Wam, którzy czytają i którzy komentują, zostawiam decyzję czy kontynuować bloga, dalej komplikować życie Sevowi i Mionie, Amortencji i innym, później je naprawiać, a potem znowu psuć :D Zastanawiam się czy naprawdę tego chcecie? ;)
W każdym razie bardzo dziękuję tym, którzy do tej pory komentowali i czytali <3 To dla mnie niesamowicie ważne.
sobota, 6 kwietnia 2013
Rozdział 25
Szczęśliwe zakończenie
Bella leżała bez ruchu i wyglądała na martwą. Przybiegli Albus i Minerwa razem z Evanną, która zapiszczała radośnie, kiedy zobaczyła, że wszystko w porządku i upewniła się, że Bellatrix żyła. Hermiona nadal ściskała córkę i za żadne skarby nie chciała jej wypuścić z objęć jakby bała się, że gdy to zrobi ona zniknie. Severus siedział na, wystającym z ziemi ogromnym korzeniu jakiegoś potężnego drzewa i patrzył przed siebie pustym wzrokiem. Już dawno nie rzucał zaklęć niewybaczalnych, a teraz czuł się dziwnie. Wróciły wspomnienia służenia Voldemortowi, tego co robił, torturował, zabijał i nie oszczędzał nikogo i nagle pomyślał, że powinien umrzeć już dawno temu, tak byłoby dla wszystkich lepiej, bo... "Przecież to przeze mnie Bella porwała naszą Amortencję, chciała się zemścić". W tej chwili nie obchodziło go to jak przeżyła i przetrwała, znając Dumbeldore'a liczył, że on będzie wiedział wszystko dokładnie.
Naszedł go ten nastrój, kiedy o wszystko obwiniał siebie. Zastanawiał się czy, gdyby umarł byłoby lepiej Hermionie, która już przed bitwą się z nim spotykała. Miałaby normalnego męża? Wyszłaby za Weasleya albo Pottera?
Jego żona przysiadła się do niego i przez chwilę przyglądała ciekawie.
-O czym myślisz?
-O niczym szczególnym.
Za szybko odpowiedział. Zerknęła na niego podejrzliwie, a on, pragnąc uniknąć jej spojrzenia wstał i przeszył wzrokiem ciało Belli, które leżało bezwładnie na ziemi.
-Będziemy tu tak stać do rana?- zwrócił się do dyrektora.
Albus spojrzał na niego, a później na Bellatrix jakby oczekiwał, że ten coś z nią zrobi, jakby mówił, że trzeba ją zabrać.
-Sam sobie ją lewituj. Mam to gdzieś.- burknął Mistrz Eliksirów.
Złapał żonę i córkę za ręce i we trójkę ruszyli do zamku. Przybiegł Potter, który zajął się swoim synem i resztą, a Albus i Minerwa wzięli Bellę do zamku. Hermiona odwróciła się na chwilę i zobaczyła, że próbują ukryć to, że trzymają się za ręce.
Do Hogwartu przybyło Ministerstwo, Shacklebolt jako minister zbadał sprawę i odesłał podwładnych, nie zważając na ich protesty, a sam poszedł z Dumbeldorem i resztą do jego gabinetu. Minister był dobrze poinformowany, Albus pozostawał z nim w kontakcie.
-Mam pewne przypuszczenia co do przeżycia Bellatrix.- zaczął dyrektor.
Wszyscy spojrzeli na niego.
-Być może, ale to są tylko moje domysły, po prostu Voldemort rzucił na nią jakieś zaklęcie obronne, bo spodziewał się, że nie przeżyje.
-Ale dlaczego? Kochał ją?- Harry wzruszył ramionami.
-Nie mógł jej kochać, idioto. On nie czuł, był wrakiem nie człowiekiem.- mruknął Severus.
-Właśnie, mój drogi, Severusie. I dlatego łapał się ostatniej deski ratunku. Był przekonany, że Harry'ego zabije, ale jednak musiał się jakoś ochronić. Jeżeli on zginąłby ostatecznie, jego idee nie przetrwałyby, a Bella pozostawała mu najwierniejszą.- rzekł Dumbeldore z lekkim uśmiechem.
-I kontynuowałaby wybijanie w pień mugoli i charłaków, zdrajców krwi i wilkołaków.- dopowiedział Snape.
-Otóż to.- na chwilę starzec zamilkł.-Pozostaje też druga opcja. Choć jest bardzo nieprawdopodobna. Może po prostu nie mogła umrzeć.
-Nie, to bardzo stara magia, ale ona się do tego nie kwalifikowała. Przecież kochała.- powiedział Severus.
Hermiona spojrzała na męża z podziwem, czasem jego wiedza zaskakiwała ją, w życiu nie słyszała o tym by ktoś nie mógł umrzeć, chyba, że chodziło o horkruksy.
-Ona tak naprawdę nie kochała. Była mu oddana tak bardzo, że myślała, że to miłość. Ty, Severusie dobrze o tym wiesz.- inni spojrzeli na Albusa pytająco. Nie wiedzieli o co chodzi. Roześmiał się.-Niektórzy nie kwalifikują się do umierania. To prastara magia, ktoś, zepsuty do szpiku kości, ktoś kto już nie czerpie przyjemności z niczego, tylko z torturowania i zabijania nie ma prawa zyskać spokoju po śmierci. Zostaje skazany na wieczną tułaczkę po tym świecie. Można powiedzieć, że zachowuje się jak żywy trup.
-Przecież Voldemort był jeszcze gorszy.- zauważył Potter.
-Tak, ale on musiał umrzeć. Takie było jego przeznaczenie.
-Więc ona nie umrze, nie zniknie?
-Nie wiem, Harry. To tylko moje i Severusa przypuszczenia, to tak pradawnej magii potrzebne jest specjalne zaklęcie, które mógł rzucić Voldemort.
-Więc zostają nam jedynie domysły?
-Jak zawsze, Harry, mój chłopcze, jak zawsze.- Abus uśmiechnął się dobrotliwie, chcąc go pocieszyć.
Snape i Hermiona pomknęli po naradzie u Dumbeldore'a do Skrzydła Szpitalnego. Na sali byli: Amortencja, która leżała z zamkniętymi oczami, odpoczywając i Draco, któremu praktycznie nic się nie stało, ale Poppy Pomfrey nie chciała go stamtąd wypuścić bez odpowiednich badań.
Severus z żoną podeszli do córki. Spała głębokim snem, Poppy musiała podać jej Eliksir Słodkiego Snu. Draco usiadł na łóżku i przywołał ich bliżej.
-Przepraszam was. Naprawdę przepraszam.- zwiesił głowę.
Hermiona usiadła koło niego, co Snape przyjął z lekkim niepokojem.
-Przecież byłeś pod wpływem zaklęcia. Imperiusa, tak?- pogłaskała go delikatnie po ramieniu.
-Tak.- uśmiechnął się do niej blado, a potem zwrócił się do Snape'a.-Ale muszę przyznać, że podkochiwałem się w twojej pięknej żonie, kiedy byliśmy w szkole.
-Jeszcze jeden.- mruknął pod nosem Severus.
-Przestań w końcu skomleć. Wybrałam ciebie, jasne?- wstała i przytuliła się do męża.
Draco spojrzał na nich smutno, przypominając sobie wyłupiaste, niebieskie oczy Luny. Bardzo za nią tęsknił. Bardzo żałował, że ją ranił, ale stara miłość wróciła w wakacje, zaczął częściej oglądać się za Hermioną, był zazdrosny, bo wiedział, że Snape miał ją w domu cały czas, mógł ją całować, przytulać, rozmawiać z nią, patrzeć jak się śmieje i śmiać się razem z nią.
