nauczycieli.
-Chyba powinniśmy powiadomić ją i Scorpiusa.- rzekła Minerwa, spoglądając na Malfoya smutno.
-Ledwo zaczął się rok już mamy kłopoty.- szepnęła Hermiona.
-Takie już uroki Hogwartu.- odezwał się ponuro dyrektor.



Amortencja siedziała w pokoju wspólnym i wpatrywała się w płomienie, buchające w kominku. Mdłe zielone światło mieszało się ze światłem rozpalonego kominka, w pomieszczeniu zostało tylko kilka osób. 
Na kolanach trzymała książkę, ale od kilku minut nie czytała jej. Nie mogła się skupić, nie była senna. Była raczej otępiała. 
Dostała się do Slytherinu i wszystko było dobrze. Ojciec przyszedł i uściskał ją, mówiąc, że zrobiła na złość matce. Uśmiechnęła się na to wspomnienie. 
Scorpiusa gdzieś wyniosło, widziała jak wychodził z McGonagall. Zastanawiała się, co się stało. Nie miała pojęcia.
-Amortencja, to ty nie idziesz spać?- w fotelu obok usiadł Albus.
Wzruszyła ramionami.
-Która godzina?
-Koło pólnocy.- Albus uśmiechnął się.-Radziłbym ci się wyspać, bo będziesz nieprzytomna na lekcjach.
-Dzięki za radę. Masz rację, pójdę już.
Z gracją wstała.
-Wiesz, Al, dobrze, że chociaż ty jesteś ze mną w Slytherinie.- powiedziała i odeszła, a on został z uśmiechem na ustach.



-Na pewno nic więcej ci nie zrobił?- zapytał Severus, gdy znaleźli się z powrotem w jego gabinecie, który był również salonem.
-Na pewno. Nie martw się już.
Westchnęła ciężko i usadowiła się w fotelu. Nie docierało do niej, że to był Draco. Mimo wszystko byli dobrymi przyjaciółmi, do teraz. Przymknęła oczy i próbowała zapomnieć, ale myśli wciąż wracały. Nie zrobił nic złego, ale mógł zrobić, miał przecież okazję, gdyby Severus się nie zjawił prawdopodobnie musiałaby sama użyć jakiegoś zaklęcia, a zważając na fakt, iż go dobrze znała byłoby to trudne.
-Może eliksir Słodkiego Snu?- usłyszała głos męża.
-Nie...- mruknęła.-Przy tobie zasnę spokojnie, jak zawsze zresztą.
Zerknęła na niego. Był roztargniony, gorączkowo szukał wyjaśnienia całej tej sytuacji i widać było, że denerwowało go to, iż Malfoy zranił Hermionę.
-Ale tobie się przyda uspokajający.- podeszła do niego i chwyciła go za obie ręce.-Uspokój się, nic mi nie jest, widzisz?- uśmiechnęła się do niego. Wyszedł jej raczej grymas.
Bezradnym ruchem przyciągnął ją do siebie i pocałował w czoło. Stali tak dłuższą chwilę. Oboje uspokoili się i czuli się lepiej. Hermiona wdychała zapach męża, wodę kolońską i eliksiry. Od jakiegoś czasu to był zapach, który czuła, kiedy pomagała mężowi przy Amortencji, najsilniejszym eliksirze miłosnym. Stąd właśnie wzięło się imię ich córki, choć Severus zarzekał się, że nie ma mowy, by się tak nazywała. Hermiona ostatecznie postawiła na swoim. 
-Ja myślę, że tobie się jednak podoba to, że inni uczniowie i nauczyciele oddaleni są od naszych komnat tak dużą odległością...- powiedziała nagle i położyła dłoń na jego zimnym policzku.
Pokręcił głową i uśmiechnął się. 
-Wiesz, mam żonę, która jest najpiękniejszą kobietą w Hogwarcie, zawsze to większe bezpieczeństwo, kiedy w pobliżu kręci się i Potter i nie wiadomo jeszcze kto...
-Ale Harry pewnie uważa, że Ginny jest najpiękniejsza.- zarzuciła mu ręce na szyję.
-To jest Potter, co on tam wie?- prychnął kpiąco.
-Dlaczego tak go nie lubisz?- Snape westchnął.-A może, dlatego że był moim chłopakiem, zanim zaczęłam spotykać się z tobą?
-Nie obchodzi mnie kim był, wybrałaś mnie... 
Przybliżył ją do siebie i mocno pocałował. Doskonale pamiętała ich pierwszy pocałunek, zakochała się w jego ustach, które uważała za stworzone do całowania. W porównaniu z nim Harry całował jak głupi, niedoświadczony dzieciak. W miarę jak go poznała zakochała się, w nim całym. Zarówno w jego umięśnionym torsie jak i złośliwym charakterku.
Teraz przynajmniej w nim miała oparcie. 




