sobota, 11 maja 2013

Rozdział 55

Wielki powrót



Kot okazał się bardzo przydatny. Amortencja obserwowała go dokładnie z okna, więc widziała jak zgrabnie, nawet nie zauważony przeszedł przez ulicę i przemknął do domu Scorpiusa, a potem wyleciał z niego jak strzała i zaplątał się w nogi Luny, która upadła. Draco musiał pomóc jej wstać, a rzucanie przekleństw w kota, który uciekł trochę mu zajęło. W tym czasie Amortencja zdążyła zmienić się w ocelota i wybiec na sprężystych łapach z domu. Kiedy Draco i Luna odwrócili się, aby nadal obserwować dom Snape'ów, ona była już niedaleko lasu. Teraz nie liczyło się dla niej nic. Nie ważne było, że ojciec może ją za to zabić, że wilkołak może grasować w lesie, że jakaś "ona" wróciła. Teraz nie była człowiekiem, była zwierzęciem, miała takie instynkty, takie potrzeby. Tylko biec. 
Znalazła się pod osłoną lasu. Widziała wszystko wyraźniej, oddychała szybciej, czuła mnóstwo zapachów naraz, do wszystko uderzało jej do głowy. Odwróciła się i niemal warknęła na widok białej fretki oraz czarnego, dużego psa z wielkimi zielonymi oczami, błyszczącymi się jak gwiazdy.
Otrząsnęła się i skupiła uwagę na tym, co zostało w niej ludzkie. Jej łapy powoli zmieniły się w dłonie, sierść została rozwiana przez wiatr, oczy wróciły do normalności. Wzięła głęboki oddech i zobaczyła przed sobą chłopaków. Scorpius wyższy od Albusa, z niemal białymi włosami, z grzywką opadającą na oczy i Albus, z czarnymi włosami oraz z troską w zielonych tęczówkach. Westchnęła i poczuła nagłą potrzebę przytulenia, któregoś z nich. Nie mogła tak po prostu wybrać. Przygarnęła ich obu do siebie i stała tak przez chwilę. Potem odsunęła się i spojrzała na nich poważnie.
-Nowi Huncwoci, tak?- zapytała z pewnym trudem. Skinęli niepewnie głowami.-Mamy informację, że "ona" wróciła. Domyślam się, iż ona to Bella.
Miała wrażenie, że całą trójką wstrzymali oddech. Stopniowo uspokoiła się.
-Nie wiem jakim cudem uciekła z Azkabanu, jakim cudem stała się wilkołakiem, jeżeli się stała, mam to gdzieś.- rzekła stanowczo.-Nie chcę ani siebie, ani was narażać na niebezpieczeństwo, nie mam takiego zamiaru. Wyprawa do lasu, głupi pomysł. Lada dzień wracamy do szkoły. Zamierzam poszukać jakichś śladów. Tutaj.- wskazała gestem dłoni las dookoła.-Nie mam wprawy w szukaniu wilkołaków, ale tej... nieważne. Nie odpuszczę jej. Nie może się za nami po raz drugi włóczyć do szkoły.
Przez chwilę milczeli.
-Nie uważasz, że Ministerstwo, wie, że uciekła, jeśli uciekła?- zapytał podejrzliwie Scorpius.
-Tego nie możemy określić. Ministerstwo jest zawodne.- rzucił Albus.
-Nie w czasach, kiedy panuje Kingsley.- Amortencja posmutniała.-Ale mogą jej szukać po cichu, żeby nie wybuchł skandal.- uśmiechnęła się blado.
Wyciągnęła z kieszeni czarnych dżinsów złożoną kartkę i westchnęła.
-Mam tu też eliksir, który podobno uleczył częściowo Lupina.- odezwała się cicho.-Ale czy zdołam...- nie dokończyła. 
Szybko włożyła kartkę do kieszeni i z przerażeniem w oczach spojrzała przed siebie. Czerwone, dziwnie połyskujące na niebiesko ślepia wychylały się zza drzewa. Z gardła wilkołaka wydobywał się dziki charkot, jedną łapą nerwowo szurał po ziemi. Amortencja przełknęła ślinę i spróbowała wziąć się w garść. Wyciągnęła różdżkę. Zorientowała się, iż nie mogą czarować poza szkołą. Koniec.
Wielkie zwierzę zbliżało się do nich, warczało, szybko oddychało z charakterystycznym świstem. Obnażyło zęby, dziwnie pożółkłe i ociekające śliną. Amortencja zadrżała na dźwięk kolejnego dzikiego warknięcia. 
I wtedy, kiedy myślała, że to już koniec, że choćby chciała uciekać, wilkołak dogoniłby ich, że choćby chciała czarować, jej zaklęcia to marne próby podrabiania ojca, coś miauknęło donośnie i prychnęło z wyższością. Amortencja nie myśląc wiele, chwyciła za rękawy koszulek chłopaków i pobiegła jak mogła najszybciej. W biegu zmieniła się w ocelota, przyspieszyła i zmierzała prosto do domu.
Wyczuła coś znajomego. Czyżby magnolie? Dała Albusowi i Scorpiusowi znak i we trójkę zmienili się w ludzi. Hermiona i Severus biegli w ich stronę, Severus wyglądał jakby chciał poćwiartować obu chłopaków, a córkę rozedrzeć na strzępy, Hermiona wcale nie była weselsza. Zatrzymali się przy nich.


Severus nie wiedział, co miał myśleć. Szalała w nim taka złość na tę całą nową Złotą Trójcę, że nie mógł wytrzymać. Zatrzymał się przed córką i obdarzył ją tak jadowitym spojrzeniem, że zabiłoby trzech dorosłych ludzi. Ona jednak wyprostowała się i próbowała dodać sobie odwagi. Jeszcze bardziej go to rozzłościło. Czy ona nie mogła choć na chwilę przestać zgrywać przed nim bohaterki?
-Możesz mi łaskawie powiedzieć, co ci odbiło?!- syknął przez zaciśnięte zęby.
Pokręciła głową, zrezygnowana i z daleka usłyszała warkot wilkołaka. Jeżeli to wstrętne, wyrośnięte wilczysko zeżarło jej kota, to ona już mu pokaże.
\-Tato, nie pora na wyrzuty, wilkołak jest w lesie.- wybuchnęła.
Hermiona zrobiła przerażoną minę, serce na moment jej stanęło, na myśl o tym, że jej córka mogłaby zyskać, podobną do jej, bliznę. Severus zachował zimną krew. Wziął głęboki oddech i rozglądnął się dokoła. Dobrze, że w takich sytuacjach, w miarę szybko opracowywał plany działania.
-Wy.- wskazał na trójkę przyjaciół.-Do domu, już. Hermiona, idź z nimi.- zwrócił się do żony.
-Nie zostawimy cię.- powiedziały chórem i na milisekundę uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo.
Prychnął drwiąco.
-Nie czas na bezmyślną, gryfońską odwagę.- warknął wściekle.
Hermiona skinęła głową.
-Masz rację, Amortencja, wracajcie, szybko.
Charkot z lasu nasilił się. Najwyraźniej jednak wilkołak nie chciał opuścić granicy drzew. Hermiona zerknęła tam nerwowo. Miała złe wspomnienia, jeśli chodzi o wilkołaki. Westchnęła.
-Ale ja idę z tobą.- zwróciła się do Severusa.
Zanim zdążył zareagować złapała go za rękę i stanowczo ruszyła do przodu. Zrównał z nią swój krok i obejrzał się do tyłu. Amortencja wcale nie paliła się do odejścia, ale spostrzegła wzrok ojca, więc odwróciła się na pięcie i skierowała się w stronę domu, a wraz z nią chłopcy.
Dobrze. Severus właściwie nie wiedział, co zrobiłby córce, gdyby po tym wszystkim nadal obstawała przy zgrywaniu bohaterki. Spokojnie przeszli przez granicę lasu, granicę drzew i wszystko ucichło. Słychać było tylko pojedyncze szumy, szelest liści... Z wyciągniętymi różdżkami postąpili krok do przodu. Coś przebiegło ciężko za nimi. Severus odwrócił się, ale nic dziwnego tam nie zastał. "Co za banał, jak w tanim, mugolskim horrorze", pomyślał z niesmakiem. Kto zwykle ginął w takim horrorze pierwszy? On czy ona? Nie pamiętał. Znowu coś usłyszeli.
Kiedy odwrócił się, stanął twarzą w twarz z jakąś kobietą. W pierwszej chwili jej nie rozpoznał. Intensywny błękit jej oczu przygasł, odzyskała naturalny kolor włosów. Blond kosmyki miała poplątane i zmierzwione, usta spierzchnięte. Tylko, że ta dzika uroda i jakaś pewność w jej ruchach jeszcze bardziej przyciągała. Na pewno nie jego. Za dużo przez nią przeszedł, za dużo miał problemów. Ona jednak zbliżała się do niego coraz bardziej, coraz szybciej oddychając, z pozoru niewinnym, szaleńczym uśmiechem.
-Sev.- wymruczała.
Jej głos brzmiał inaczej. Jakby od dawna go nie używała. Z cichym westchnieniem ułożyła usta na jego ustach i zaczęła delikatnie, ledwie wyczuwalnie gryźć jego dolną wargę. Poczuł jak ręka Hermiony ze zrezygnowaniem wysuwa się z jego dłoni, bezwładnie i bez siły. W pierwszej chwili chciał oddać pocałunek, sam nie wiedział czemu. Jej usta smakowały jakoś dziwnie, inaczej niż słodkie usta Hermiony. Potem potrząsnął mocno głową i odepchnął kobietę tak, że upadła na ziemię. Uśmiechnęła się, niby przepraszająco i z chytrym uśmieszkiem zwróciła się w stronę Hermiony. 
-Co on widzi w twoich bliznach i szopie na głowie?- zapytała, bez cieniu złości, można by powiedzieć, nawet w miły sposób.
Hermionie ścisnęło się serce. Powstrzymała łzy i wycelowała różdżką w wysoką kobietę.
-Incarcerous.- powiedziała drżącym głosem.
Kobieta zaczęła rzucać się i próbowała uwolnić się z więzów, które niespodziewanie ją oplotły. Hermiona westchnęła i wzięła głęboki oddech.
-Petrificus Totalus.- szepnęła, ponownie celując różdżką w kobietę. 
Znieruchomiała.
-Teraz ją sobie nieś.- rzuciła do Severusa i odeszła, a za nią pomaszerował cały i zdrowy czarny kot.