-Luna będzie tu lada chwila, tak samo jak Scorpius.- powiedziała Hermiona jakby czytała mu w myślach.
Do pomieszczenia wpadła Luna, Draco nie zdążył zareagować, rzuciła mu się na szyję i całowała go przez chwilę, a on zrozumiał jaki był głupi i jak bardzo ją kochał.
-Przepraszam, tak strasznie przepraszam.- wyszeptał, patrząc w jej oczy.-Wiesz jaki jestem.
-Wiem.- odparła z uśmiechem.-I za to cię kocham.
Snape z Hermioną patrzyli na to z boku.
-To mi przypomniało, że cię nie przeprosiłem.- szepnął jej do ucha, swoim zwyczajem jak zwykle lekko je, muskając.
Zadrżała i uśmiechnęła się.
-Dajmy spokój. Znowu będziesz wyglądał jak uroczy, zbity pies, a ja mało tego, że ci wybaczę, to jeszcze bardziej pokocham.
-Czy ty nie za często porównujesz mnie do Łapy? Skomleć, zbity pies...- uniósł podejrzliwie prawą brew.
Roześmiała się i pokręciła krytycznie głową.
-Och, Severusie...
W ostatni dzień, kiedy miała odbyć się uczta pożegnalna, Snape zrobił coś, czego nienawidził, ale Hermiona tak to kochała, że postanowił się poświęcić. Mianowicie, związał włosy w kucyk. Nie znosił tego, po prostu nie cierpiał, kiedy Minerwa dogryzała mu z powodu lepszego, jej zdaniem wyglądu, kiedy uczniowie gapili się na niego jak na wariata. Zrobili jednak tak jak chciała Hermiona, zapomnieli o niedorzecznej kłótni, ani jej nie przeprosił, ani nie podziękował, więc zdecydował, że przynajmniej tak może jakoś okazać skruchę.
Gdy Hermiona zobaczyła go na korytarzu zatrzymała się i przyglądała mu ciekawie przez moment.
-Severusie, to ty?- roześmiała się.
-Nie, to tylko Filch.- prychnął.
Rzuciła mu się na szyję i obsypała jego twarz pocałunkami. Udobruchała go tym, już nie był w tak złym humorze.
Wieczorem odbyła się uczta pożegnalna, niektórym nie było już dane wrócić do Hogwartu, inni, tak jak Amortencja czy Albus mieli po wakacjach zacząć drugi rok, jeszcze inni mieli przybyć do tej wspaniałej szkoły. Dyrektor wygłosił swoją zwykłą mowę, ale później nie usiadł z powrotem w swoim wysokim fotelu. Przyznał 50 punktów Amortencji, za to, że "choć jest Ślizgonką, drzemie w niej odwaga Gryfonów" i 25, Albusowi i Rose za "dobre chęci i wolę walki". Syriusz siedział naburmuszony. Scorpius uśmiechał się do Amortencji.
Wiadomo było, że Slytherin zdobędzie dzięki dodatkowym punktom Puchar Domów, ale Hermiona nadal miała nadzieję, że Gryfoni będą lepsi. Zielono-srebrne flagi Slytherinu zawisły w powietrzu, a Minerwa i Hermiona przeciągle jęknęły. Snape uśmiechał się triumfalnie.
-Hej, Sev, jesteś jakiś inny, no nie wiem... Chyba wyprzystojniałeś.- burknęła McGonagall.
-A mówią, że to ja jestem wredny.- mruknął.-Za to ty wręcz przeciwnie.- zwrócił się do niej.
-Bo jesteś. Zadowolony?- Hermiona obrażona złożyła ręce w oskarżycielskim geście i odwróciła wzrok.
Cmoknął ją w policzek, rozbawiony jej zachowaniem, a na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
Według Hermiony, Minerwa miała rację, Severus wyglądał zdecydowanie młodziej. Luźne kosmyki opadały mu na twarz, która, odsłonięta, wydawała się być bardziej pociągła niż w rzeczywistości oraz bledsza niż zwykle i oczy, które również wyglądały inaczej, jakby jeszcze nabrały głębi. Kości policzkowe wyglądały na bardziej zaostrzone i wydatne. Hermiona nie odrywała od niego wzroku, oczywiście, podobał się jej jego normalny wygląd, kochała go bez względu na urodę, ale teraz po prostu do niego wzdychała.
Minerwa patrzyła na to z boku i nie mogła przestać się śmiać.
Amortencja, Rose, Scorpius i Albus usiedli w przedziale, pociąg właśnie wyjeżdżał ze stacji Hogsmeade. Uśmiechali się do siebie. Takie przygody jak ta, którą przeżyli, stwarzają przyjaźnie na całe życie.
-Więc jedziemy do domu?- odezwał się pogodnie Albus.
-Tak.- odparła Amortencja.-Ale wrócimy tu.
Roześmiali się, a podróż minęła im we wspaniałej atmosferze żartów i opowieści.
piątek, 5 kwietnia 2013
Rozdział 24
Normalni
Evanna cieszyła się, że to sobie przypomniała, miała im to przecież powiedzieć już dawno. Jednak z każdym krokiem, z każdą obelgą Severusa i każdą jego obietnicą, że zabije ją przy najbliższej okazji za tak długie milczenie, traciła wiarę w to, że to może się udać, kiedy on jest tak zdenerwowany.
Akurat, kiedy wychodzili z zamku, zatrzymała się gwałtownie, tak, że Snape o mało co na nią nie wpadł. Odwróciła się na pięcie i pomknęła schodami w górę. Za sobą słyszała krzyki Hermiony i jej męża, ale nie zwracała na nich zbytnej uwagi. Gdy stanęła przed kamienną chimerą, wypowiedziała hasło, a ruchome, kręte schody zaniosły ją prosto przed drzwi gabinetu dyrektora. Weszła tam, jak zwykle bez pukania czy jakiegokolwiek innego uprzedzenia o swojej obecności. Zastała Albusa i Minerwę, siedzących w fotelach przed kominkiem i rozmawiających o czymś z błyskiem w oczach. Podeszła do nich szybko.
-Świetnie, że jesteście oboje. Mam do was sprawę, niecierpiącą zwłoki.- powiedziała, wyrzucając z siebie błyskawicznie słowa.
Dopiero teraz ją zauważyli, McGonagall zarumieniła się jakby została przyłapana na czymś nieprzyzwoitym, a Albus spojrzał na Evannę przez swoje okulary - połówki, nigdy nie widział jej zmartwionej.
-Co się...- zaczął dyrektor, ale przerwał mu Mistrz Eliksirów, który wpadł do pomieszczenia z takim impetem, że szaty powiewały za nim jak prawdziwe skrzydła.
W jego oczach widać było zimną furię, przez chwilę patrzył, a właściwie zabijał wzrokiem każdego z nich, a potem wziął kilka głębokich oddechów. Nie po to jednak by się uspokoić, krzyknął za to, swoim głębokim, męskim barytonem ze zdwojoną niż zwykle siłą:
-Co ty w ogóle wyprawiasz, głupia, bezmózga wariatko?!
W tym momencie do pokoju weszła Hermiona, zdyszana i lekko zarumieniona, bo pewnie musiała biec za rozjuszonym do szaleństwa Snapem. Rzuciła mu mordercze spojrzenie.