Rozdział 4

Tiara Przydziału


Było już późno, gdy Ekspres zatrzymał się na stacji Hogsmeade. Gwiazdy jarzyły się na niebie, a w oddali widać było wieżyczki ogromnego zamku, siedziby Hogwartu, której mugole nigdy by nie zauważyli. Powozy prowadzone przez testrale, które widział zarówno Severus jak i Hermiona czekały na nauczycieli i uczniów od drugiego roku wzwyż. 
Pierwszoroczni jak zwykle płynęli łodziami przez jezioro. Potężna postać Hagrida, pół olbrzyma rysowała się na brzegu. Z daleka słychać było jego krzyk:
-Pirszoroczni za mną!
Hermiona uśmiechnęła się na dźwięk jego donośnego głosu i zajęła miejsce w powozie. Cieszyła się, że w końcu jest znowu w Hogwarcie, że spotka się z Minerwą i Albusem i innymi nauczycielami. Była w domu.
Dotarli do zamku i z sali wejściowej poszli do Wielkiej, zajęli miejsca przy stole nauczycielskim. Rozejrzała się. Na czterech stołach poszczególnych domów, Gryffindoru, Slytherinu, Ravenclawu i Hufflepuffu widniała złota zastawa, na razie pusta. Na sklepieniu Wielkiej Sali mrugały gwiazdy, a niebo było czyste, nie przesłonięte chmurami, jak się nieraz zdarzało. 
-Jak myślisz, Hermiono, do jakiego domu trafi Amortencja?- zagadnął ją Albus, uśmiechając się dobrotliwie.
-To oczywiste, że do Gryffindoru.- powiedziała, ale nie była tego pewna. Jej córka była tak podobna do ojca, że mogła zarówno jak do Gryfonów, trafić do Ślizgonów.
Severus prychnął.
-Moja córka w Gryffindorze?- uniósł lekko brwi.-Po moim trupie.
Dyrektor zaśmiał się i poklepał go po ramieniu. Byli przyjaciółmi, choć Snape nie lubił tego okazywać, nawet w rozmowie. Westchnął ciężko i utkwił wzrok w dużych drzwiach.
Pojawiła się w nich Minerwa McGonagall, z ostrą miną i włosami spiętymi w ciasny kok. Ubrana była w ciemnozieloną szatę, na głowie miała tiarę czarodziejską, która była trochę przekrzywiona. Albus Dumbeldore rzucił jej promienny uśmiech, a ona go odwzajemniła i wzięła długą listę pierwszoroczniaków, którzy mieli zostać przydzieleni do domów.



