czwartek, 4 lipca 2013

Rozdział 69


Animadzy



Zakazany Las nigdy nie był miłym miejscem na niewinne przechadzki. Zawsze był miejscem niebezpiecznym, przynajmniej dla uczniów. Nigdy jednak nikt nic nie robił sobie z ostrzeżeń nauczycieli. Wilkołaki? Akromantule? Przecież Hogwart był bezpieczny! Teraz jednak, zarówno Scorpius jak i Albus nabrali pewności, co do wiarygodności tych przestróg. Wcześniej jakoś nie obawiali się mroku lasu, wysokich drzew i pohukiwania sów. Wiele razy przecież wybierali się tam nocą. Tylko, że wtedy była z nimi Amortencja. Obrażała ich, wyzywała i kończyło się na tym, że wszyscy się śmiali. Będąc tak ponurą, tak podobną do ojca, wnosiła do ich życia jakieś światło. I dopiero teraz obaj zdali sobie z tego sprawę.
Żaden z nich nie myślał o niczym szczególnym. Strach, to coś, co nie pozwala myśleć wtedy, kiedy akurat tego potrzebujemy i coś, co pobudza wyobraźnię, kiedy tego nie chcemy. Strach to sprzeczność, która towarzyszy człowiekowi przez całe życie. Strach odczuwali nawet Gryfoni. A może szczególnie Gryfoni? Strach daje nam możliwość okazania odwagi, możemy to zrobić, pokonując lęki.
Posuwali się mozolnie do przodu. Wielki, czarny pies i biała fretka o paciorkowatych oczach. Ich widok dla kogoś, nieznającego ich tajemnicę musiał być… ciekawy.
Milczeli. Zresztą, o czym mieliby rozmawiać, jeśliby się na to zdecydowali? Milczenie czasem zbawia. Dla innych jest niezręczne. Są różne rodzaje ciszy. Ta, która panowała między nimi należała do tego milczenia, którego się nie zauważało. Po prostu szli, patrząc przed siebie, żwawo, byle szybciej znaleźć Amortencję. Nie mieli planu. Nie byli przygotowani do konfrontacji z wilkołakiem. Nie mogli jednak tak jej zostawić.
Nagle ciszę przerwało wycie. Przeraźliwy skowyt przeciął powietrze jakby był brzytwą albo sztyletem. To było bardziej niż bolesne. Spojrzeli po sobie i pobiegli, co sił w nogach, do źródła dźwięku. Nie, nie zachowywali się jak zdrowi na umyśle ludzie. Ale tylko wariaci są coś warci.*
Mrok lasu napierał na nich coraz bardziej i z każdą chwilą coraz bardziej pochłaniał, a potem tak jak burza ustępuje słońcu, ponurość także ustąpiła. Ich oczom ukazała się dziwna polana, mogłaby wydawać się przytulnym miejscem, gdyby nie obecność ogromnego wilkołaka, o świecących pustką i głodem ślepiach oraz wielkiej paszczy z imponująco ostrymi kłami. Przed wilkołakiem stała Amortencja, białe płatki śniegu odznaczały się na jej czarnych włosach, a w równie ciemnych oczach płonął jakiś ogień. „Co ona wyprawia?”, pomyślał Scorpius ze strachem.
Skupił całą swoją siłę woli na tym jednym pragnieniu: „Być człowiekiem”. Po chwili jego kończyny wydłużyły się, pyszczek fretki zniknął. A po przemianie zostało tylko dziwne mrowienie. To uczucie z pewnością towarzyszyło tylko pierwszym przemianom, może z czasem zniknie. Jeśli przeżyją.
Scorpius nie miał pojęcia co robić. Jedna myśl kołatała się po jego głowie, liczyło się tylko to, żeby odwrócić uwagę Mary od Amortencji, dalej się zobaczy.
Rzucił się na polanę, ku przerażeniu czarnego psa.
-Zwariowałaś? Uciekaj!
Amortencja spojrzała na niego zdumiona. Gdyby byli w innych okolicznościach, pewnie nawrzeszczałaby na niego. Nadal w końcu byli ze sobą skłóceni. Teraz jednak w biegu zmieniła się w małego ocelota i pognała za psem i fretką. A za nimi rzucił się wilkołak.
 