Evanna szybko opowiedziała dyrektorowi i Minewrze historię o chichocie i tym, że tam prawdopodobnie znajduje się Amortencja. Poprosiła też, by wstrzymał Severusa, bo był za bardzo porywczy.
-Porywczy?!- warknął.-Tam gdzieś jest moja córka, a wy mi się każecie zamknąć i uspokoić?!
Hermiona przełamała się i złapała go za rękę.
-Severusie.- powiedziała łagodnie i bez cienia chłodu.-Uspokój się, oni mają trochę racji.- pogłaskała go niepewnie po policzku.
Nagle tak złagodniał, że można by go porównywać do baranka, oczywiście, zważając na jego wygląd, czarnego. Uleciała z niego cała złość, przymknął oczy i pogładził dłoń, która z kolei głaskała jego policzek. Nagle ocknęli się oboje, tak jakby wcześniej byli w transie i odsunęli od siebie.
-Ale to, że masz się uspokoić, nie znaczy, że musimy czekać. Nasza córka może teraz być... torturowana.- rzekła lekko drżącym głosem i podkreśliła słowo "nasza".
Rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie, a na resztę prychnął i oboje wylecieli z gabinetu.
-Będziesz tak stał czy się ruszysz, Albusie?! Przecież on ich wszystkich pozabija!- rozerwała brutalnie ciszę Minerwa.
Amortencja i Scorpius zorientowali się o tym, że Draco został, dopiero, gdy znacznie oddalili się od miejsca, gdzie ostatni raz zobaczyli Bellę. Amortencja gorączkowo chodziła w kółko (kolejny nawyk odziedziczony po ojcu) i myślała czy poradzą sobie we dwójkę, jeśli tam wrócą.
-Przestań chodzić.- burknął Malfoy.-Wracajmy tam.
-Dobrze.
Zgodziła się, była to decyzja, którą podjęła na szybko. Różdżka leżała w jej ręce i czekała na rozkazy. Spojrzała na Scorpiusa i nagle zobaczyła coś, co zdziwiło ją do tego stopnia, że otworzyła szeroko usta. Odwrócił się, ciekawy, co zauważyła i też osłupiał. Ku nim zmierzali szybko Syriusz, Albus i Rose. Al rzucił się na Amortencję i przytulił ją mocno, na co Scorpius spojrzał z obrzydzeniem w oczach. Amortencja nie spodziewała się niczego takiego, ale niepewnie też się w niego wtuliła.
-Wszystko w porządku?- spytał Potter i nawet nie czekał na odpowiedź.-Przepraszam, za tamto...
-Cicho. Uspokójcie się wszyscy. Musimy wracać po Malfoya.- powiedziała szybko.
-Został tam? Nie będę się za nim uganiał.- Syriusz James złożył ręce na piersi i teatralnie odwrócił wzrok.
-Prawdziwy pokaz gryfońskiej odwagi.- prychnęła.-Albus, Rose? do niczego was nie zmuszam, możecie wracać do zamku.
Oboje skinęli głowami, choć nie znali wielu zaklęć perspektywa bohaterstwa i uratowania kogoś była kusząca. Syriusz spojrzał na nią krytycznie.
-Czy to nie przypadkiem, przez niego twoi rodzice kłócili się tyle czasu?
-Ty idioto, on był pod wpływem zaklęcia. Idziemy.
Zostawili go za sobą, ochoczo stawiali kroki, a Amortencja starała się przypomnieć sobie co było w tej przeklętej książce do zaklęć. Przećwiczyła tylko jedno czy trzy z nich, nie miała na to zbyt wiele czasu. Zawsze jednak mogła rzucić zaklęcie niewybaczalne, nie miała z tym żadnego problemu. "Trzeba tego naprawdę chcieć..." Może to źle, że już w pierwszej klasie miała takie myśli, ale nie uciekłaby stamtąd gdyby nie zaklęcie torturujące.
Coraz bardziej zbliżali się do miejsca, w którym ich oboje zostawili, cała trójka miała wyciągnięte w gotowości różdżki. Odwracali głowy podejrzliwie na każdy głośniejszy szmer. W końcu stanęli na polanie, gdzie Bella już zmierzała w stronę Malfoya. Jego zaklęcie musiało być mocne, skoro dopiero teraz się otrząsnęła. Widocznie już rozbroiła Dracona, nie miał różdżki i oboje mierzyli się morderczym wzrokiem.
-Expelliarmus!- krzyknęła Amortencja, celując różdżką w Bellatrix.
Zaśmiała się tylko gdy odbiła zaklęcie i rzuciła w nią swoje. Świsnęło jej koło ucha, ale zdążyła się uchylić. Nie miała wyjścia. Widać, nie potrafiła rzucać prostych zaklęć.
-Crucio!- wrzasnęła, a ta nie zdążyła odbić zaklęcia i padła na ziemię, a różdżka wypadła jej z ręki.
Albus rzucił się po nią, ale Bella złapała go za rękę. Podniosła się i z triumfem w oczach przyłożyła odzyskaną różdżkę do gardła Ala. Nie okazywał specjalnie, żeby się bał, przeciwnie, wydawał się być wściekły, rozjuszony zachowaniem śmierciożercy.
-I co teraz zrobisz, co...?
Nie dokończyła, padła na ziemię, ugodziło w nią zaklęcie Snape'a. Patrzył z odrazą na ciało Belli, prychnął pogardliwie.
-Sev!- pisnęła Hermiona., chwytając męża za ramię.
-Nie martw się, to tylko Drętwota.- powiedział spokojnie.
-Dlaczego nie potraktowałeś jej torturującym?!- krzyknęła.
Spojrzał na nią jak na wariatkę.
-Co?! Kobieto, ty siebie słyszysz?
Amortencja odchrząknęła i pomachała im, tak jakby wszystko było w porządku, jakby widzieli się zaledwie wczoraj. Hermiona rzuciła się do niej pierwsza, przytuliła mocno i złożyła kilka matczynych pocałunków na jej bladej twarzy.
-Mamo... dusisz... mnie.- wydyszała dziewczynka.
Hermiona zwolniła uścisk, teraz Severus przytulał córkę, ale delikatnie jakby bał się, że nagle zniknie, rozkruszy się jak porcelanowa lalka.
-Crucio!!!- usłyszeli krzyk Bellatrix.
Snape rzucił się na Hermionę, ale zaklęcie zdążyło w nią trafić, wiła się po ziemi ledwo znosząc ból. Nie mógł na to patrzeć. W pierwszej chwili chciał jej pomóc, ale wiedział, że to i tak nic nie da. Z furią, jakiej jeszcze nigdy nie miał w oczach wycelował różdżkę w Bellę.
-Nie w moją żonę, ty wredna, zdzirowata SUKO!- wrzasnął na całe gardło.
Może przed rzuceniem jej wiązanki na jaką było go stać powstrzymywała go obecność córki. Rzucał jedno zaklęcie po drugim, zbliżał się do niej coraz bardziej, wrzeszczał i obrzucał ją obelgami. Raz po raz odpierała jego zaklęcia swoją tarczą, ale robiła się coraz słabsza... W końcu trafił w nią zaklęciem torturującym i nie mógł przestać tego robić.
-Crucio. Crucio. Crucio. Crucio... - szeptał zimnym głosem a ona za każdym razem, gdy próbowała się podnieść, padała, wijąc się i wrzeszcząc.