__________________________________________________________
Cieszycie się z "wielkiego powrotu", co? xD Mam wrażenie, że te rozdziały piszę coraz później w nocy ^^

środa, 8 maja 2013

Rozdział 54

Szczęśliwy kot



Amortencja pokochała czarnego, dziwnego kota. Zadomowił się w jej pokoju, uwielbiała go głaskać, a jego mruczenie poprawiało jej humor. Od pseudo spotkania z wyciem wilkołaka nie zamieniała się w ocelota, nie było do tego okazji. Hermiona i Severus, znając wybuchową naturę córki mieli ją na oku, nie mogła się wymknąć tak po prostu do lasu i przywołać jeszcze Albusa oraz Scorpiusa. Siedziała w domu i się nudziła. Miała problem z wyborem imienia dla kota. Nie miała bladego pojęcia jak mogłaby go nazwać. Dała sobie z tym spokój przynajmniej na jakiś czas. Poza tym, dziwny kot rozumiał ją bez słów, podchodził, kiedy chciała, żeby był przy niej, dał się pogłaskać, gdy potrzebowała pocieszenia, denerwował ją, kiedy chciała się śmiać. Jak na razie to jej wystarczało.
Zaczęła się jednak martwić o szkołę. Jej ojciec pisał z Dumbeldorem i z każdym nowym listem był coraz bardziej zmartwiony. Bardzo chciała zobaczyć owe listy, ale wiedziała, że nie ma na to szans. Ojciec trzymał je w swoim gabinecie, potrafiła zdjąć zaklęcia obronne, ale te akurat były zaklęciami pozostawiającymi ślady, wykryłby kto zakradł się do pomieszczenia. Przynajmniej on sam tak mówił.
Dlatego myślała, że nigdy nie przeczyta ani zdania z pergaminu, nad którym Snape ślęczał dobre dziesięć minut i co kilka chwil zaciskał dłonie w pięści, jak w jakimś dziwnym rytuale. 
Widać szczęście dopisało. W końcu kiedyś musieli wybrać się na Pokątną. Hermiona spierała się z mężem, była przecież kwestia Amortencji. Snape zadecydował, że zostanie w domu. Tencja spodziewała się tego, ale nie dała nic po sobie poznać. Poszła do swojego pokoju z miną męczennika, a gdy zamknęła za sobą drzwi uśmiechnęła się szeroko. Po kilku momentach czekania kroki na dole ucichły, a ona pobiegła pod gabinet ojca. 
W zamyśleniu spojrzała na ciężkie drzwi, otoczone zaklęciami. Zaczęła zastanawiać się nad treścią zaklęć, albo inaczej: jak je obejść tak, żeby ojciec się nie zorientował. Potem nagle jej dziwny kot podbiegł do drzwi, podskoczył i chwycił się klamki. Amortencja chciała na niego krzyknąć, ale drzwi... otworzyły się. 
Amortencja uśmiechnęła się szeroko, ucałowała kota w czubek głowy, ale ten tylko prychnął lekceważąco i odszedł, unosząc dumnie dziwacznie zakończony ogon. Pokręciła głową z niedowierzaniem i nie tracąc czasu przestąpiła próg gabinetu. 
-Odwrócona psychologia, ale byłam głupia.- mruknęła do siebie, otwierając szybko szufladę biurka.
Wyjęła z niej kilka plików pergaminu i przeczesała wzrokiem kartki.

Drogi Severusie,
Myślę, że to ona wróciła. Nie wiem jak ocalała, nasz Remus wyraźnie zaznaczył, iż nic z niej nie zostało.

Przeszła do drugiego pergaminu, nie zważając na resztę tekstu.

Severusie,
To raczej nieprawdopodobne. Nie martw się, szkoła jest dobrze  chroniona. Nie możesz mieć najmniejszych wątpliwości, co do mojej kompetencji, prawda?

Uśmiechnęła się, zastanawiając się, co jej ojciec na to odpisał.

Sev, 
To było niegrzeczne i niestosowne. Myślałem, że wyżej mnie cenisz. Staram się jak mogę, próbuję zbierać składniki na eliksir, ale niestety to nie takie łatwe.

Zagryzła dolną wargę, na myśl o eliksirze.

Sev, 
Będę Cię tak nazywał, kiedy będę chciał. Musicie się tu zjawić z Hermioną, musicie mi pomóc. Najlepiej będzie jak przyjedziecie kilka dni przed rozpoczęciem się roku, składniki to naprawdę rzadkość i sama śmietanka wśród magicznych stworzeń.

Odłożyła listy, zorientowała się, że nie ma w nich wiele informacji. Jednak było ich sporo. Odeszła szybko do drzwi, ale zawahała się. Zrobiła krok w tył i sięgnęła po kartkę, która leżała obok pustego kociołka do eliksirów. Uśmiechnęła się szeroko. Wymknęła się z pokoju i zerknęła przez okno na ulicę. Spacerowali tam Draco z Luną, śmiejąc się i spoglądając, niby to nonszalancko w stronę domu Snape'ów. Ten przeklęty Ślizgon zostawił szpiegów. 
Zastanawiała się przez chwilę. Nerwowo przeczesała smukłymi palcami długie czarne włosy.
-Kocie.- szepnęła.-Ej... ty...
Kot zszedł po schodach z wyższością i spojrzał na nią krytycznie, jakby oczekując na zmianę imienia.
-Co ja ci na to poradzę, że nic sensownego mi do głowy nie przychodzi?- burknęła ze złością. Westchnęła.-Pomożesz mi?
Zniknął za ścianą. Podążyła za nim. Wskoczył bez problemu na biurko, a jego niebieskie i zielone, oczy błysnęły dziwnie w słońcu. Położył łapę na pergaminie i spojrzał na nią wymownie. 
Nagle zrozumiała. Wzięła pióro, zamoczyła je w atramencie, wybazgrała na małej karteczce: "Szukajcie ocelota". Podała kartkę kotu, a ten chwycił ją w zęby i skinął na nią głową.
-Zaniesiesz to Scorpiusowi? Tak, żeby cię nie zauważyli? Jeżeli tak, obiecuję, że do jutra będziesz miał nowe imię.- szepnęła.
Kot pobiegł w stronę drzwi. Skoczył wysoko i otworzył drzwi. "Ten durny kot przynosi szczęście."- pomyślała ze śmiechem. Wiedziała, że Scorpius ją zrozumie, był inteligentny. Sama nie mogła się zamienić w ocelota, to byłoby za bardzo dziwne, gdyby ją zauważono.


Severus zerkał ukradkowo na Hermionę. Uśmiechała się i w sumie wydawała się taka sama jak zawsze, ale on widział gdzieś na dnie jej czekoladowych oczu, gdzieś głęboko jakiś smutek i melancholię. Czy to przez niego? Nie odzywał się, a ona najwidoczniej albo nie zwracała na to uwagi albo uznała, że to normalne. Westchnął i pogładził lekko kciukiem skórę jej dłoni, którą splotła z jego ręką. Posłała mu uroczy uśmiech, ale nie zrobiła nic więcej. Zastanawiał się czy ta myśl o Lily tak ją zmartwiła.
Kupili potrzebne Amortencji książki i przybory, a potem wrócili do domu. Hermiona chciała iść na górę, ale Severus złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Bez słowa poprowadził ją do fotela, stojącego w kącie pokoju i kazał jej usiąść. Sam klęknął przy niej, patrząc jej w oczy. Te oczy były dla niego wszystkim. Co tam zielone oczy Lily, przy oczach Hermiony? Zieleń oczu Lily była dla niego tylko wspomnieniem. Wcześniej całym życiem, teraz tylko głupim sentymentem. 
Przyglądał się żonie z troską i miał wrażenie, że z każdą chwilą kochał ją coraz bardziej. Jej bliznę, jej policzki, jej długie rzęsy, jej słodkie usta, jej poskręcane loki...
Otrząsnęła się i chciała wstać, ale nie pozwolił jej na to.
-Sev, o co ci chodzi?- zapytała.
Wziął głęboki oddech.
-Jesteś smutna.- stwierdził ponuro.-To... to przeze mnie?
Pokręciła głową w przeczącym geście.
-Dlaczego przez ciebie? Nie, nie jestem smutna. Znajdujesz sobie nowe powody do zamartwiania się.- uśmiech wyszedł jej raczej blady.
Zbliżył się do niej i położył swoje usta na jej ustach, a kiedy stwierdził, że ona nie ma nic przeciwko temu pogłębił pocałunek. Starał się całować jak najmocniej i jak najlepiej, starał się pokazać jej jak bardzo ją kocha, jak bardzo jest dla niego ważna. Przez chwilę walczyła z samą sobą, zaufać mu czy nie zaufać? Nie potrafiła myśleć w takim stanie, opadła bezwładnie na oparcie fotela i wplotła palce w jego włosy. Po prostu je kochała. Ubóstwiała jego włosy i usta. Nie czuła nic i czuła wszystko. Nie mogła tego przetworzyć, radość, uwielbienie, strach, to wszystko mieszało się ze sobą. Po plecach przechodziły jej ciarki. Kiedy jego smukłe palce zaczęły błądzić po jej szyi jednocześnie zrobiło jej się zimno i gorąco. Nie wiedziała co tak naprawdę ma czuć. I ta Ognista. Choć praktycznie nigdy dużo nie pił, jego usta uzależniały i smakowały dokładnie tak jak ten trunek dla czarodziejów. Napawała się tym.
Oderwał się od niej powoli jakby chciał jeszcze przedłużyć tę chwilę. Otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz przed swoją twarzą. Był zupełnie poważny, a może nawet trochę wściekły.
-A teraz słuchaj.- powiedział spokojnie.
Spróbowała uspokoić oddech.
-Lily jest tylko wspomnieniem, głupim wspomnieniem.- westchnął ciężko.-Kochałem ją i kiedyś ona była dla mnie wszystkim, może nawet nadal ją kocham, ale mam ciebie.- rzekł stanowczo.-Ciebie kocham bardziej, jesteś dla mnie całym światem. Za każdym razem, kiedy patrzę w twoje oczy, myślę sobie, że nie zasługuje na ciebie. Gdy przygotowuję eliksir miłosny w parze, jaka unosi się nad kociołkiem plączą się twoje loki, nie loki Lily, w tafli wywaru widzę ciebie, twoje usta, twoje policzki, nie jej. Rozumiesz?
Nie mogła wydobyć z siebie słowa. Skinęła tylko głową. 
-Dobrze.- odszedł w stronę schodów. Zanim wszedł na górę, szepnął:-Moja piękna.- a ona uśmiechnęła się szeroko.
Dotarło do niej, że Severus Snape właśnie wyznał jej miłość w tak romantyczny sposób i w tylu słowach, że przez moment śmiała się sama do siebie. 
Potem Severus zbiegł na dół.
-Nie ma jej.
Za oknem słońce zachodziło i po okolicy powoli rozlewała się noc.