McGonagall powoli odczytywała każde z nazwisk. Wyczytany jedenastolatek siadał na małym stołku, wkładano mu na głowę starą, mocno połataną i schodzoną Tiarę Przydziału, która po chwili ogłaszała werdykt. 
-Potter Albus!
Potter usiadł niepewnie na wskazanym miejscu, a Tiara spadła mu na oczy. Przez moment trwała absolutna cisza, wszyscy spodziewali się jednego: Gryffindoru, w końcu był to Potter. 
-Slytherin!- krzyknęła donośnym głosem Tiara.
Na stole Ślizgonów rozległy się oklaski, w Gryffindorze szepty i buczenie. 
Amortencja z niepokojem czekała na swoją kolej. Wiedziała, że jeśli zechce być w Slytherinie, Tiara weźmie to pod uwagę i być może ją tam przydzieli. Nie chciała trafić do Gryffindoru, ani do Hufflepuffu. Nawet do Ravenclawu, którego cechy to inteligencja i bystrość. 
-Snape Amortencja!- wyczytała McGonagall, a ta niepewnie zbliżyła się do stołka, na którym usiadła.
Tiara, tak jak Albusowi spadła jej na oczy, poprawiła ją sobie i czekała. W duchu powtarzała słowa: "Slytherin, Slytherin..."
-A więc chcesz być w Slytherinie.- mruknęła Tiara przydziału.-Oczekiwania ojca, no tak...- mruczała dalej.-Jesteś inteligentna i bystra, szybko się uczysz, świetnie pasowałabyś do Ravenclawu... Jesteś też odważna i potrafiłabyś bronić bliskich, gdyby zaszła taka potrzeba, a to cechy Gryffindoru... Ale najbardziej dominują w tobie cechy odziedziczone po ojcu, duma, przebiegłość, ambicja i spryt. Mogłabyś pasować do każdego z czterech domów, ale nie... ty jesteś prawdziwą Ślizgonką.- wyszeptała Tiara.-Slytherin!
Amortencja uśmiechnęła się tryumfalnie, a gdy zajęła miejsce przy stole Ślizgonów, obok Albusa zerknęła na rodziców. Hermiona zrobiła obrażoną minę i teatralnie odwróciła się od męża, a on z błyskiem w oku uśmiechał się tak blado, że nikt oprócz jego córki, która dobrze go znała tego nie zauważył.
Rose trafiła do Gryffindoru, jak można się było spodziewać, a Scorpius do Slytherinu. Wszyscy byli tam, gdzie powinni być.



Hermiona, nadąsana i zła zeszła do lochów i skierowała się od razu do komnat męża. On sam został, by poprowadzić Ślizgonów do pokoju wspólnego i pewnie by pogratulować córce. 
Miona trzasnęła drzwiami i usiadła w zielonym fotelu z wysokim oparciem, który stał przy kominku. Nagle rozległo się pukanie. W progu stanął Draco Malfoy z dziwną, nieodgadnioną miną.

środa, 13 marca 2013

Rozdział 3

W pociągu


Severus otworzył oczy i przetarł je. Było jeszcze ciemno, ale mdłe światło wschodu słońca już dawało o sobie znać. Westchnął i zerknął na śpiącą obok Hermionę. Czasami zastanawiał się, jak na to wszystko zasłużył? Loki opadały jej na twarz, usta wygięte miała w lekkim uśmiechu. Odgarnął lekko kilka kosmyków z jej policzka i delikatnie pocałował ją w czoło.
Nigdy nie podejrzewał, że w jego życiu stanie się tyle dobrego. W życiu śmierciożercy, paskudnego sługi Czarnego Pana, mordercy... I sługi Dumbeldore'a, wiecznie rozdartego pomiędzy dwa światy. Jeden dobry, drugi zły. Jeśli odejdziesz od dobrego do końca życia będziesz miał wyrzuty sumienia, jeżeli odejdziesz od złego i tak zginiesz. 
Hermiona zmrużyła oczy i powoli uniosła powieki. 
-Severusie, co ty robisz?- spytała zaspanym głosem.
-Myślę.- odparł bez wahania.
-Ale wiesz, że noc stworzona jest po to, żeby się wyspać? Żeby odpocząć?- spróbowała unieść brew tak jak on zawsze, ale nie udało się jej. Zaśmiał się tylko krótko, a potem spoważniał.
-Noc to dzień bez słońca.- powiedział i pogłaskał ją po policzku.-Śpij.
-To, że uczniowie Hogwartu nazywają cię nietoperzem, nie znaczy, że musisz się tak zachowywać.- mruknęła sennie.-Dobranoc...
Wtuliła się w niego i błyskawicznie zasnęła. Pogłaskał ją po głowie. Na córkę też nie zasługiwał. On? I to na tak zdolną... Tak do niego podobną...
Oczy zamknęły mu się, a gdy się obudził Hermiona siedziała na skraju łóżka i patrzyła na niego z troską. Chwyciła go za rękę i przez chwilę wodziła po Mrocznym Znaku wypalonym na jego lewym przedramieniu. Od wielu lat nie paliło. 
-Która godzina?- podniósł się i przeciągnął.
-Zostało ci jeszcze jakieś dziesięć minut, żeby się ubrać...- zanuciła.
-Słucham?- warknął i pomknął do łazienki.
-Och, nie miałam serca cię budzić.- zwijała się ze śmiechu.
-Jesteś. Wredna.- wycedził.
-Uczę się od najlepszych, mistrzu.- dygnęła przed nim lekko i wyszła z pokoju.-Pięć minut!