W końcu straciła przytomność, ale on nie opuścił różdżki, nadal stał nad nią i patrzył na jej twarz z pogardą, jakiej jeszcze nie odczuwał chyba, że do samego Voldemorta. Nagle poczuł, że ktoś łapie go za ramię, jakieś ciepłe dłonie, które przywróciły go na ziemię. Odwrócił się do Hermiony.
-Dziękuję, nie wiem, co się ze mną działo.
Złożyła niewinny pocałunek na jego ustach i przylgnęła do niego. Przygarnęli do siebie Amortencję i stali tak razem, jak normalna, szczęśliwa rodzina. Normalna, wszyscy parsknęliby na to śmiechem, na ziemi leżała praktycznie martwa wariatka, byli w lesie, zaczęło się robić ciemno, a Albus właśnie kłócił się z Rose o przytulenie Amortencji. Tak, było to całkowicie przeciętne popołudnie zwykłej rodziny...
czwartek, 4 kwietnia 2013
Rozdział 23
Chichot
Obudziła się rano i poczuła się tak jakby to wszystko było złym snem, kłótnia, chłód, wszystko co ostatnio złe. W końcu jego silne ramiona ją oplatały, jego głowa wtulona była w jej loki, oba ich oddechy miarowe i pasujące do siebie jak nigdy dotąd. Czuła się po prostu szczęśliwa, teraz miała ochotę tylko go mocno pocałować, a później zamknąć oczy i spać dalej w jego objęciach, najlepiej trochę dłużej niż wieczność.
Nagle przyszła bolesna rzeczywistość i wspomnienie dziwnego snu. Śniła jej się Amortencja, stała samotna w lesie, śnieg sypał grubymi płatkami i odznaczał się na jej lśniących, czarnych jak smoła włosach. Wtedy pojawiła się druga postać, w długim płaszczu, do którego tak lubiła się przytulać. Severus stanął koło córki, oboje wpatrywali się pustym wzrokiem przed siebie, a za nimi chichotała Bellatrix, pojawiło się jakby zdjęcie z okresu, kiedy ją torturowała i jak na rozkaz podeszła bliżej jej rodziny. Zaczęła krzyczeć na Severusa, żeby stamtąd uciekali, żeby się ratowali, ona sama nie potrafiła... Nagle sen urwał się i poczuła jak Snape tuli ją do siebie, jak szepcze w jej włosy zapewnienia miłości i dobrej przyszłości. Nie widziała go, ale wszędzie rozpoznałaby te ramiona i zimne dłonie pianisty o smukłych palcach, wszędzie rozpoznałaby ten tors, może trochę chudy, pełen blizn i śladów po zaklęciach, ale umięśniony, i tę skórę, którą tak lubiła całować.
Sen minął, wszystko minęło, a ona nadal leżała w jego objęciach, tak bardzo chciała, żeby to trwało wiecznie. Powiedziała sobie stanowcze "nie" i wyplątała się z jego ramion. Otworzył powoli oczy i spojrzał na nią całkiem przytomnie, pewnie też nie spał od dłuższego czasu.
-Czemu to zrobiłeś?- musiała o to spytać.
-Zrobiłem, to co, jak mniemam należy do moich obowiązków, odkąd jesteśmy małżeństwem.- powiedział spokojnie, cały czas na nią, patrząc.-Uspokoiłem cię i przytuliłem, nigdy nie śpisz spokojnie, kiedy mnie nie ma obok.
Prychnęła drwiąco, ale nie przekonała go. Wiedział, że najchętniej przytuliłaby się do niego i już tak została. On zresztą też tego chciał.
-Nie rób tego więcej, proszę.- wyszeptała.
-Skoro tego sobie życzysz.- rzekł chłodno.
Amortencja nie mogła już znieść tego wszystkiego. Była niesamowicie wytrzymała, jeśli chodziło o zaklęcia i tortury, a cechę tę pewnie wpoiła sobie przez lata, wzorując się na ojcu albo po prostu przeszła na nią wraz z jego genami. Nie było z nią jednak dobrze, kiedy Bella prowadziła swoje szaleńcze monologi, w których nie brakowało obrazy dla jej rodziców, dla zdrajców i mugolaków. Zamykała wtedy oczy i marzyła o wolności. Zazwyczaj pomagało, bo Bellatrix tak była zajęta mówieniem, że tego nie zauważała.
Teraz jednak było inaczej, wpatrywała się w nią z uwagą, oczekując chwili słabości, gadała, opowiadała i śmiała się, ale Amortencja jakoś wytrzymywała, Malfoy spuścił smętnie głowę i wzdychał ciężko. Ciotka i jej sztuczki nie robiły na nim wrażenia. Amortencja gorączkowo myślała nad ucieczką, opracowała plany zdobycia wolności i rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę okna, które wpuszczało do środka pomieszczenia z dnia na dzień, coraz więcej wiosennego światła.
Nagle wpadło jej coś do głowy.
-Bellatrix.- przerwała ostro monolog wariatki.-Mam dla ciebie propozycję.
Malfoy podniósł gwałtownie głowę i spojrzał na nią dziwnie, nie wiedział czego się można po niej spodziewać.
-A jakąż to propozycję może mieć dla mnie taka mała córka zdrajcy, jak ty?- Bella uniosła obie brwi.-Czekam.
-Odpowiem ci na pytania o Hogwart, jeśli ty odpowiesz na moje. I masz mnie rozwiązać.- rzekła spokojnie dziewczynka.
-Myślisz, że kim jesteś?- warknęła czarownica.
-Twoim jedynym informatorem, skłonnym do wyznań.- uśmiechnęła się złośliwie.
-Masz ten sam uśmieszek.- rzuciła ostro, a potem westchnęła.-Ach... Dobrze całował.- oznajmiła po chwili namysłu.
-Słucham?
-Twój ojciec nie był święty, ale nieważne.
Machnęła różdżką i więzy, które ciasno oplatały dziewczynkę zniknęły jakby nigdy ich tam nie było. Amortencja poczuła się bez nich wolna i szczęśliwa, ale nadal obserwowana i tak obolała, że wolała już Cruciatusa. Bellatrix spojrzała na nią z wyraźnym wyrzutem.
-Ja pierwsza.- uprzedziła ją dziewczynka.-Jak przeżyłaś?
-Bo wszystkich to interesuje, prawda?- zironizowała Bella, a jej ciężkie powieki wydały się oznaką znudzenia właścicielki otoczeniem jeszcze bardziej niż zwykle.-Nie wiem. Zaklęcie odbiło się ode mnie, ugodziło, ale nie zabiło... Zadowolona...? Gadaj, jakie zaklęcia chronią Hogwart?
-Nie wiem.- wzruszyła ramionami.
Bella spoważniała i wbiła swoje wielkie ciemne oczy w Amortencję. Nagle wybuchnęła gwałtownym, szaleńczym chichotem, zgięła się w pół i nie mogła przestać się śmiać, z kieszeni płaszcza wypadły ich różdżki, a ona tego nawet nie zauważyła.
Amortencja rzuciła się po swoją różdżkę i zanim obłąkana kobieta zdążyła się zorientować powiedziała równie chłodnym tonem jak ona to mówiła:
-Crucio.
Skupiła na niej całą swoją złość, z różdżki wyleciał błyszczący, zielony strumień mocy i ugodził w Bellę, która zaczęła zwijać się z bólu, może nie tak mocno jak sama Amortencja, kiedy była torturowana, ale prawie tak samo. Niewiele, myśląc dziewczynka chwyciła różdżkę Malfoya, a jego samego, najszybciej jak mogła rozwiązała za pomocą zaklęcia, którego wcześniej użyła Bellatrix.