________________________________________________________________
Nie wiem dlaczego, ale jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału. :)

wtorek, 7 maja 2013

Rozdział 53

To c o ś i eliksir Lupina


Amortencja siedziała naburmuszona w swoim pokoju. Severus może nawet bardziej przejmował się Potterem niż wilkołakiem w pobliskim lesie. Jeśli to był wilkołak. Jak to miał w zwyczaju najpierw chodził w tę i z powrotem po pokoju, potem denerwował Hermionę, a następnie usiadł i już się nie odezwał. Westchnęła ciężko, patrząc na niego. Teraz w skupieniu pisał coś na pergaminie, włosy zasłaniały jego twarz. Starała skupić swoją uwagę na czymś innym, ale wciąż zerkała w jego stronę.
-Co piszesz?- zapytała w końcu.
Severus zawsze powtarzał jej, że jej wrodzona ciekawość kiedyś ją zgubi. Wiele razy upominał ją i starał się zgasić jej zapał do pytania o wszystko. Ona jaka uparta Gryfonka na pełny etat nic sobie z tego nie robiła. W takich sprawach nigdy go nie słuchała. Skrytykował ją spojrzeniem.
-List do Dumbeldore'a.- mruknął, nie przerywając pisania.
-Dlaczego nie wyślesz patronusa?- zdziwiła się.
-Dlaczego zadajesz tyle pytań?- warknął.
Miała dość. Podeszła do niego i położyła mu ręce na ramionach. Pogłaskała go po włosach, a on wyjątkowo nie wyzwał ją od "bezmyślnych Gryfonów". Uśmiechnęła się lekko i schyliła się, by pocałować go w policzek. Uważała, że za dużo się martwił, był spięty i bardziej drażliwy niż zwykle. 
-Nie możesz tyle się zamartwiać.- szepnęła.-Bo niby czym? Może to był zwykły wilk?
Wstał nagle i znów zaczął chodzić po pokoju. Hermiona patrzyła na niego przez chwilę, ale jego kroki dudniące w pomieszczeniu coraz bardziej ją denerwowały. Nie mogła tego dłużej wytrzymać. 
-Skoro już musisz chodzić, to może pójdziemy na spacer?- zapytała z nadzieją.
O dziwo, skinął niechętnie głową. Z uśmiechem splotła palce dłoni z jego palcami i wyszli z domu. Pogoda była piękna, jak zawsze wtedy, gdy zbliżał się koniec wakacji. Liście na drzewach poruszał chłodny wiatr, chmury przesuwały się leniwie po niebie. 
-Przepraszam.- wyszeptał ledwie słyszalnie.
-Wiem, że to cię przytłacza, ale czym ty się właściwie martwisz? Alem?- zachichotała.-Sev, oni mają dopiero po czternaście lat, będą chodzić, trzymając się za rękę i całować w policzek, póki nie skończą szesnastki. 
Zgromił ją wzrokiem.
-Naprawdę nie wiem, co wy macie z tymi Potterami. Jak nie ty, to ona, najpierw ty, teraz ona. Oni są jakoś specjalnie przystojni, inteligentni?- prychnął z pogardą.
Hermiona roześmiała się.
-Ach, więc o to chodzi. Jesteś zazdrosny. W niej, widzisz młodszą mnie.- powiedziała wesoło.
Burknął nieokreślone przekleństwo, coś o durnym rodzie Potterów, a potem westchnął głęboko. Tak naprawdę mało go obchodziło to, z kim jego córka trzymała się za rękę. Była tak uparta, że prędzej czy później i tak postawiłaby na swoim. Albus Severus Potter przypominał mu jednak Lily. W jego zielonych oczach widział jej spojrzenie, w jego uśmiechu, cień jej uśmiechu. Tak naprawdę bał się, iż Al okaże się podobny do babci. Bał się, że jego córka podzieli jego los. Wzdrygnął się mimowolnie. 
-Myślisz o niej.- nagle stwierdziła smutno Hermiona.
Pomiędzy jego brwiami pojawiła się mała zmarszczka. Mocniej ścisnął jej rękę. Jak ona tak łatwo interpretowała jego zachowanie? Sam Lord Voldemort nie zorientował się, że był szpiegiem, a jej, zwykłej kobiecie, wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz i już? 
-Jesteś zazdrosna?- sam nie wiedział, dlaczego o to zapytał.
Pokręciła głową z nikłym uśmiechem.
-Sev, ty zawsze będziesz ją kochał, choćby nie wiem co, nawet jeżeli w tym samym czasie kochasz najbardziej na świecie mnie.- rzekła z dziwną nutą w głosie.-Tylko, że ja nie zostawiłabym cię, nawet gdybyś pięćdziesiąt razy nazwał mnie szlamą. Bo o miłość się walczy.- Severusowi nagle przypomniało się, że jego córka powiedziała mu to samo.-Widać ona nie kochała.
Severus złożył pocałunek na jej skroni. 
-Dziękuję.- spojrzała na niego pytająco.-Za to, że mnie pokochałaś.
Potem uśmiechnął się chytrze.
-Mam pomysł. 
-Jaki?
-Dasz mi skończyć?- zniecierpliwił się.-Pomysł udobruchania Amortencji, myślę, że i tobie się spodoba.


Pokój Amortencji był raczej miłym miejscem. Przynajmniej dla niej. Mogła tam siedzieć, chciała pokazać im, że nie ma zamiaru się z nimi sprzeczać, bo i tak wygra. Scorpius nie odzywał się, Albus był u siebie w domu, po Rose ani śladu. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Podeszła do biurka, ale z przerażeniem stwierdziła, że nie ma ochoty czytać podręcznika do eliksirów. Nie mogła się skupić, w uszach dzwoniło jej wycie z wczorajszego wieczoru. 
Usiadła przy biurku i z westchnieniem włożyła słuchawki w uszy. Po chwili zorientowała się, że nawet muzyka nie jest w stanie zagłuszyć wspomnienia wycia. Miała serdecznie dość. Chodziła w kółko, po pokoju, rozmyślając. Doszła do wniosku, iż może jednak powinna skontaktować się ze Scorpiusem. Żwawym krokiem ruszyła w stronę okna i usadowiła się na wyścielanym parapecie. Czekała i czekała, cierpliwie, nawet za bardzo cierpliwie jak na nią. Nie pojawił się, a przecież zwykle to robił. 
Uśmiechnęła się chytrze pod nosem. Wyjęła z szuflady komody Uszy Dalekiego Zasięgu, dawno już ulepszone przez Freda i George'a. Wyszła na palcach z pokoju i spuściła Ucho poza barierkę schodów. Nasłuchiwała chwilę i z zadowoleniem zeszła po stopniach na dół. W domu panowała absolutna cisza. Amortencja postanowiła poszukać jakiejś ciekawszej książki do czytania, albo wyrwać się do gabinetu ojca, gdzie mogłaby uwarzyć jakiś eliksir. Ostatecznie zatrzymała się przy biurku Severusa i zerknęła na nie. Na blacie położony był zwój pergaminu, do połowy zapisany drobnym, pochyłym pismem Snape'a. Wzięła kartkę do rąk i przesunęła po niej wzrokiem.

Albusie,
Znowu się zaczyna. Mówiłem Ci. Amortencja usłyszała wycie w pobliskim lesie, prawdopodobnie wilkołaka. Nie pytaj lepiej, po prostu tam poszła, jak to ona. Błagam nie pisz, jaka to nie jest do mnie podobna, ja nie szwendałem się po lesie z Potterem. 
Myślę, że trzeba będzie załatwić składniki do eliksiru, który uleczył częściowo Lupina. 
S.S.

Amortencja prychnęła lekceważąco. Odrzuciła list na biurko. Zaciekawiło ją jedno: eliksir, który częściowo uleczył Lupina. Zaczęła zastanawiać się jak stary albo wręcz przeciwnie, jak nowy musi być przepis na eliksir? Jakich składników ojciec potrzebował, jak je znaleźć? Nie zagłębiła się całkowicie w rozmyślaniach, więc częściowo docierało do niej to, co działo się wokół. Usłyszała dziwny trzask i rozpoznała dźwięk kichania i kaszlenia, po podróżowaniu kominkiem. 
Pobiegła szybko do swojego pokoju, wzięła podręcznik do rąk i usiadła w fotelu, udając znudzoną. Była w tym świetna.
Po chwili jednak ktoś zapukał do jej drzwi, wszedł Snape z Hermioną. Hermiona uśmiechała się szeroko i była w ogóle jakaś taka rozpromieniona, jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Severus stał obok niej i w milczeniu przyglądał się córce. 
-O co chodzi?- zapytała rodziców, obojętnym tonem.
Snape uśmiechnął się przebiegle i wyjął zza pleców c o ś dziwnego. Na pierwszy rzut oka to c o ś wyglądało jak futrzana kulka. Postawił to coś na podłodze i czekał na reakcję córki. Hermiona wpatrywała się w to c o ś z czułością. Amortencja spostrzegła, że to c o ś nie było c z y m ś, a zwykłym kotem. Zwykłym. Tak... Kot  był smukły i poruszał się z gracją, jego czarna sierść połyskiwała, a ogon, którego koniec był dziwnie puchaty, jak szczotka do czyszczenia butelek, zawadiacko unosił ku górze. Jedno oko miał niebieskie i błyszczące, drugie intensywnie zielone. Węszył wokół siebie i prychał na wszystko, zachowywał się z dumą i wyższością, nie okazywał zainteresowania niczym. Podszedł powoli, na sprężystych łapach do Amortencji, wskoczył jej na kolana i zwyczajnie zasnął. Nic poza jego mruczeniem nie było w tejże chwili słychać w pokoju.
Amortencja bała się poruszyć. Kot spodobał jej się i chciała zdobyć jego zaufanie. 
-To dla mnie?- szepnęła w stronę rodziców.
-Tak. Nie ma imienia.- powiedziała Hermiona jakby to była najlepsza wiadomość na świecie.-Świetny jest, prawda?
-Twoja matka ma skłonności do dziwnych zwierząt.- uzupełnił Snape.
Amortencja uśmiechnęła się.
-Dziękuję.
Przesunęła niepewnie dłonią po sierści kota, a ten zamruczał głośniej. Od raz go pokochała.