 
 
Faust patrzył na uciekające zwierzaki i nie mógł w to wszystko uwierzyć. Przecież to było absurdalne, tak pozbawione sensu, tak bardzo dziwne… Cała hogwarcka patologia. Tylko dlaczego oni nie poczekali na nauczycieli, którzy powoli się do tego zbliżali? Bezsilnie pokręcił głową. Miał już dość głupoty ludzi.
Ugiął przednie łapy, a jego głowa znajdowała się bliżej ziemi. Przymknął oczy i wsłuchał się w szum lasu. Musiał jakoś wyłapać, gdzie oni byli. Słyszał delikatny szum liści, tupot ciężkich kroków wilkołaka, powarkiwanie. Tak wiele tego było! A jednak jego uszy, zwracając się, to w jedną, to w drugą stronę, wychwytywały to wszystko i szufladkowały. Jak doskonały komputer. Porządkował dźwięki, rozpoznawał, odrzucał albo starał się uważniej im przysłuchać. To było skomplikowane dla człowieka, ale na pewno nie dla takiego zagorzałego kota jakim był Faust.
Wyraźnie słyszał szmer, przemykających gdzieś leśnych zwierząt, wyraźnie słyszał śpiew ptaków, tak bardzo nieadekwatny do sytuacji, wyrwany z innego świata. I nagle już wiedział gdzie iść. Wiedział, że musi kierować się w określonym kierunku.
Na sprężystych łapach ruszył przez las. Nadal ubolewał nad głupotą ludzi i nadal cieszył się, że urodził się kotem. Hogwarcka patologia… Miał tego dość. Trzeba ich jakoś postawić do pionu, nie mogą być tacy cały czas.
Przyspieszył kroku i zatrzymał się przed trójką nauczycieli. Kruk nie wyglądał najlepiej. Mocno zaciskał szczękę, wzrok skierowany miał przed siebie, a na jego włosach, tak jak na włosach Amortencji, pojawiały się coraz to nowe płatki śniegu, co najwyraźniej nie poprawiało mu humoru. Pufek spoglądała na niego z zatroskaną miną, a Minnie była jeszcze bardziej stroskana, najwyraźniej za ich wszystkich i jeszcze pewnie za Dropsa. Pokręcił głową, usiadł na ziemi i miauknął żałośnie. Pufek zobaczyła go i zrobiła jeszcze bardziej zmartwioną minę.
-Co ty tu robisz, Faust?
-Staram się ratować twoją córkę, ale ciebie oczywiście to nie obchodzi.- prychnął wściekle.
Miauknął w stronę Minnie. Westchnęła i zmieniła się w kota o czarnych obwódkach wokół oczu.
-Co się stało?
-Co się stało?! Tak sobie tu spokojnie siedzicie, kiedy ja wiem, gdzie jest moja pani?
-A ty sobie spokojnie o tym opowiadasz zamiast nas tam prowadzić!
Zmieniła się z powrotem w człowieka. Skinęła na kota. Jego niebieskie oko błysnęło, zielone pozostało bez specjalnych zmian. Z uniesionym dumnie ogonem, pobiegł, a oni poszli za nim. Czy będzie niestosownym, jeżeli poważnie porozmawia z nimi na temat hogwarckiej patologii?
Na nowo zniknęli w lesie.
 