Wylecieli z chatki, ale nie musieli długo czekać na, goniącą ich sługę Czarnego Pana.
Amortencja czuła się świetnie, mimo, że biegli co sił w nogach, a nie mieli ich za dużo, że pełno było błota po pierwszej wiosennej odwilży, że nad głowami świstały im zaklęcia, nie dość silne i trafne by ich trafić. Różdżka leżała w jej dłoni idealnie, czekała na nią, przez jej rękę przepływały impulsy, które jakby mówiły jej, że już można jej używać, że jest do tego gotowa. Wiatr wiał im w twarze, rozwiewał włosy i orzeźwiał. Ale też zatrzymywał.
Draco co kilka chwil posyłał w stronę Belli zaklęcia niewybaczalne i normalne, rozbrajające, ale nie wychodziło mu to zbyt dobrze, dawno nie używał różdżki, poza tym, musieli ciągle biec i biec, żeby dotrzeć do zamku, żeby ta wredna szajbuska się od nich w końcu odczepiła.
Na Scorpiusa nikt ostatnio nie zwracał uwagi, chodził smutny i nieobecny. Jaki miał być? Jego matka wciąż mówiła o jakichś chrapakach, zamiast powiedzieć mu, pod wpływem jakiego zaklęcia był jego ojciec, a jego ojciec przepadł razem z Amortencją, z którą, mimo, że dużo nie rozmawiał, zdążył polubić. Myślał, że chociaż ona zostanie z nim. Mylił się. "Bo jak się wali, to wszystko...", pomyślała ze złością.
Pogoda dopisywała, a on miał czas wolny, nie potrafił oprzeć się pokusie i wyruszył samotnie do Zakazanego Lasu, gdzie znalazł ciszę i spokój.
Prosto mówiąc, denerwowało go to wszystko, te problemy, ta atmosfera w szkole. Uczniowie nie zapomnieli o sprawie z jego ojcem, więc patrzyli na niego podejrzliwie, ale żaden z nim nie rozmawiał. Czuł się jak wyrzutek i prawdopodobnie nim był. Kopnął jakiś kamień i rozejrzał się.
Zaszedł o wiele dalej niż chciał. Krok za krokiem zapuszczał się w las, gdzie przez korony drzew prześwitywały promienie wiosennego słońca, ptaki zachowywały się tu ciszej jakby bały się, że ktoś je usłyszy, nigdzie nie było śladu centaurów, widocznie to nie był ich teren.
Podniósł głowę i nagle zobaczył dwie postacie, jedna odznaczała się bardziej na tle lasu, bo miała kruczoczarne włosy, długie i proste, a druga jakby gubiła się w otoczeniu ze swoją białą czupryną.
-Tato!- zawołał bez zastanowienia.
Dobiegli do niego zdyszani, a starszy Malfoy odwrócił się i rzucił kilka zaklęć w nieprzenikniony gąszcz. Usłyszeli krzyk bólu, zaklęcie musiało trafić w Bellatrix.
-Co wy robicie?- zapytał oburzony Scorpius.
-A myślisz, że co robimy?! Uciekamy, kretynie!- wrzasnęła rozwścieczona Amortencja.
-Nie tak ostro.- ostrzegł ją Dracon.
-Uważaj, bo się przejmę.- warknęła.-Nie czas teraz na zwroty grzecznościowe i maniery!
Złapała Scorpiusa za rękę i razem pobiegli dalej. Dopiero po chwili zorientowali się, że nie słychać kroków Draco.
Siedzieli z Evanną w pokoju nauczycielskim. Hermiona wyglądała wyjątkowo uroczo, a nie uszło to jego uwadze. Loki związała w kok, wiedziała, że nie znosił, gdy tak robiła, ale one i tak pozostawały niesforne i opadały jej na twarz, oświetlaną przez słońce, gdy pochylała się nad pergaminem i pisała coś zawzięcie. Miał ochotę złapać ją za rękę, ale powstrzymał się i tylko złączył ze sobą palce obu rąk, podparł nimi podbródek i zaczął wpatrywać się w okno. Evanna siedziała i chichotała cicho, na początku nie zwracali na nią uwagi, ale teraz po prostu im przeszkadzała.
-Możesz przestać chichotać?- warknął Severus, a Hermiona spojrzała na niego krytycznie jakby zrobił coś złego.
-Chichotać?- Evanna roześmiała się, co zabrzmiało jak chmara małych dzwoneczków.-To mi coś przypomniało.
Nie zwracali na nią zbytniej uwagi. Po chwili zniecierpliwiła się i usiadła bliżej nich.
-Opowiedzieć wam?
Zaczęła opowiadać, a oni słuchać, mimowolnie. Gdy skończyła snuć historię o chichocie w lesie Snape gwałtownie wstał, podszedł do Hermiony i złapał ją za ramię. Podniósł do góry i oboje zerknęli na Evannę.
-Prowadź.- wycedził Severus przez zaciśnięte zęby.-Już.
środa, 3 kwietnia 2013
Rozdział 22
Wiosna
Minerwa i Albus naprawdę nie wiedzieli czy kłótnia Severusa i Hermiony, któraś już z kolei w obecnym roku spowodowana była nadchodzącą wiosną czy po prostu znowu ją czymś obraził. Mistrz Eliksirów znany był ze swojego paskudnego charakteru, nie był jednak tak zły jak dotąd, od kilku ładnych lat. Uczniowie schodzili mu z drogi i omijali go szerokim łukiem, a i tak wrzeszczał na nich przeraźliwie, odejmował punkty domom i, mało tego, dawał szlabany u Filcha, jakby to była nagroda za dobre sprawowanie.
Hermiona znosiła to zupełnie inaczej, była twarda i nieustępliwa, już nie płakała, tylko patrzyła na męża z chłodem, którego sam ją nauczył. Zachowywała się normalnie, ale dla innych nauczycieli i tak było niezręczne siedzieć bezczynnie, kiedy ona i Snape, będąc w jednym pomieszczeniu zachowywali się tak jakby siebie nie zauważali. Przyzwyczaili się do ich ciągłego bycia razem, bez względu na wszystko, ukradkowych pocałunków i szczerzenia się do siebie.
McGonagall nie miała już siły do tej dwójki, ledwo się pogodzili, a już pokłócili, tylko, że o coś zupełnie innego i w inny sposób to, przeżywając. Hermiona już nie odwiedzała jej gabinetu, by się wyżalić i uronić łzę, nie. Normalnie z nią rozmawiała, plotkowała o sprawach Hogwartu jakby było to coś sto razy bardziej interesującego niż jej małżeństwo i jego ratowanie.
Minerwa miała po kokardki tego wszystkiego.
-Hermiono, co mnie obchodzi to, że Evanna nieustannie podrywa Neville'a?!- krzyknęła, po czym zniżyła głos.-Nie tęsknisz za nim?
Pokiwała smutno głową.
-Oczywiście, że za nim tęsknie, że go kocham...- szepnęła.-Ale nie pozwolę by kolejny raz mnie zranił. Nie przejmuj się mną i toksycznym związkiem z...
-Toksycznym?- przerwała jej ostro Minerwa.-Śmiesz przekreślać wszystkie wasze chwile, waszą córkę tym jednym ohydnym słowem?
-Minerwo, my się ciągle kłócimy, ja podejrzewam, że on już inaczej nie potrafi... Natura śmierciożercy...