poniedziałek, 6 maja 2013

Rozdział 52

Wycie


Wakacje chyliły się ku końcowi, a jednak nikt w Dolinie nie chciał o tym myśleć. Nie dopuszczali do siebie czegoś takiego, zwłaszcza, zważając na to, co zdarzyło się w poprzednich latach nauki w Hogwarcie. Amortencja siedziała albo zamknięta w swoim pokoju i obrażona na cały świat poza Scorpiusem i Rose albo włóczyła się z nimi po miasteczku. Ona nie zapominała tak łatwo, nawet jeśli Albus nie zdążył jej obrazić, wiedziała, co takiego chciał powiedzieć o Huncwotach. Pomyślała, że jeśli ktoś jeszcze raz nazwie ich Nowymi Huncwotami, to ją szlag trafi. A ona niby za kogo miała robić? Za Lily? Prychnęła sama do siebie.
Wyszła z domu i chłodny wieczorny wiatr uderzył ją w twarz. Nie lubiła siedzieć bezczynnie. Wolała już iść na spacer i popatrzeć na iskrzące się nad jej głową gwiazdy niż znowu słuchać muzyki i zastanawiać się nad tym wszystkim. 
Zadarła głowę. "No, to jest już śmieszne", prychnęła ze złością. Niebo było całkowicie ciemne, poza lekko zaróżowionym horyzontem, pozostałością po zachodzącym słońcu. Nie widniała tam żadna gwiazda, tylko wielki, okrągły księżyc rozświetlał okolicę nikłym blaskiem. Zrobiło jej się zimno, spróbowała otulić się szczelniej turkusowym swetrem. Pożałowała, że włożyła czarne, krótkie spodenki. Nie miała zamiaru jednak wracać do domu i ruszyła przed siebie. 
Byłoby dobrze, gdyby nie pojawił się Albus. Kiedy przechodziła obok jego domu zauważył ją i wybiegł za nią. Przyspieszyła kroku, bo nie miała ochoty słuchać jego tłumaczeń, czy czegokolwiek, co zamierzał powiedzieć. 
-Tencja.- położył jej rękę na ramieniu. 
Wzięła głęboki oddech.
-Nie nazywaj mnie tak.- odwróciła się, ale nie uszła nawet kilku kroków.
Dogonił ją i znowu położył jej rękę na ramieniu. Zgromiła go wzrokiem i strąciła ją stanowczo. Odsunęła się i spojrzała na niego wyczekująco.
-O co chodzi?- zapytała z wyższością.
Z roztargnieniem przesunął dłonią po czarnych włosach, które już i tak były rozczochrane, jak zawsze zresztą. Pod tym względem przypominał jej Jamesa, przynajmniej tego z opisu ojca i dlatego nie lubiła jak tak robił. Kiedy tak na niego patrzyła, widziała jednak, że ten ruch był raczej czymś w rodzaju szczerej skruchy. Zachowała kamienną twarz.
-Słuchaj, Amortencja, ja wcale nie miałem nic złego na myśli.- westchnął ciężko.-Wiem jak to mogło zabrzmieć, ale nie chciałem się zachwycać Huncwotami, wiem, że w szkole byli straszni. Nie chcę, żebyśmy tacy byli, chodziło mi o inicjatywę spędzania czasu razem, o to, żebyśmy nie byli jak wszyscy uczniowie, żebyśmy zostali przyjaciółmi na dobre i na złe, rozumiesz?- spojrzał na nią.
Odwróciła wzrok od jego zielonych oczu w kształcie migdałów i zacisnęła usta w wąską linię, walcząc z emocjami. I nagle zdała sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego. Te zielone oczy o czymś jej przypomniały. Jak musiała teraz wyglądać, ile przykrości mu sprawiać? Nagle złagodniała. Poczuła się jakby udawała Lily, obrażającą jej ojca za jedno głupie słowo. Za ostro zareagowała. Ale przecież zawsze tak robiła, zawsze jakoś wszystko brała na poważnie.
Z cichym westchnieniem przytuliła się do niego. Zrobiło jej się cieplej na sercu, objął ją i mocno trzymał.
-Masz rację, jestem idiotką. Przepraszam.- wyszeptała.
Pogłaskał ją po włosach.
-Nie jesteś idiotką, rozumiem, że nie trawisz Huncwotów, z powodu ojca.- powiedział cicho.
Skinęła w milczeniu głową i uśmiechnęła się. Złapała go za rękę i splotła swoje długie palce z jego palcami. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, miał takie ciepłe dłonie. Zamierzała pójść w stronę domu, ale zamiast tego stanęła jak wryta. Za nimi rozległo się wycie wilka. Och, jak ona by chciała, żeby to był tylko jeden głupi, zwykły wilk. Spojrzała na Ala i skinęła głową. Zmieniła się w ocelota, a przemianie jak zawsze towarzyszyło dziwne uczucie i jakieś ciarki. Nie potrafiła tego określić.



Hermiona martwiła się o córkę. Bolało ją to, iż ufała bardziej Severusowi, niż jej. Wściekała się, bo z nią ledwie utrzymywała rozmowę, a z ojcem śmiała się i żartowała najswobodniej na świecie. Wiedziała, że Severus był wzorem dla córki, ale w pewnym sensie czuła się zazdrosna, to jemu zwykle zwierzała się z problemów, to do niego biegła, kiedy w Hogwarcie zdarzyło się coś złego. Czasem myślała, że to być może wina tej utraty pamięci w poprzednim roku. Ale to przecież nie była jej wina!
-Tak właściwie, gdzie ona jest?- zapytała Severusa.
Westchnął ciężko i rozłożył ręce jak do uścisku. Podeszła i przytuliła się do niego.
-Na spacerze.- rzekł spokojnie.
Wyjrzała przez okno. Nie wiedziała, czego się spodziewać po córce o charakterze Severusa.
-Jest późno.
-A ona nie jest dzieckiem.- zaprotestował szybko.
Spojrzała na niego z czułością. Wciąż ją zaskakiwał. Jego czarne włosy sięgały mu ramion, niesforny kosmyk opadał na policzek, ciemne, nieprzenikliwe oczy patrzyły na nią z troską, o jaką nie podejrzewałaby tego akurat profesora eliksirów. Miał pociągłą twarz i niezdrową cerę, którą kochała. Wszystko w nim kochała.
Ale o to stwierdzenie, że Amortencja nie jest dzieckiem by go nie podejrzewała.
-Nie jest?
Usiadła obok niego na kanapie i splotła swoje palce dłoni z jego palcami.
-Mam wrażenie, że raczej nie.- powiedział.
-Mam wrażenie, że raczej tak.- odgryzła się.
-Nie kłóć się ze mną.- zaprotestował.
-Będę się kłócić, dopóki starczy mi argumentów.- uśmiechnęła się szeroko.
-Głupia Gryfonka.- prychnął drwiąco.
Westchnęła ciężko i jej wzrok zatrzymał się na oknie, wpatrywała się w nie w skupieniu. Na wpół świadomie znowu zaczęła bawić się jego włosami. Nie wiedziała nawet, że to robiła póki nie warknął na nią groźnie. Lubiła jego włosy, a kiedy o czymś myślała, zastanawiała się, to właściwie nie obchodziło ją co dzieje się wokół. Otrząsnęła się i wybuchnęła melodyjnym i nieopanowanym śmiechem. Kosmyki jego włosów splecione były w pojedyncze warkoczyki.
-Ja je zetnę, obiecuję.- syknął, przez zaciśnięte zęby.-Bezmyślny Pufek.- dodał.
-Nie pozwolę.- zadeklarowała całkowicie poważnie, ale gdy spojrzała jeszcze raz na czarne warkoczyki parsknęła śmiechem.



Amortencja pomyślała, że to głupi pomysł. Bardzo głupi. Oni jednak jako animadzy pobiegli w stronę najbliższego lasu. Przekroczyli granice miasteczka i zapuścili się dalej niż zamierzali. Wycie ucichło. Ucichło, a potem ze zdwojoną siłą wzrosło. Amortencji aż sierść zjeżyła się na karku. Drzewa, rzucające długie cienie peszyły ją, niebo było teraz całkowicie ciemne, ani jednej gwiazdy, księżyc za czarnymi chmurami. Spojrzała na Albusa.
Pies nie wyglądał najlepiej. Oboje stwierdzili, że lepiej ulotnić się niż głupio i nierozsądnie narażać życie. Powoli, krok za krokiem, oglądając się na wszystkie strony, w miarę możliwości, wyszli z lasu i biegiem wrócili do miasteczka. Wiatr był teraz ostry i nieprzyjemny, ale wyostrzony wzrok Amortencji oraz jej koci węch płatał jej figle, wyobrażała sobie nie wiadomo co. Skupiając się na celu powoli poczuła jak jej ręce i nogi wydłużają się, futro znika wraz z wiatrem. Oczy stopniowo odzyskały prawdziwe pole widzenia człowieka, pazury zniknęły. Przeciągnęła się, wciągnęła nosem nocne powietrze i ruszyła przed siebie, trzymając za rękę Albusa.
Turkusowy sweter wcale nie dawał jej ciepła, którego potrzebowała, oglądała się za siebie z niepokojem. "Skup się, skup...", mówiła sobie w głowie. Zaczęła się zastanawiać nad wyciem. Kilka razy w życiu słyszała zawodzenie wilkołaka, nawet nie tak dawno, ale teraz po prostu nie mogła myśleć. Zerknęła na chłopaka. Patrzył uparcie przed siebie i mocno zaciskał szczękę.
Pogłaskała go po ramieniu. Skinął głową z bladym uśmiechem.
Weszli do domu Amortencji, a ona głupia dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że trzeba będzie im to wyjaśnić. Postanowiła zachować kamienną twarz. Hermiona z przerażoną miną weszła do przedpokoju i uśmiechnęła się chytrze.
-Masz rację, Sev, nie jest już dzieckiem.- zaśmiała się krótko.
Severus zmierzył spojrzeniem córkę, a jego prawa brew uniosła się tak wysoko jak nigdy dotąd, gdy jego wzrok zatrzymał się na złączonych dłoniach Albusa i Amortencji. Usta miał wykrzywione w drwiącym grymasie.
-Tato, proszę, możesz się teraz nie zajmować zwalczaniem wszelkich Potterów w twoim życiu?- Amortencja westchnęła.-Słyszeliśmy w lesie wilkołaka.
Hermiona wytrzeszczyła na nich czekoladowe oczy.
-Co?- zdziwiła się.
Amortencja opowiedziała im historię, pomijając szczegóły o animagach i myśleniu o sprawdzeniu, czy to naprawdę wilkołak. Sądząc po minach rodziców sytuacja nie wyglądała najlepiej, choć starała się ją w jakiś przystępny sposób przedstawić. Severus wyglądał jakby zaraz miał rozerwać Albusa na strzępy, ten starał się pokazać Amortencji, iż nie boi się jej ojca.
-Mam rozumieć, że wy, szwendaliście się po lesie, z którego dochodziło wycie wilkołaka?!!!- wrzasnął najgłośniej jak mógł Snape.
-To była pierwsza myśl, sprawdzić.- rzekła ze stoickim spokojem Amortencja.
Severus prychnął najbardziej lekceważąco jak mógł.
-Potterowie.- warknął.-Same kłopoty.