Amortencja spokojnie odeszła od rodziców w poszukiwaniu wolnego przedziału w Ekspresie do Hogwartu. Było strasznie tłoczno, korytarzami biegały dzieciaki, szukające przyjaciół, przechodzili prefekci... Zaglądała po kolei do każdego z przedziałów, ale wszędzie było pełno. W jednym siedział tylko jeden Albus, więc weszła.
-Wolne?- spytała uprzejmie i nie czekając na pozwolenie usadowiła się na wolnym miejscu.
Albus przyglądał jej się długo. Odwróciła wzrok i udawała, że coś zaciekawiło ją za oknem. Nagle naszła ją myśl, że to niezgodne z zasadami ojca, więc przez kolejną chwilę nie odrywali od siebie wzroku. Później Albus Potter wyraźnie się rozluźnił.
-Jak myślisz, do którego z domów trafisz?- rzucił, uśmiechając się niepewnie.-Chciałbym być w Gryffindorze, a ty?
-W Slytherinie, to chyba już będzie tradycja rodzinna.
-Ach, tak... Twój ojciec.
Spojrzała na niego odrobinę surowo. Uniosła lekko obie brwi i zapytała spokojnie:
-Co z nim?
-Mówią, że jest strasznie surowy i niesprawiedliwy.- mruknął Albus.
-Jak się go wkurza, to taki jest.- uśmiechnęła się.-Też bym była zdenerwowana, gdybym miała uczyć pierwszoklasistów, którzy nie umieją uwarzyć najprostszego eliksiru leczniczego.
-A ty umiesz?- zaciekawił się Albus.
-Tata mnie nauczył. To wcale nie jest trudne, wiesz wystarczy...
Nie dokończyła, bo do przedziału weszła Rose i rozpromieniła się na ich widok. Usiadła, nikogo nie pytając o zdanie i szeroko uśmiechnęła się do Albusa. Długie blond włosy miała poskręcane w loki, a jej niebieskie oczy jarzyły się jak dwie żarówki. 
-Cześć, Albus, cześć Tencja.- pomachała im.
-Proszę, nie nazywaj mnie Tencja. 
-To mi przypomina ciocię Tonks.- Albus zaśmiał się cicho.-Ona też tak zawsze mówiła.
Amortencja głównie rozmawiała z Albusem, choć i z Rose chwilami dało się zamienić słowo. Patrząc na widoki za oknem, na coraz bardziej dziki teren uświadomiła sobie, że za niedługo będą w Hogwarcie. Pojawią się na uczcie w Wielkiej Sali, a Tiara Przydziału zaśpiewa swoją piosenkę i przydzieli ich do właściwych domów. Wzięła głęboki oddech, tak bardzo chciała być w Slytherinie. Tak bardzo chciała sprostać oczekiwaniom ojca... 
-Lepiej się przebierzmy w szkolne szaty. Są odjazdowe, nie?- zapytała z entuzjazmem Rose. 
Amortencja westchnęła. 