-Śmierciożercy? Przecież jego przeszłość nie ma nic wspólnego z waszymi problemami, wy po prostu nie potraficie sobie wybaczać. Jak w ogóle możesz teraz obwiniać jego mroczną przeszłość o wasze problemy? Pokochałaś go przecież całego, wraz z paskudnym charakterem i przeszłością, prawda?- rzekła twardo McGonagall.
-Tak, kocham te jego humory, kocham go wkurzać, kocham całować...- urwała w pół zdania, a po jej policzku spłynęła łza.-Nie pozwolę się jednak obrażać, niech przeprasza.
-Obawiam się, że on myśli dokładnie to samo.
Syriusz James, Albus Severus i Rose uciekli wraz z mapą i peleryną-niewidką do lasu, gdzie mogli się choć na chwilę schować. Nie bardzo wiedzieli, co teraz zrobić, nie mieli w tym w końcu wprawy. Albus stwierdził, że mogą przeszukać las, usłyszał bowiem od Hagrida, że Kieł natrafił na ślad Amortencji. Użyli peleryny i przez chwilę kręcili się w kółko.
-To bez sensu, nie wiemy, gdzie dokładnie szukać.- Syriusz ziewnął potężnie.
Wyrwali go z łóżka w środku nocy, Al, bowiem, był w gabinecie Snape'a, kiedy ten kłócił się z żoną, w porę uciekł niezauważony i ostrzegł ich.
Stali w martwym punkcie i naprawdę nie mieli pojęcia, co dalej...
Minerwa zajrzała do gabinetu dyrektora, okrągłego, pięknego pokoju, z którego dochodził szum dziwnych urządzeń, wszędzie zresztą porozrzucanych, ciche odgłosy, jakie wydawał Faweks, krwistoczerwony feniks i miarowe szuranie pióra, sunącego po pergaminie.
-Ach, dobrze, że jesteś, Minerwo.- uśmiechnął się.
Odwzajemniła gest i usiadła w fotelu na przeciwko biurka na pajęczych nóżkach. Nie pamiętała już ile lat Dumbeldore jest jej najlepszym przyjacielem, niezmiennym, wesołym i rozumiejącym... Pamiętała jednak dokładnie chwilę, gdy objął stanowisko dyrektora Hogwartu, a ona nauczycielki transmutacji. Westchnęła cicho i spojrzała na niego, zastanawiając się czy to zauważył. Kiedyś się w nim kochała, był potężny, przystojny i młodszy. Teraz uczucie przerodziło się w nieustannie wielką i wierną przyjaźń.
-Oni wciąż się kłócą?- wyrwał ją Dumbeldore z zamyślenia.
-Hermiona obstaje przy swoim, chce, żeby ją przeprosił.- powiedziała ponuro.
-Severus mówi to samo, tylko ostrzej i z większą dawką przekleństw.- zaśmiał się krótko.
-Mam wrażenie, że spotykamy się tylko, żeby pogadać o nich.- rzekła po chwili.-To przecież głupie, nie możemy zajmować się cały czas ich problemami.
-Ale zależy nam na ich szczęściu. I Sev, i Hermiona zasługują na miłość, jaką siebie darzą, temu nie możesz zaprzeczyć.
-Nie mogę, ale nie mogę też wytrzymać tego ich ciągłego mierzenia się wzrokiem. Wolałam, kiedy się obściskiwali.- burknęła.
Złapał ją za rękę. Zarumieniła się lekko i uśmiechnęła.
-Kiedyś te ich głupie kłótnie się skończą, a będzie to na pewno data odnalezienie się ich jedynej córki.- powiedział łagodnie.
-Ona jest tak strasznie do niego podobna, że czasem myślę, czy to nie źle, że może wyrosnąć na drugiego takiego Mistrza Eliksirów.-wpatrzyła się w jakiś punkt za oknem.
-Tylko czy to jest takie złe? Jeżeli wda się całkowicie w ojca, wyrośnie na potężną czarownicę, skłonną do czarnej magii, ale niezwykle pomysłową i utalentowaną. Jeżeli wda się całkowicie w matkę, będzie uczuciowa, wrażliwa, mądra i szybko będzie się uczyć coraz to nowszych rzeczy.- w głosie Dumbeldore'a słychać było melancholię.-Stawiałbym na całkowite geny ojca, plus trochę wrażliwości matki.- zakończył.
-Czy to nie dziwne, że już teraz zastanawiamy się nad jej przyszłością?- uniosła lekko obie brwi i uśmiechnęła się lekko.
-Taki już nasz los, kochana, Minerwo...- rzekł i zaśmiał się cicho.
Severus nie potrafił spokojnie zasnąć. W ciszy wpatrywał się w nieprzeniknioną ciemność sypialni. Obok spała smacznie Hermiona i wszystko wyglądałoby na normalne, gdyby nie odległość jaka ich dzieliła. Przez cały dzień omijała go wzrokiem, a gdy przypadkiem natknęła się na jego czarne oczy, przeszywała go lodowatym spojrzeniem. Na korytarzach mijali się jakby się nie znali, w pokoju nauczycielskim siedzieli tak daleko od siebie jak to tylko było możliwe, a w Wielkiej Sali, na wspólnych posiłkach nic się nie zmieniło, dopóki Severus może nie całkiem niechcący lekko dotknął swoją dłonią jej dłoni. Zadrżała, pod wpływem dotyku, który przez tyle lat przynosił jej ukojenie i przyprawiał ją o miłe, znajome ciarki. Szybko cofnęła rękę i zamieniła się miejscem z Minerwą, która siedziała obok.
Spojrzał w bok, ledwo powstrzymał się przed przytuleniem do niej. Dlaczego to takie banalne? Kłótnia rozdziela ludzi, ale jednocześnie ich do siebie zbliża.
Najdelikatniej jak mógł zbliżył się do niej i złożył pocałunek na jej gładkim, pięknym policzku. W tym samym momencie wyciągnęli dłonie jakby chcieli złączyć je w uścisku, ale Hermiona cofnęła swoją szybko i odsunęła się od niego jeszcze bardziej, w miarę możliwości.
-Proszę, nie dotykaj, mnie. Twój dotyk jest jak ogień na rany.- wyszeptała słabym, płaczliwym tonem.
Bez słowa oddalił się od niej. Wstał z łóżka i skierował się do salonu, rzucając na jej łagodną twarz ostatnie spojrzenie.
Nie siedział długo w fotelu, rozmyślając, bo rozległy się ciche dźwięki szlochania i nawoływania kogoś. Przez chwilę był na nie głuchy i ślepy, ale po dłuższym momencie skierował się z powrotem do sypialni i usiadł na skraju łóżka. Hermiona nawoływała jego imię przez sen, robiła to, gdy naprawdę się czegoś bała. Wziął ją na ręce i tulił do siebie, póki oboje nie zasnęli.
wtorek, 2 kwietnia 2013
Rozdział 21
Otworzył gwałtownie oczy i wstał szybko z łóżka. Teraz już wiedział, co mu ukradziono, a jeżeli to okaże się prawdą, wiedział, że nie zawaha się zabić tych małych Potterów gołymi rękami, nawet bez zaklęć niewybaczalnych, bo jeszcze by na niego Moody naskoczył, że wrócił do złej strony. Nawet nie zerknął na Hermionę, tylko od razu pomknął do gabinetu i zaświecił różdżkę, która oświetliła pokój.
-Severusie, co ty wyprawiasz?- usłyszał z sypialni zaspany głos żony, ale nic nie odpowiedział tylko podszedł do biurka.