______________________________________________________
Nie nudzi Wam się to? Bo mnie jakoś wena ostatnio opuściła :/

niedziela, 5 maja 2013

Rozdział 51

 Drażliwy temat Huncwotów


Wakacje płynęły jak zwykle, jak rok w rok. W Dolinie nic się nie zmieniło, poza tym, że Evanna zamieszkała z Nevillem i to jego teraz zadręczała swoim wiecznym entuzjazmem i chęciami do rozmowy. A jemu to się podobało. Severus czasem zastanawiał się jak mocno trzeba być zakochanym, żeby coś takiego wytrzymać. Nie wiedział, iż każdy tak postrzega nie tylko Evannę. Harry, patrząc na Draco i Lunę, zadawał sobie to samo pytanie, Ron zachodził w głowę jak można na dłużej wytrzymać w jednym pokoju z Panną Wiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej. Nigdy nie lubił tego jej wywyższania się ponad innych, mniej inteligentnych i zarozumialstwa. Koło zamykało się i i toczyło dalej. Życie w Dolinie Godryka było proste i zwykle szczęśliwe. A przynajmniej ci z czasów Harry'ego tak podobierali się w pary, że byli absolutnie szczęśliwi. "Dopóki nie zacznie się nowy rok...", pomyślał z lekkim uśmiechem Severus. Był niemal pewny, iż i w tym roku coś się wydarzy. 
Spojrzał na siedzącą obok Hermionę. W skupieniu i z poważną miną czytała książkę, którą trzymała na kolanach, loki zasłaniały częściowo jej twarz, wzrok przesuwał się od zdania do zdania. Za oknem słychać było ptaki, blady blask słońca oświetlał jej twarz. Odgarnął delikatnie jej włosy za ucho.
-Jak myślisz, co stanie się w tym roku?- zapytał łagodnie.
Spojrzała na niego z przerażeniem. Blizna na jej twarzy wcale mu nie przeszkadzała, w ogóle, przestał nawet na nią zwracać uwagę. Wręcz przeciwnie, w pewnym sensie stali się podobni. On miał pełno blizn, a to po ojcu mugolu, a to po Czarnym Panie, który zawsze chodził zły, chyba, że jego uwagę od torturowania odwróciła chwilowo Bella. Cieszył się, bo przez te lata gdzieś głęboko nadal myślał, że Hermiona może po prostu go rzucić, powiedzieć, że jest dla niej za stary, za brzydki. Teraz nie mogła tak powiedzieć, teraz byli tacy sami, przynajmniej pod względem blizn.
-A może chociaż raz przeżyjemy rok w Hogwarcie spokojnie?
Zerknęli na siebie, a Hermiona parsknęła śmiechem. "Spokojnie" i "Hogwart" nie mogły występować w jednym i tym samym zdaniu. To był ewidentny oksymoron. Jakby czasy nie były spokojne, Hogwart i tak pozostanie szkołą pełną tajemnic do odkrycia i niebezpieczeństw. Dopóki jednak strzegli tego wszystkiego odpowiedni ludzie, jak na przykład Dumbeldore wszystko było w miarę dobrze.
-Nie powiedziałam tego.- Hermiona przestała się śmiać.-Zapomnij.
Popatrzyła na niego i odłożyła książkę. 
-Czy my naprawdę nie możemy przeżyć normalnie jednego roku w tej szkole?- przytuliła się do niego.
-Widać nie.- oparł podbródek na jej głowie.-A zauważyłaś, że to jakoś tak synchronizuje się według waszych kłopotów? Znaczy, kłopotów Pottera i świty?- uniósł lekko prawą brew, jak to miał w zwyczaju.
Odsunęła się na tyle, by spojrzeć mu z rozbawieniem w oczy.
-Świta?
-Tak. Co prawda, całkiem zgodnie to raczej nie idzie. Bellatrix była na waszym piątym roku i szóstym, jakoś tak.- powiedział całkowicie poważnie.-Za to wilkołak był na trzecim. Jak myślisz, co teraz, Turniej Trójmagiczny, Komnata Tajemnic czy szukanie horkruksów?
Obdarzyła go spojrzeniem pełnym niemego strachu i wyrzutu.
-Zwariowałeś? I czyich horkruksów, bo jakoś nie pamiętam, żeby Tom ostatnio się odzywał?
-Nie wiem. Ale Potter ma wrodzony talent do ściągania na siebie kłopotów. Scorpius też.- wzruszył ramionami.
-Nasza panna Snape też ma do tego żyłkę.- rzekła spokojnie Hermiona.-To chyba po ojcu.- dodała, uciekając wzrokiem w bok i śmiejąc się.
Przyciągnął ją do siebie brutalnie, tak blisko, że stykali się nosami, a twarz miał poważną, niewzruszoną. Nie poczuła nawet cienia strachu, ona już za dobrze znała te jego gierki. Nigdy jej nie skrzywdził i wiedziała, że nie byłby w stanie tego zrobić.
-Uważaj, bo wyszłaś za byłego śmierciożercę.- warknął.
-Jesteś uroczy, jak się złościsz i przestań grać i tak nie uwierzę.- powiedziała i złożyła na jego ustach ostrożny pocałunek. 
Skrytykował ją spojrzeniem. 


Amortencja właściwie też zaczęła się już zastanawiać, co znowu się wydarzy. Hogwart był nieprzewidywalnym miejscem, nawet w najspokojniejszych czasach. Zwykle się tym nie przejmowała, robiła to co zawsze. Razem z Rose, z którą zaprzyjaźniły się podczas wakacji, Alem i Scorpiusem swoimi pomysłami coraz bardziej denerwowali swoich rodziców. We trójkę ćwiczyli zdolności animagiczne i już wszystko świetnie im wychodziło. Tylko Amortencja i Scorpius nie mogli tak po prostu chodzić ulicami miasteczka, bo skąd w Dolinie Godryka Gryffindora biała fretka i mały ocelot? Albus także nie mógł się wychylać, jego ojciec zapewne zinterpretowałby jego widok jako powrót Syriusza.
Zebrali się na placu zabaw, tam gdzie zwykle. Rose też przyszła. Słońce już zachodziło, z drzew nadal rozlegał się śpiew ptaków, lekki wiatr rozwiewał czarne włosy Amortencji i blond loki Rose, które odziedziczyła po matce.
-Tak, więc co planujemy?- zapytał nagle Albus.
Wszyscy zwrócili na niego spojrzenia. 
-Co masz na myśli?- Scorpius posłał mu podejrzliwe uniesienie brwi.
-Właśnie.- dodała Amortencja.
Albus uśmiechnął się tajemniczo.
-Jesteśmy Nowymi Huncwotami. Zamierzamy siedzieć bezczynnie?- w jego zielonych oczach pojawił się błysk.
-No, chyba nie zamierzasz zwalać nam na głowę kolejnych kłopotów.- oburzyła się Amortencja.
Rose poparła ją skinieniem głowy, choć sama  za bardzo nie kwalifikowała się do Nowych Huncwotów. Byli w oddzielnych domach, więc nie za często widywali się w Hogwarcie, to ich rozdzieliło. Rose nad tym ubolewała, ale miała przecież też swoje przyjaciółki w Gryffindorze. 
-Nie, nie kłopotów.- Albus zamyślił się.-Nie wiem, mam wrażenie, że powinniśmy coś zrobić. Poprzedni Huncwoci...
Nie dokończył.
-Poprzedni Huncwoci byli skretyniałymi dzieciakami, którzy znęcali się nad innymi dla zabawy i nie liczyli się z uczuciami innych.- wypaliła błyskawicznie Amortencja.-Jedyne, co potrafili to szpanować tym, że umieją grać w quidditcha albo, że dziewczyny się za nimi oglądają. Za grosz inteligencji, za grosz rozsądku. 
Wstała gwałtownie i ruszyła przed siebie. Nienawidziła, gdy ktoś zachwycał się poprzednimi Huncwotami. Nienawidziła, gdy ktoś mówił, jakimi to nie byli bohaterami. Prawda, każdy w młodości popełnia błędy, ale oni... A szczególnie James. James nie dość, że znęcał się nad jej ojcem, to jeszcze zabrał mu Lily. Dlaczego niby miałaby ich wspominać i opowiadać o ich bohaterstwie, skoro w dzieciństwie byli takimi kretynami? Jej ojciec też święty nie był, ale gdyby nie oni, może nie zostałby śmierciożercą, może Lily nie odeszła by do Pottera, może jej ojciec miałby normalne wspomnienia z dzieciństwa?
Poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciła się z zamiarem uderzenia Albusa w twarz, ale zamiast niego zobaczyła Rose i Scorpiusa. Przytuliła się do nich, kilka łez spłynęło po jej bladych policzkach. Scorpius otarł je czule. Uśmiechnęła się do niego i pokiwała głową jakby chciała dać znać, że wszystko w porządku. 
Poprawiła czarną torbę na ramieniu i wzięła ich oboje za ręce. Wszystko, byle tylko, żeby znowu nie spojrzeć prosto w zielone oczy Albusa. 
-Zostaniecie ze mną?- zapytała, kiedy znaleźli się pod drzwiami jej domu.
Oboje skinęli głowami i na palcach przeszli po schodach do jej pokoju. 