Rozdział 2

Na Pokątnej

Amortencja obudziła się wcześnie i jeszcze raz sprawdziła czy wszystko spakowała. Wprawdzie nie było, co pakować, bo kufer był prawie pusty, dopiero dzisiaj wybierali się na Pokątną. Ona jednak zawsze musiała być przygotowana na wszystko, taka po prostu była.
Wyjrzała przez okno swojego pokoju. Widziała duży ogród i ulubione drzewo, pod którym zwykle czytała. Zastanawiała się... Tyle rzeczy było do przemyślenia. Jaką będzie miała różdżkę? Gdzie przydzieli ją stara Tiara Przydziału? Jakie będą lekcje? Jacy ludzie? 
Z zamyślenia wyrwał ją głos matki, wołającej na śniadanie. Zeszła po schodach na dół. Snape siedział przy stole i czytał "Proroka Codziennego", Hermiona usadowiła się obok i zaglądała mu przez ramię. Ona zwykle robiła śniadania i kolacje, a on obiady. Hermiona nie była najlepszą kucharką, a Severus, może przez sztukę eliksirów miał wrodzony talent. Normalny poranek, pomyślała Amortencja i wskoczyła z gracją na krzesło po drugiej stronie ojca.
-Ale my jesteśmy normalni.- powiedziała nagle.
Jej matka parsknęła śmiechem, Severus uśmiechnął się i wrócił do czytania.
-Co w tym śmiesznego?- zdziwiła się ich córka.
-Nic...- odpowiedziała wymijająco Hermiona i spojrzała na zegar, wiszący na ścianie.
-Pospiesz się.- wyręczył ją w upomnieniu mąż. 
Amortencja szybko zjadła śniadanie i wstała od stołu. Snape westchnął ciężko i stanął przed kominkiem.
-Idziesz czy nie?- spytał żonę.
-Nie musisz na mnie warczeć.- burknęła, ale uśmiech nie schodził jej z twarzy, przez co wyglądała dziwnie.
-Amortencjo, wiesz co robić.- zwrócił się do córki.
Skinęła głową i wzięła garstkę proszku Fiuu. Wsypała go do kominka i weszła w płomienie.
-Na Pokątną.- powiedziała głośno i wyraźnie, mimo, że popiół uderzał ją w twarz i zasypywał oczy.
Zawirowała i wraz z płomieniami wylądowała zgrabnie w kominku, w ulubionej księgarni. W Esach i Floresach. Otrzepała się dokładnie z kurzu, a po chwili szła z rodzicami ulicą, w stronę sklepu Ollivandera, wytwórcy różdżek. W środku czuła jakiś niepokój, ale nie pozwoliła by ją opanował.
Zadzwonił dzwonek, gdy weszli do pustego sklepu. Zza regałów wyszedł mężczyzna z wyłupiastymi oczami, Amortencja mogłaby przysiąc, że widziała w nich swoje odbicie. 
-Ach, państwo Snape.- powitał ich Ollivander.-A to musi być wasza córka.
-Cóż za spostrzegawczość.- Severus prychnął, a Hermiona uśmiechnęła się do sprzedawcy przepraszająco.-Tak, to jest Amortencja.
-Masz bardzo oryginalne imię.- rzucił wytwórca różdżek i zniknął za regałem.-Proszę, spróbuj.
Podał jej smukłą różdżkę, podobną do różdżki matki. Amortencja wzięła i machnęła nią wprawnie. Nic się nie stało. Nie była zawiedziona, po prostu jej nie wybrała na swojego właściciela. Oddała ją sprzedawcy, a ten znów zniknął za jakimś regałem. Po chwili wrócił z nową różdżką.
-Spróbujmy z tą. 10 i 3/4 cala, wierzba, włókno ze smoczego serca.- powiedział dziwnym, nieobecnym głosem.
Gdy dziewczynka wzięła ją do ręki poczuła jak przepływa przez nią nikły prąd, ale kiedy machnęła nadal nic się nie stało. 
-Dobrze, dobrze... Może różdżka podobna do różdżki kupionej przez pani ojca...- szepnął.