Na biurku panował bałagan, niepodobny do jego pedantycznego wyczucia porządku, Hermiona musiała ostatnia z niego korzystać, to dziwne, że to on był tym, co świetnie gotował i sprzątał, gdyby nie był tak rozeźlony pewnie by się uśmiechnął. Przerzucił kilka papierów, przeszukał stos esejów, ale nigdzie nie znalazł mapy Huncwotów, którą zostawił wieczorem na biurku. Nie powinien być tak nierozważny i głupi, zamiast czytać z Hermioną powinien schować mapę w bezpieczne miejsce, ale przy niej wariował.
-Głupi, stary, sentymentalny dureń.- warknął sam do siebie.
-Co się stało, że sam siebie obrażasz?- oparta o framugę drzwi, stała Hermiona.
Podeszła do niego spokojnie i ziewnęła potężnie. Spojrzał na nią z wyrzutem.
-Potter wziął mapę.- burknął.
Zajrzał do szuflady biurka.
-I pelerynę też.
-I to niby ma być moja wina?- zapytała oburzona.
-Może i tak. Gdybym wtedy zamiast siedzieć z tobą, sprawdził wszystko...- urwał w połowie zdania, widząc jej wyzywającą minę i zrobił taką samą.
-Więc to źle, że spędziłeś ze mną trochę czasu? Sev, co ty pleciesz?!- krzyknęła.-Wracam do łóźka.
Odwróciła się na pięcie i odeszła.
-Dobrze. Idę po Pottera.- warknął najostrzej jak mógł.
Zatrzymała się w pół kroku i powoli obróciła, a na jej zaspanej, ale pięknej twarzy malowało się straszne zaskoczenie i złość. Obnażył zęby, nie robił tego w jej obecności od lat. Niezrażona skierowała się do niego i wycelowała palec wskazujący oskarżycielsko w jego klatkę piersiową.
-Nie możesz. Nie rób tego, bo już nigdy się do ciebie nie odezwę, rozumiesz?- burknęła, a w jej oczach pojawiły się pierwsze łzy. Zagryzła dolną wargę, żeby nie płakać.
-Bardzo mnie to obchodzi.- prychnął drwiąco.
-Znowu to robisz. Nie rozumiesz, że mnie to rani? Zawsze winna jestem ja, winna, że już umiesz powiedzieć "kocham", winna, że nasza córka zaginęła, winna zawsze. Mogłam za ciebie nie wychodzić.
-Wszystkim wyszłoby to na dobre.- rzekł ponuro.
-Tobie też? Więc chcesz powiedzieć, że byłoby ci lepiej beze mnie, nadal samotnemu nietoperzowi z lochów?- popłynęły pierwsze łzy.
-Tak, to chcę powiedzieć.- wrzasnął.
-Och, dlaczego musisz wszystko zepsuć, przecież wczoraj było tak pięknie.
Łkając cicho wróciła do sypialni i zamknęła z hukiem drzwi. Severus czuł się podle, obrażając ją, mimo to wiedział, że kilka lat temu tak by na nią naskoczył, że wybuchłaby płaczem już przy pierwszym wyrazie. Starał się, tak bardzo się starał zachować spokój. Usiadł za biurkiem, ale nie potrafił tak bezczynnie nic nie robić. Ubrał się szybko i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Minerwa McGonagall pracowała do późna i kiedy wreszcie położyła się spać rozległo się tak głośne pukanie do drzwi, że pewnie obudziło pół zamku. Idąc otworzyć, wiedziała, że zastanie tam rozeźlonego Mistrza Eliksirów, nie wiedziała tylko czym rozeźlonego. Ziewnęła i ubrała się w szlafrok w szkocką kratę.
-Podaj mi hasło do tej przeklętej wieży Gryffindoru.- warknął na powitanie.
-A może tak dobry wieczór, co?- przeciągnęła się i spojrzała na niego pytająco.-Po co ci to hasło?
-Po prostu mi je podaj.- obnażył zęby.
-Ty coś piłeś?- zbliżyła się do niego i obwąchała jego twarz.-Nic. Na pewno?
-Nic nie piłem ty stara jędzo, po prostu potrzebuję tego hasła, ta cała Dama nie chce mnie wpuścić.
-Nie dziwię się jej. Jeżeli nie powiesz mi, po co ci to hasło, to tym bardziej go nie poznasz.
Wziął głęboki oddech jakby chciał się uspokoić i policzył w myślach do dziesięciu. Zamknął oczy, otworzył, zamknął i znów otworzył. Od kilku chwil wszystkie kobiety doprowadzały go do szału, dlaczego musiały się znęcać akurat nad nim? Opowiedział jej o mapie i pelerynie.
-Dlaczego nie pójdziesz do Albusa?- zapytała zdziwiona.
-Syriusza Jamesa łatwiej złamać.- oznajmił i czuł, że znów traci nerwy.
Skinęła głową i oboje poszli w stronę wieży Gryffindoru. Dama w jedwabnej sukni przywitała ciepło McGonagall, za to Snape'a przeszywała wzrokiem.
-Witaj, Minerwo, jak dobrze cię widzieć.- powiedziała.-Ten prostak chciał się włamać bez hasła.- burknęła.
-Jeszcze raz nazwiesz mnie prostakiem, a urządzę cię gorzej niż rzekomo Syriusz Black na trzecim roku Pottera. Oj, będziesz miała co wspominać.- na jego twarzy wykwitł drwiący uśmieszek.
-Severusie, spokojnie.
Weszli do pokoju wspólnego Gryfonów, ogień w kominku ledwo się tlił, było ciemno i pusto. Minerwa kazała mu zaczekać, przeklinał przez chwilę pod nosem. Na schodach zebrało się kilku pierwszoroczniaków. Zacisnął ręce w pięści i powoli je rozluźnił.
-Minus pięćdziesiąt punktów za każdego z was. Co się gapicie, wracać do łóżek!- krzyknął ostro.
Dzieciaki z piskiem uciekły, a Minerwa wróciła z przerażoną miną.
-Nie ma go.
Sprawdzili w pokoju wspólnym Ślizgonów i w dormitorium Albusa, ale jego też nie było. Bez ceregieli otworzył jego kufer i przeszukał go. Nie było ani mapy, ani peleryny.
Wrócił po cichu do gabinetu i wszedł do sypialni. Usiadł na skraju łóżka i najostrożniej jak mógł otarł jeszcze świeże łzy z jej delikatnego policzka. Złość minęła, kiedy okazało się, że miał rację, teraz chciał tylko przeprosić za swoją głupotę. Przez tyle lat, jednak zdążył zorientować się, że mimo, iż Hermiona była uczuciowa i często płakała z byle powodu, to była też twardą kobietą, która obstawała przy swoim zdaniu.
-Hermiono...- szepnął jej z uczuciem do ucha, lekko muskając je ustami.
-Nie zgrywaj romantycznego męża.- wyszeptała ze złością, zaciskając mocno powieki.-Co, miałeś rację, wzięli tę mapę? Świetnie, idź się połaś do kogo innego, nie dotykaj mnie.
Złość wróciła. Oderwał się od niej jak oparzony i zerknął na nią z odrazą.
-Świetnie, pamiętaj, że sama tego chciałaś, więc jak znowu przyjdziesz do mnie z płaczem, że przeze mnie nie mogłaś prowadzić lekcji i wyczarować patronusa, zastanów się co mówisz. I, tak, byłoby mi lepiej bez ciebie. Przynajmniej miałbym mniej problemów.- odszedł, a za sobą usłyszał szloch, który nagle został urwany jakby Hermiona wzięła sobie do serca jego słowa.