Hermiona siedziała na kanapie obok Severusa i zamyślona, bawiła się jego włosami. Miała wrażenie, że ten rok będzie jeszcze gorszy niż poprzednie i to ją dołowało. Severus warknął coś bliżej nieokreślonego. 
-Możesz przestać bawić się moimi włosami?- burknął wściekle.-Zetnę je i będzie spokój.
Spojrzała na niego i stwierdziła, że powiedział to poważnie. Wybuchnęła śmiechem. Snape bez długich włosów?! Nawet go sobie tak nie wyobrażała, mało tego, nigdy nie pozwoliłaby mu ich całkowicie ściąć. Kochała je, tak jak on kochał jej loki. Starała się uspokoić, ale gdy tylko spojrzała na jego niewzruszony wyraz twarzy, parskała na nowo niepohamowanym śmiechem. W końcu przyciągnął ją do siebie i pocałował najmocniej i najbardziej zachłannie jak mógł. Wstrzymała oddech i wplotła palce w jego włosy. Oderwał się od niej z chytrym uśmieszkiem.
-Przynajmniej przestałaś się śmiać.- mruknął.
Uśmiechnęła się szeroko. Nagle zdała sobie sprawę z tego, że naprawdę powoli robiło się ciemno, słońce już zachodziło, a Amortencji jeszcze nie było. Siedziała przez chwilę w milczeniu, a potem wstała i skierowała się do drzwi.
-A ty gdzie się wybierasz? Instynkty wilkołaka się odzywają?- prychnął drwiąco.
Zagryzła dolną wargę, och jak go to wkurzało. Podążył za nią, objął ją i spojrzał prosto w jej czekoladowe oczy. Ze smutkiem pomyślał o zielonych oczach Lily, ale odgonił od siebie tę myśl. Hermiona była najlepszym, co mogło mu się przytrafić. 
Złapał ją za rękę i poprowadził do pokoju Amortencji, zapukał, otworzył drzwi, odsunął się, nawet tam, nie patrząc i uśmiechnął się z triumfem. Hermiona pokręciła głową i pokazała mu język, po czym weszła do pokoju.
Amortencja siedziała na podłodze razem z Rose i Scorpiusem. Na biurku z ciemnego drewna leżały duże słuchawki, oczywiście z flagą brytyjską, bo córeczka tatusia sobie takie ubzdurała, kilka zeszytów i podręczniki do eliksirów. Na komodzie stały zdjęcia, które poruszały się, była tam i sama Hermiona i oboje rodziców Amortencji i ona sama. Ściany pokoju miały bladozielony kolor, oczywiście córka odziedziczyła po ojcu także gust. W wazonie na półce, obok licznych książek znajdował się wazon z zasuszonymi różami. 
-Kiedy wróciłaś?- zapytała Hermiona, uśmiechając się do nich.
-Niedawno.
Hermiona skinęła głową. 
-Coś się stało, gdzie jest Al, mi możesz powiedzieć.- odezwała się znowu.
Amortencja pokręciła głową.
-Wszystko w porządku, może później ci powiem.
-Spokojnie. Nie będę wam przeszkadzać, nie siedźcie długo.
Skinęli głowami i Hermiona wyszła. Severus objął ją jednym ramieniem i zeszli na dół. Kiedy znowu usiedli na kanapie, a Snape wziął książkę na kolana, westchnęła ciężko i położyła głowę na jego torsie.
-Czasem myślę, że ona ma większe zaufanie do ciebie niż do mnie.- wyszeptała.
Pogłaskał ją po włosach i pocałował czubek jej głowy.

______________________________________________________
A, nie mogłam wymyślić jak im tym razem utrudnić życie. Okazało się, że to wcale nie takie trudne xD Tak jakoś smutno wyszło, na skutek słuchania ciągle "Down" Jasona Walkera i oglądania na okrągło wspomnień Severusa. Zamierzam założyć bloga z miniaturkami, co o tym myślicie? ;D

czwartek, 2 maja 2013

Rozdział 50

Nareszcie




Jeszcze przez chwilę jego usta muskały jej wargi, a potem nagle odepchnęła go od siebie. Mogłaby przysiąc, iż przed jej oczami pojawiły się dziwne mroczki i zakręciło się jej w głowie. Jak przez mgłę widziała zdziwionego Severusa, przyglądającego się jej z przerażeniem w czarnych, bystrych oczach. Spadła na poduszkę, a powieki opadły jej bezwładnie, odcinając ją tym samym od świata zewnętrznego. 
I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko wróciło. Obrazy całego jej życia po bitwie napłynęły jej do głowy, pojawiły się jak slajdy, przewijane powoli. Otrząsnęła się. Wypełniło ją szczęście, miała ochotę tylko się śmiać, przypominając sobie rozmowę z Minerwą, pytania kierowane do męża i to niedowierzanie. Ogarnęło ją dziwne wrażenie, że to było jak ponowne zakochanie się w nim. Co prawda pierwsze trwało dłużej, zanim on przestał ją w końcu obrażać, a ona polubiła jego charakterek, ale oba przebiegały właściwie podobnie. 
Uniosła powieki i spojrzała na Severusa. Parsknęła śmiechem na widok jego zdezorientowanej miny i rzuciła się na niego. Ręce oplotła wokół jego szyi, pod wpływem tego skoku opadł na łóżko i zgromił ją wściekłym spojrzeniem. Śmiała się melodyjnie i może, gdyby nie był taki zdziwiony nagłym zwrotem tego wszystkiego uświadomiłby sobie, że ten dźwięk brzmi w jego uszach najpiękniej na świecie. Obsypała jego bladą twarz pocałunkami, a jej loki drażniły jego policzki. 
Zdecydowanym ruchem wyswobodził się z jej uścisku i popchnął ją lekko tak, że znalazła się pod nim. I nadal się śmiała, jakby nigdy w życiu nie zaznała troski. Severus przeszył ją spojrzeniem ciemnych oczu.
-Hermiono.- syknął.-Co ty na Salazara Slytherina, wyprawiasz?!
Uśmiechnęła się do niego. Pochylił się, a czarne kosmyki jego włosów łaskotały ją w szyję, kiedy składał na jej policzku i w okolicach skroni kolejne pocałunki. Westchnęła cicho. Uścisk jego ramion rozluźnił się, a ona wyplątała się z nich i energicznym, niemal skocznym krokiem wstała. Przyglądał się jej z uwagą.
-Pamiętam. Pamiętam wszystko.- szepnęła, patrząc mu prosto w oczy.-Dziękuję.
-Za co dziękujesz?- uniósł obie brwi wysoko do góry. 
Odgarnęła z uczuciem kilka niesfornych włosów, zasłaniających jego wysokie czoło. Potem w podskokach podbiegła do pierwszego regału z książkami jaki zobaczyła. Wyjęła trzy książki w starej oprawie i wróciła do niego.
-Pocałunek prawdziwej miłości.- rzuciła pierwszy tom w jego stronę.-Pocałunek prawdziwej miłości.- kolejna książka wylądowała na pościeli.-Pocałunek prawdziwej miłości.
Severus ostrożnie otworzył pierwszy tom. "Śpiąca Królewna", zdziwił się, "Piękna i Bestia", mruknął w myślach, "Śnieżka". Znał wszystkie te baśnie, choć mugolskie, on, tak samo jak Hermiona bardzo je lubił, a czasem nawet porównywał ich do Pięknej i Bestii. Podniósł na nią wzrok. Siedziała po turecku na łóżku i uśmiechała się, patrząc gdzieś w bok. Zaklęciem wrócił książki na właściwe im miejsce i przywołał ją do siebie gestem. Przylgnęła do niego i odetchnęła głęboko. Nareszcie.
-Sev...- wyszeptała.
-Tak?- mruknął, odsuwając ją od siebie delikatnie i patrząc jej w oczy. W gruncie rzeczy uwielbiał, kiedy mówiła do niego "Sev". 
-Przepraszam za to wszystko. 
-Za co, ty tępa, głupia, bezmyślna, stereotypowa Gryfonko mnie przepraszasz?- wycedził przez zaciśnięte zęby.-Lepiej z łaski swojej w końcu się ucisz i już nic nie mów. 
Przyciągnął ją do siebie i jeszcze długą chwilę przytulał delikatnie, jak porcelanową lalkę albo zjawę, która lada chwila może zniknąć i już nigdy nie wrócić.



Wieść o pamięci Hermiony rozeszła się po zamku już następnego dnia rano. Minerwa z Albusem dowiedzieli się pierwsi i właściwie nie wnikali w szczegóły. McGonagall wykorzystała okazję do robienia sobie żartów z "cudownych ust" Severusa, on się jej odgryzał, a Hermiona się z nich śmiała. I wszystko było po staremu. 
Hermiona patrzyła na męża z czułością, a za każdym razem, gdy przypominała sobie jak nawrzeszczał na Dumbeldore'a i Minerwę, jak próbował jej to wszystko wytłumaczyć uśmiechała się. Popatrzyła przed siebie na stół Ślizgonów i posłała promienny uśmiech córce. Amortencja przekomarzała się ze Scorpiusem i Albusem, widać, że próbowała ich obrazić, ale oni tylko chichotali w odpowiedzi. 
Hermiona miała wrażenie, że mimo wielu cech Severusa, jej córka posiadała też, kawałek jej charakteru. Trochę żałowała, że nie poświęciła córce zbyt wiele czasu, ale nie martwiła się tym tak bardzo. Amortencja miała oddanych przyjaciół, cięty język ojca i jego wrodzoną buntowniczość. Była o nią całkowicie spokojna. I jakoś tak pierwszy raz dostrzegła, że jej córka jest śliczna. Zerknęła na Severusa i wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Biedny Mistrz Eliksirów nie domyślał się, iż za parę ładnych lat będzie jedno po drugim, łamać serca każdego z męskiej połowy szkoły w jej wieku. 
-Sev.- dotknęła lekko jego ramienia. Uniósł lekko prawą brew.-Zauważyłeś, że Amortencja jest ładna?
Severus westchnął.
-W końcu to moja córka.- uśmiechnął się drwiąco.
Hermiona pokręciła głową.
-A zdajesz sobie sprawę z tego, że ona kiedyś będzie miała te piętnaście, szesnaście lat?- skinął głową z nieodgadnioną miną.-A co ty na ten przykład robiłeś, mając te kilkanaście lat?
-Hermiono, to szkoła. Jak widzisz.- prychnął lekceważąco.-Uczyłem się akurat na SUM-y, a potem na OWUTEM-y.- dodał.
-Dobra. Inaczej.- westchnęła.-Przypomnij sobie, co ja robiłam?
-Z tego, co pamiętam, to kręciłaś z Weasleyem...- nagle urwał.-Co ty niby chcesz przez to powiedzieć?
-Nic, nic, tylko nasza Amortencja ma znaczące imię i jest ładna.- powiedziała Hermiona niby od niechcenia.
-Błagam, nie denerwuj mnie.- warknął pod nosem Severus.
-A jej ojciec musi przyjąć do wiadomości, iż jego córeczka będzie mieć życie uczuciowe.- dokończyła Hermiona.
Zaśmiała się widząc jego przerażającą minę. 