Wrócił z kolejną różdżką. Od razu jej się spodobała, przypadła jej do gustu. Była smukła, czarna, a gdy jej dotknęła, wiedziała, że to będzie ta. Machnęła nią, a w powietrze wzniosła burza papierów, kartek i pudełek z różdżkami, przewrócił się też jeden regał. Uśmiechnęła się tryumfalnie i odwróciła do ojca. Skinął z lubością głową, Hermiona jęknęła przeciągle. 
-Doskonale. 13 cali, włókno ze smoczego serca, jabłoń, sztywna. Doskonała do czarnej magii, bardzo duża moc.- mamrotał Ollivander.
Po chwili ucieszona wyszła wraz z rodzicami na zatłoczoną ulicę. Była szczęśliwa, jej różdżka była świetna, kiedy trzymała ją w ręce czuła się inna, wyjątkowa, jakby ten dziwny patyk, jak mogliby twierdzić zwykli mugole uświadamiał ją w tym, że naprawdę jest czarownicą, że ma moc i będzie się kształcić w Hogwarcie.
Kupili szaty, książki i kolejny kociołek do eliksirów. Jeden już miała, ojciec uczył ją pewnych rzeczy. Nie na darmo jej pierwsze słowo brzmiało: "elitil", jak twierdzili rodzice. 
Po drodze spotkali Albusa z Harrym i Ginny. Hermiona złapała Severusa za rękę, mówiąc, żeby zostawić dzieci na chwilę same. Dorośli mogliby porozmawiać.
-Zwariowałaś?- przeniósł wzrok na dorosłego Pottera.-Bez obrazy, Harry, ale nie zostawię mojej córki samą na Pokątnej, z twoim synem. Jeżeli jest taki jak ty, to i tak samo skłonny do łamania zasad.
-Severusie, przestań.
-Niech ci będzie.- westchnął.-Nie słuchaj go.- szepnął do córki przez ramię.
Pokiwała gorliwie głową, we wszystkim się go słuchała. Prawie we wszystkim, czasami wykradała jego eliksiry, bez jego wiedzy...
-To, co robimy?- spytał Albus i odgarnął ciemne włosy, które spadały mu na oczy. Jak zwykle był rozczochrany.
Wzruszyła ramionami.
-Chodźmy do Esów i Floresów.
-Już tam raz byłem, dzisiaj.- rzekł.-Lubisz książki, no nie? Niby mieszkamy od siebie jakieś dwa domy, a prawie nic o tobie nie wiem.
-Nie musisz nic o mnie wiedzieć. Tak, lubię książki, to powinno wystarczyć.- miła strona, odziedziczona po matce dawała o sobie znać, więc uśmiechnęła się niepewnie.
-Nie ma sprawy. 
Wrócili ich rodzice. Severus przeszył wzrokiem Albusa, ten wyprostował się dumnie, ale gdy profesor eliksirów zwęził czarne oczy w szparki cofnął się i odszedł z Harrym. Ginny pomachała Hermionie i pognała za rodziną. Snape zwrócił się do córki.
-A co powiesz na miotłę?- zapytał spokojnie, zerkając na żonę.
-Mogę spróbować swoich sił w lataniu, nauczysz mnie?- spojrzała na niego z nadzieją.
-Nie, nie, nie.- zaprzeczyła Hermiona.-Żadnych mioteł. Proszę, Severusie...
-To, że ty się boisz latać z kimkolwiek innym niż ze mną, nie znaczy, że twoja córka też ma się bać.- westchnął.-Gryfońska odwaga, tak...- mruknął.
-Niesamowitym pokazem odwagi był ślub z tobą.- burknęła.
-To...- zaczęła Amortencja.-Kupicie mi tę miotłę czy nie?
-Oczywiście.- powiedział szybko Snape i pomknęli do najbliższego sklepu.
Wybrali Pioruna 5000, Błyskawica była już przeżytkiem. Hermiona dogoniła ich, gdy wychodzili ze sklepu. Westchnęła ciężko i pokręciła z niedowierzaniem głową. Prawdą było jednak, że Hermiona latała tylko ze Snapem, inaczej dawał o sobie znać paniczny lęk wysokości.