Bo ona zawsze słuchała, co mówił, zawsze patrzyła na niego z miłością, bo go kochała. Westchnął ciężko.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Rozdział 20
Smutne oczka
Albus nazwał operację wykradnięcia mapy i peleryny-niewidki z gabinetu Snape'a operacją "Smutne oczka". Polegała na stanięciu na korytarzu i smętnemu patrzeniu przed siebie. Syriusz odbiegł od Rose i brata, krzycząc:
-Ty durniu, przecież to nic nie da!
Zostali sami, a w końcu na korytarzu pojawiła się Evanna i tanecznym krokiem podeszła do nich. Na bladej twarzy miała rumieńce, widocznie musiała wracać ze spaceru. Tak naprawdę Albus nie powiedział wszystkiego Syriuszowi, nie chciał go w to mieszać, to była sprawa pomiędzy nim i Amortencją, a Rose też ją lubiła, więc miała praktycznie takie same prawa jak on. Operacja polegała na zrobieniu "smutnych oczek" do Evanny, która pomogłaby się włamać do gabinetu Snape'a. Jak na razie szło całkiem nieźle, ponieważ Rose świetnie grała, nawet uroniła łzę.
-Znowu, ty Albus? Co się znów stało?
-Proffesor Ssnape...- zaczęła drżącym głosem Rose, zanim Al zdążył w ogóle pomyśleć o jakiejś wypowiedzi.-On zzabrał nam naszą rzeczz i...
Evanna z uśmiechem przytuliła ją, widocznie cieszyła się, że może komuś pomóc. Cmoknęła ją też czule w czoło i złapała za rękę. Podskakując skierowała się w stronę lochów, a Albus powlókł się za nimi, trochę zawiedziony, że panowanie nad jego planem przejęła Rose, w większej mierze jednak szczęśliwy, że tak łatwo poszło.
Kiedy dotarli do lochów, był przekonany, że wszystko się udało, zmienił jednak zdanie, kiedy zatrzymali się pod drzwiami gabinetu Snape'a, a za nimi usłyszeli wyraźne głosy Hermiony i Severusa. Rose uroniła kolejną łzę i ścisnęła mocniej rękę Evanny.
-Nie martw się.- powiedziała nauczycielka zielarstwa wesoło.-Zaraz tam pójdę i...
-Nie...- syknął Albus.-Musi go pani wyprowadzić razem z profesor Hermioną do pokoju nauczycielskiego, a my w tym czasie...
-Wiecie, co to mandragory?- przerwała mu słodko.
-Mniej więcej.
-Jeżeli zwędzicie coś jeszcze z tego gabinetu, Snape będzie wrzeszczał gorzej niż dwie mandragory, więc liczcie się z konsekwencjami.- powiedziała radosnym głosem.
Pokazała im gestem, by schowali się gdzieś, gdzie ich nie zobaczą. Uciekli w tym samym momencie, kiedy otworzyła z rozmachem drzwi, a Snape zaczął się drzeć, że już nie wytrzyma, jeśli ktoś jeszcze raz wtargnie do jego gabinetu bez pozwolenia. Po chwili cała trójka pomknęła w stronę schodów, prowadzących na wyższe piętro.
Al i Rose weszli szybko do gabinetu. Rose bardziej rozglądała się za dziwnymi rzeczami, należącymi do samego profesora niż za peleryną-niewidką i mapą Huncwotów. Dziwiła się słoikom z niezwykłą zawartością, eliksirom poukładanym na półkach i wielkim zbiorze książek. Przeglądnęła kilka z nich, ale błyskawicznie się znudziła.
-Rany, jakiego ona ma dziwnego ojca...- westchnęła ciężko.-Znalazłeś?
Albus krzątał się przy biurku profesora i w końcu znalazł pelerynę-niewidkę. Mapa Huncwotów leżała spokojnie na wierzchu, widocznie Snape nie zdążył jej schować, wypędzony z pokoju przez Evannę. Al szybko zarzucił na siebie i Rose pelerynę, a dobrze, że to zrobił, bo w tym momencie wrócił Snape, a za nim wpadła Hermiona.
-Severusie, przestań, tu nikogo nie ma!- krzyknęła i złapała go za rękę.
-To po co ona wyciągnęła nas z gabinetu, co?- uniósł podejrzliwie brew.
-A bo ja wiem?
Zostawili otwarte drzwi, więc Al i Rose szybko prześlizgnęli się na korytarz i pobiegli w górę, zatrzymali się dopiero pod łazienką Jęczącej Marty, gdzie czekał już na nich Syriusz. Mina mu zrzedła, kiedy zobaczył, że mają mapę i pelerynę.
Snape nie mógł się uspokoić, chodził tam i z powrotem po gabinecie i rozmyślał o Albusie Potterze. Był pewny, że to on coś wykombinował. To, że Potterowie często wpadali w kłopoty, było chyba zapisane w ich genach. Hermiona patrzyła na to ze zgrozą. W końcu odłożyła książkę, westchnęła i podeszła do męża. Złapała go lekko za oba nadgarstki.
-Mam dość tych twoich cech!- wrzasnęła.
-Jakich cech, o co ci chodzi?
-Jesteś zaborczy, dominujący, wredny, a jak się denerwujesz to chodzisz w kółko!- wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić.-Mogę w spokoju poczytać?
-To chyba się dało zauważyć przed ślubem, mogłaś zwiać.- burknął.
-I tak byś mnie wytropił.
-I tak byś się nie broniła.- mruknął.
-Wspomniałam o twoim przeklętym męskim temperamencie?- zrobiła groźną minę.
-Co ty znowu pleciesz? Odbiło ci?- warknął.
-Nie, tylko próbuje się uspokoić.
-Średnio ci to wychodzi.
Spojrzeli na siebie i oboje parsknęli śmiechem. Czasem po prostu nie mogli wytrzymać tych swoich kłótni, były tak banalne, że aż śmieszne. Severus wyprostował się i spoważniał, ale Hermiona nie mogła przestać się śmiać. Kiedy w końcu uspokoiła się na tyle, by nie zwijać się ze śmiechu usiadła w fotelu i wróciła do przerwanej lektury.
Przysunął sobie swój fotel bliżej niej i usiadł w nim. Zerknęła na niego pytająco.
-Skoro nie mogę chodzić w spokoju po swoim własnym gabinecie, to może chociaż z tobą poczytam?- uniósł lekko obie brwi.
Uśmiechnęła się lekko i zwróciła książkę w taki sposób, że oboje mogli z niej czytać. W pewnym momencie ucałował jej skroń, wtedy pomyślała, że w ich przypadku nawet po najgorszej kłótni przychodzi spokój. A przecież kłótni było wiele, stali się najbardziej burzliwą parą w Hogwarcie, byli gorsi nawet od samych uczniów.
-Sev, proszę, nie rozpraszaj mnie, próbuję czytać.- rzekła poważnie, ale z uśmiechem zadowolenia.
-Tylko, że tobie się to rozpraszanie podoba.
-No, to chyba normalne, prawda?- cmoknęła go w usta.
Uśmiechnął się tylko uroczo i ujął jej twarz w obie dłonie.
-Zawsze będę z tobą.- powiedział jedwabistym głosem.
-Zawsze?
-Zawsze.- szepnął i złożył na jej ustach zachłanny pocałunek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)