Remus był szczęśliwy. Eliksir, znaleziony przez Dumbeldore'a, uwarzony przez Severusa zadziałał perfekcyjnie. Nadal dostawał podwójną dawkę Tojadowego, ale to mu nie przeszkadzało. Ten smak towarzyszył mu całe życie. Miał przy sobie Tonks i to dodawało mu otuchy. Jej różowe jak guma do żucia włosy wywoływały uśmiech na jego twarzy, wydawał się wtedy jakiś młodszy.
-Dlaczego ty właściwie za mnie wyszłaś?- zapytał ją pewnego dnia.
Promienie słońca oświetlały jasno Skrzydło Szpitalne, a twarz Tonks promieniała. Splotła swoje palce z jego palcami i przez chwilę przyglądała się jego twarzy.
-Jak to po co?- wypaliła wesoło.-Żeby przy każdej pełni księżyca móc czuć się jak bohaterka!
Roześmiała się i pocałowała go stanowczo. 



Amortencja spojrzała na Scorpiusa i Albusa, kłócących się zażarcie i uśmiechnęła się delikatnie. Przeniosła wzrok z nich, na stół nauczycielski. Hermiona uparcie tłumaczyła coś Minewrze, a Severus przyglądał się im, ale jego czarne oczy nie wyrażały zainteresowania. Amortencja już dawno temu zdała sobie sprawę z tego, że wszyscy nauczyciele są dziwni, a szczególnie ci z Hogwartu. Dumbeldore rozmawiał z profesor Sprout, prawdopodobnie o dropsach, Flitwick siedział samotnie i wpatrywał się w swój talerz, podczas gdy Hagrid z ożywieniem opowiadał mu o czymś, zapewne o smokach, Evanna i Neville patrzyli sobie w oczy z niemal czcią. Kiedy Hermiona przestała plotkować z Minerwą odwróciła się i zaczęła przekomarzać się z mężem, co wyraźnie mu się nie spodobało.
"Jak to jest normalne, to ja jestem zaginiona córka Merlina", mruknęła w myślach Amortencja.
Tylko, że w normach Hogwartu to wszystko było normalne. Filch był normalny, Pani Norris była normalna i stara bibliotekarka, i wszyscy uczniowie. I właśnie to było niezwykłe. Nic w Hogwarcie nie było tym, czym wydawało się być. 
Amortencja westchnęła, powracając wzrokiem do chłopaków. Nadal się kłócili.
-Kretyni.- burknęła. 
Natychmiast się uspokoili, a jej usta wykrzywił uśmiech triumfu.


I tak dobiegł końca kolejny rok w Hogwarcie. 


_____________________________________________________________
Coś mi tu nie pasuje, jak myślicie? : 3 Po ostatnim zdaniu zasługuje na Crucio, wiem :D



Amortencja na pocieszenie <3

środa, 1 maja 2013

Rozdział 49

Powrót Panny Wiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej


Severus kompletnie nie miał pojęcia co robić. Jeszcze tego samego dnia Dumbeldore zlecił mu uwarzenie jakiegoś eliksiru dla Remusa. Zabrał się do pracy, ale myśląc o Hermionie nie potrafił się skupić. Nigdy nie było potrzeby jej podrywać, ona po prostu się w nim zakochała i tyle. To była prosta relacja, romans, a potem związek. Nigdy nie musiał zdobywać jej zaufania i zapewniać o swoich uczuciach, bo ona dobrze wiedziała, iż on samym już tym faktem, że się z nią związał, dawał jej tego najlepszy przykład. Westchnął ciężko i zerknął do kociołka, w którym warzył eliksir mający pomóc wilkołakowi. Średnio go teraz obchodził, ale miał pewność, że jeżeli wilkołak się nie wyleczy, nadal będzie zagrożeniem. 
Przez głowę przeleciał mu obraz Mary. Miał tego dość. Dlaczego kobiety zawsze musiały utrudniać mu życie? Odszedł od kociołka, opary akurat tego eliksiry źle na niego działały. Ktoś zapukał do drzwi. Snape zastanawiał się, kto to mógł być. Pukanie za grzeczne jak na Minerwę, ale i za delikatne na dyrektora. Podszedł do drzwi i otworzył je. 
W progu stała Hermiona. Uśmiechnął się delikatnie na widok jej splątanych loków i ufnych, czekoladowych oczu, okolonych gęstymi rzęsami. Te oczy jednak nie były takie same, nie było w nich tej oddanej miłości, którą widział u niej, kiedy się budził i gdy zasypiał, tej wierności i ogników radości na jego widok. 
Wrócił do zwykłego wyrazu twarzy i przyglądał jej się uważnie jeszcze przez chwilę.
-Profesor McGonagall, znaczy, Minerwa mnie przysłała.- powiedziała znowu przygryzając wargę.
Westchnął.
-Ile razy mam ci mówić, żebyś tak nie robiła?- uniósł prawą brew.-Nie musisz pukać, to są tak samo twoje komnaty, jak moje.
Wpuścił ją do środka, ale ona wyraźnie czuła się nieswojo. Stała, obejmując się ramionami i wpatrywała w kominek. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Popchnął ją lekko w stronę fotela, na którym zwykle siedziała. Opadła na siedzenie. Machnął różdżką, a w kominku zapłonął ogień. Nie podniosła na niego wzroku. Usiadł w drugim fotelu i przyjrzał jej się uważnie.
-Niemożliwe.- szepnął.
-Co, niemożliwe?- zapytała, wyrywając się z zamyślenia.
-Moja Gryfonka się boi.- jego usta wykrzywił drwiący uśmiech. 
-Pańska?- zdziwiła się.
-Możesz z łaski swojej przestać?- warknął.-Wyda ci się to dziwne, ale wolę, żebyś nazywała mnie Severusem.- rzekł.-I, tak. Dotąd byłaś moja. Minerwa chyba wszystko ci wyjaśniła, w każdym razie przystępniej niż ja.- dodał.
Hermiona milczała przez chwilę. Severus przyglądał się jej słodkim ustom. Spojrzała na niego.
-Czy to jest prawda? Naprawdę byliśmy małżeństwem?
Ujął jej dłoń i pogładził pierścionek na jej palcu. Przeszedł ją dreszcz.
-Nadal jesteśmy.- wyszeptał.
Hermiona cofnęła rękę i uśmiechnęła się lekko. Rozejrzała się. Z pewnością nie było tu już tak ponuro i widziała, naprawdę widziała w tym swój pomysł. Zerknęła na biurko. Nie miała nic do stracenia. Skoro to wszystko miało być prawdą... Podeszła do biurka i przejrzała szybko porozrzucane po nim papiery. Na niektórych rozpoznała swoje pismo. Eseje uczniów, zadania domowe.
-Byłam nauczycielką?- zaśmiała się.
Poczuła na ramionach jego ręce i mimowolnie westchnęła. Uśmiechnął się. Czuła, że gdyby to wszystko, to byłaby prawda, to na pewno pamiętałaby te dłonie i jego zapach, nie mogłaby ich zapomnieć. I nie mogłaby zapomnieć tego uczucia, które w niej wywoływały. 
-Tak. Uczysz Obrony Przed Czarną Magią.- usłyszała nad uchem głęboki głos.
-I przetrwałam więcej niż rok?
-Bo miałaś mnie.
Odwróciła się do niego. Zadarła głowę, żeby móc widzieć jego oczy i utonęła, dosłownie utonęła w ich bezgranicznej czerni, czerni zlewającej się niemal ze źrenicami. Zamknął oczy i zbliżył się do niej, a wyglądał tak łagodnie, iż nie mogła się temu nadziwić. Zawsze uważała profesora Snape'a za mężczyznę o ostrych zasadach i wrodzonej wrogości do ludzi ogólnie. 
Poczuła na policzku jego oddech i nagle zdała sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie go pocałować, ani dać się pocałować. Nie miała pojęcia, dlaczego, po prostu nie pasowało jej to, prawie go nie znała. 
-Nie.- szepnęła, a głos miała dziwnie zachrypnięty.-Przepraszam.
Odsunął się od niej błyskawicznie, ale wraz z nim odszedł jego zapach i jego dłonie. A to akurat jej się nie podobało. Spojrzał na nią przepraszającym wzrokiem. Mimowolnie pomyślała, że "on się chyba naprawdę naćpał". On nigdy nie przepraszał, a przynajmniej nigdy go takiego nie widziała.
-To ja powinienem cię przeprosić, Hermiono.- powiedział spokojnie.-Przepraszam, ale... przyzwyczaiłem się do tego, iż zawsze kiedy chciałem cię pocałować, nie miałaś nic przeciwko. 
Zdał sobie sprawę z tego co powiedział i roześmiał się. Pierwszy raz usłyszała jego prawdziwy śmiech, bez cienia jadu, nienawiści, sarkazmu. I zakochała się w tym śmiechu. Naprawdę miała ochotę podejść do niego, pocałować go mocno i śmiać się z nim już zawsze. On jednak w pewnym stopniu ją onieśmielał. Onieśmielał PannęWiem-To-Wszystko-I-Jeszcze-Więcej, też coś.
Snape uspokoił się i przeszył ją spojrzeniem. Wstrzymała oddech, znajdując się pod presją czarnych oczu. 
-Prroffesorzee... Znaczy.- otrząsnęła się.-Severusie.- uśmiechnął się na dźwięk swojego imienia.-Chcę wiedzieć wszystko.
-Wróciła PannaWiem-To-Wszystko, tak?
-I-Jeszcze-Więcej.


Deszcz siąpił nieustannie. Odczuwali to uczniowie siedzący w wieżach Gryffindoru i Ravenclawu, ale i w lochach, dało się to wyczuć. Wielkie krople uderzały o dach zamku, spływały po kamiennych gargulcach, dobijały się do okien. Kieł ucichł w chatce Hagrida, paliło się tam światło.
Amortencja, zamyślona siedziała w pokoju wspólnym Slytherinu. Uczniowie odrabiali prace domowe, czytali albo grali w coś. Panowała tu nadzwyczajna jak na tyle osób cisza, wszystko działo się jakby w tle, za mgłą. Amortencja westchnęła. 
-I co teraz zamierzasz zrobić?- usłyszała Albusa.
-Raczej nie będę swatać własnego ojca, z własną matką.- mruknęła nieobecnym głosem.
-Ale wiesz...
-Cicho. Nie są małymi dziećmi, poradzą sobie.- burknęła wściekle.
Czasem miała dość jego uciążliwych pytań. Po co zadawać tyle pytań? Nie była typem dziewczyny, która mówiła, co jej ślina na język przyniesie. Ona najpierw zastanawiała się nad odpowiedzią lub ripostą, nieprzemyślane wypowiedzi uważała za głupie.
-Tylko, że twój ojciec...- rzekł Al spokojnie.
-Co mój ojciec?- zgromiła go spojrzeniem.-Zakochała się w nim raz, to zakocha i drugi, nie?
Skinęli niechętnie głowami. Scorpius przyglądał się jej przez chwilę, a potem odwrócił twarz ku kominkowi. 


Hermiona siedziała w zielonym fotelu, przed kominkiem, w gabinecie Snape'a i słuchała uważnie swojej historii. Miejscami śmiała się razem z Severusem, miejscami stawała się ponura, a wtedy Snape łapał ją za rękę i delikatnie gładził jej skórę. Nic poza tym nie robił, ale to i tak było dla niej za dużo. Jakież to było dziwne! Siedzieć i słuchać uważnie, co i jak stało się w swoim życiu, co mówiła, o czym myślała, kiedy się śmiała, a kiedy płakała. To, co ją zdziwiło, to to, że on tyle o niej wiedział. Nie wiedziała czy Harry byłby w stanie powiedzieć tyle o Ginny albo Ron o Lavender. A Severus wiedział to wszystko, ba, pamiętał dobrze większość ich rozmów.
-Prof... Severusie.- poprawiła się.-Jak ty to wszystko spamiętałeś?
-Nie jestem byle jakim ignorantem. Szanuję cię, Hermiono, zawsze słuchałem tego co mówiłaś.- rzekł poważnie.-Bez względu na to jakie to były głupoty.
Czuła się w jego towarzystwie tak dobrze, że była pewna, iż gdyby się nie powstrzymała, zmierzwiłaby jego czarne włosy i rzuciła się na niego ze śmiechem. Stłumiła w sobie tę ochotę i uśmiechnęła się tylko do niego uroczo. Nagle przypomniało jej się coś.
-A co z Krzywołapem?- zapytała z przejęciem.
-Krzywołap... Zdechł.- odparł Severus zdawkowo.-Ku mojej radości.
-No, wiesz.- oburzyła się.
W jego czarnych oczach pojawił się błysk. On też zauważył, że czuła się pewniej. Nagle zaczął wierzyć, że zakocha się w nim jeszcze raz i stopniowo pamięć jej wróci. Na jego ustach wykwitł drwiący uśmieszek.
-Wiesz, ten okropny kocur chciał mi cię zabrać.- rzekł spokojnie.-Poza tym. Drapał, gdy byłem za blisko ciebie, a on był tego świadom. Raz, kiedy chciałem cię pocałować, wyskoczył na mnie i przez kolejny tydzień nosiłem bliznę po pazurach na policzku.
-To musiało wyglądać strasznie.- skrzywiła się.
-Raczej wszyscy myśleli, że to ty mnie podrapałaś.- w kącikach jego ust można było dostrzec blady uśmiech.-Często się kłóciliśmy, ale kłótnie te trwały nie dłużej niż dzień, dwa, a kończyły się jeszcze bardziej szczerą miłością.
-Och.- westchnęła. 
Miała go teraz pocałować? Nie była w stanie. Coś w nim przyciągało, oczy hipnotyzowały, uśmiech zachęcał, ale ona nie potrafiła się na to zdobyć. A on nie nalegał. Wiedział, że prędzej czy później ją pocałuje, widział, że sama tego chciała, ale nie miała pojęcia jak do tego doprowadzić.
-A co mówiłam o tobie?- spytała nagle.
-O mnie?- uniósł do góry obie brwi. Skinęła głową.-Czasem wspomniałaś coś o moim głosie czy dłoniach, ale to bzdury.
-Nie, to nie bzdury, bo ja to mówiłam.- posłała mu uroczy uśmiech.-Więc?
Westchnął ciężko.
-Mówiłaś, że uwielbiasz słuchać mojego głosu, nieważne czy zdenerwowanego czy jedwabistego tonu, mówiłaś, że moje dłonie i tylko one potrafią cię uspokoić.- jego głos posiadał nutę melancholii.-Od początku miałaś złe sny, tylko ja potrafiłem cię uspokoić. Czasem lunatykowałaś. 
-Lunatykowałam? I co wtedy robiłeś, przywiązywałeś mnie do łóżka, żebym nie wyszła i nie zabiła się, skacząc z balkonu?- uśmiechnęła się lekko, ledwie dostrzegalnie.
-Przytulałem cię. 
Powiedział to takim tonem i głosem, że wydało jej się to po prostu "słodkie". Jego spojrzenie wyrażało jedynie troskę i oddanie, prawdziwe uczucia. Jak ona mogła go nie pamiętać. 



Położyła się spać. Severus odstąpił jej łóżko, a sam poszedł spać na kanapę w salonie. Nadal była oszołomiona jego zachowaniem. Nie mogła się nacieszyć jego delikatnością wobec niej i minimalną ilością obelg. Tak bardzo, bardzo chciała go na pożegnanie pocałować, chociaż w policzek. Ale coś ją powstrzymywało. Zasnęła spokojnie, miała jednak wrażenie, że kogoś obok jej brakuje. Kogoś kto objąłby ją silnymi ramionami i pocałował, uspokoił i wyszeptał do ucha zapewnienia miłości. 
Severus wpatrywał się w sufit gabinetu i nie potrafił zamknąć oczu. W głowie miał tylko jej włosy i oczy, słodkie usta i nos. Miał dziwne wrażenie, iż Lily była tylko odległą zjawą senną, a jej leśny zapach już zastąpił inny, magnoliowy. Zapach Hermiony, która spała w drugim pomieszczeniu, z łagodną twarzą i delikatnie zmarszczonym czołem, z zamkniętymi oczyma i lokami rozrzuconymi na poduszce. 
Usłyszał dziwny dźwięk. Znał ten cichy szept, wzywający o pomoc. Zerwał się z kanapy i najciszej jak mógł wszedł do sypialni, gdzie spała Hermiona. Spojrzał na nią. Kuliła się na łóżku i wyraźnie szukała kogoś wokół siebie. A wzywała jak zwykle, kiedy coś złego jej się śniło - jego imię. Z westchnieniem usiadł na łóżku i przyciągnął ją do siebie. 
Skuliła się na jego kolanach i zarzuciła mu ręce na szyję. Gładził ją uspokajająco po włosach, jednocześnie wdychając jej cudowny zapach. Po chwili doszło do niej, gdzie jest i co robi. Odskoczyła od Severusa i westchnęła. Zapaliła różdżkę i przyjrzała mu się uważnie. Dech jej zaparło. Był w samych spodniach od piżamy. Z tego, co zobaczyła był bardzo dobrze zbudowany, miał umięśnione ramiona i tors, ciało blade i obsypane bliznami. Blizny te jednak nie kontrastowały z nim, wręcz przeciwnie, dodawały mu uroku. Wpatrywała się w niego, a on w nią. Zauważyła też, iż jest strasznie chudy. Dotknęła delikatnie jego boku, a on zadrżał pod wpływem jej ciepłego dotyku.
-Profesorze, czy pan coś w ogóle je? I kto panu zafundował tyle blizn?- zapytała, odsuwając się odrobinę.
-Jako moja żona zdążyłaś się przyzwyczaić do tego, że taki już jestem.- powiedział.-Blizny to głównie wina Czarnego Pana i mojego ojca.
Otworzyła szeroko usta.
-Ojca?
Skinął głową. Wyobraziła sobie małego Severusa, kulącego się w kącie przed barczystym mężczyzną i przylgnęła do niego znowu. Miała ochotę szepnąć: "obroń mnie przed tym wszystkim". Zamknął oczy i głaskał ją przez chwilę po włosach.
Nawet nie zauważyła, kiedy dotknął swoimi ustami, delikatnie, jej ust. Potem jednak była pewna, że jej podejrzenia się sprawdziły. Nie mogła czegoś takiego zapomnieć. Jego usta smakowały Ognistą, a całowały tak wprawnie i z taką zachłannością, że po prostu rozpływała się w jego objęciach. Silne ramiona trzymały ją mocno. Przylegała do jego chłodnego torsu, tak jakby oboje byli robieni do siebie na miarę. Miała wrażenie, że jeszcze nikt nie całował jej z takim zaangażowaniem, z tak wyraźnym oddaniem, z taką bijącą z ust miłością. Gdyby była w stanie jednocześnie myśleć i oddawać pocałunek pewnie przypomniałby się jej Krum, Harry i Ron. Och, żaden nie dorównywał umiejętnościom ustom Severusa. I żaden z nich nie wydałby się jej tak... męski jak Severus. Nawet Krum był tylko szczeniackim chłopcem wobec Severusa. Wplótł smukłe palce w jej włosy, a ona nadal próbowała zatrzymać, zachować jak najwięcej smaku jego ust. 
Jak mogła coś takiego zapomnieć?

____________________________________________________________
Jest trochę dłużej niż zwykle : 3 Dużo Sevmione, podobało się? ; ))