 
 
Hermiona nie lubiła, gdy Severus tak się zachowywał. Był cały spięty, zmartwiony, wściekły i każdy gest go drażnił. Takim zachowaniem tylko przypominał jej ich chłodne stosunki z lat szkolnych. Jeżeli myślał, że ona nie martwi się tym, że Amortencja jest w lesie z wilkołakiem na karku, to głęboko się mylił. Być może zamartwiała się jeszcze bardziej niż on. Ona jednak potrafiła w ciszy być zatroskaną i nikomu tym nie robić krzywdy. On znowu, zmartwiony, działał tylko wszystkim na nerwy. Tak już miał.
To nie był ten Severus, który całował ją zachłannie i szeptał do ucha tym swoim głosem jakieś „pieszczotliwe” przezwiska. To był nauczyciel z jej lat szkolnych, teraz tak wyglądał i tak się zachowywał.
Westchnęła, patrząc na jego dumny profil. Garbaty nos dodawał pewnego dostojeństwa jego twarzy, brwi miał zmarszczone, szczękę nadal zaciskał mocno. Zadręczał się. Patrzył przed siebie, nieubłaganie. Ani razu nie spojrzał na nią, na Minerwę zresztą też. Szli w milczeniu, cały czas podążając za czarnym kotem, który raz znikał gdzieś, tylko po to, by po chwili znów się pojawić. Łudząco to przypominało jej pewną mugolską książkę z dzieciństwa: „Alicję w Krainie Czarów”. Uwielbiała tę książkę. Nie potrafiła sobie teraz przypomnieć, ale chyba nawet Severus czytał ją kiedyś małej Amortencji.
Głównie to on zajmował się kilkuletnią Amortencją. Czytał jej, uczył czytać, opowiadał różne historie, bawił się z nią. Była jego oczkiem w głowie, córeczką tatusia. I tak już pozostało. Hermiona nawet nie miała ochoty przekonywać go do drugiego dziecka. Po tym wszystkim, co przeszli od początku nauki Amortencji w Hogwarcie, chyba musieliby zwariować, żeby planować następne dziecko. Nie miała jednak wątpliwości, że Severus byłby dobrym ojcem i dla tego drugiego dziecka, jeśli takie by się pojawiło.
Hermiona otrząsnęła się ze swoich myśli. Rozejrzała się, nie przestając iść. Las był ponury, światło było tu bledsze i słabsze, ale płatki śniegu i tak dotąd z powodzeniem przedostawały się przez korony drzew prosto na ich włosy. Robiło się coraz zimniej. Severus ze złością strząsnął z rękawa czarnej szaty białe śnieżynki.
-Severusie, uspokój się.- powiedziała cicho Hermiona.
-Uspokój się? Uspokój?- prychnął, jak to miał często w zwyczaju.-Nasza córka błąka się po lesie z bandą kretynów i wilkołakiem na karku, a ty każesz mi się uspokoić?
-Chyba zimna krew przyda nam się bardziej niż twoje histerie!
-Hermiona ma rację, Severusie.- przytaknęła McGonagall.
Snape przeszył obie kobiety uważnym spojrzeniem. Otworzył usta zapewne, chcąc posłać im bogatą wiązankę przekleństw, tak siarczystych, na jakie tylko było go stać albo po prostu zwyzywać je obie. Zerknął jednak na Hermionę, która ze zmęczoną miną czekała na jego wypowiedź. Zamiast wykrztusić z siebie cokolwiek, wziął głęboki oddech i westchnął głęboko. Złożył czuły pocałunek na czole Hermiony i odwrócił się. Znowu szedł nieprzerwanie za czarnym kotem. Hermiona uśmiechnęła się niewinnie.
-Mówiłam ci, Minerwo, niezwykle delikatni, bardzo delikatni.- wymamrotała.
Nagle kot zatrzymał się gwałtownie i cofnął spokojnie. Hermiona podeszła bliżej. Widok, który ujrzała, zdziwił ją niezmiernie. Nie było tam ani Amortencji, ani chłopaków. Był przerażający wilkołak, monstrualnych rozmiarów. Zwierzę przykuło jej uwagę. Ślepia miało puste, zasnute mgłą, kończyny nienaturalnie długie. Ramiona na ten przykład tak wydłużone, że palce, zakończone ostrymi pazurami wlekły się po ziemi. Wilkołak śmierdział niewyobrażalnie i odpychał. Potem znowu przyciągał. Zadarł głowę i zawył przeraźliwie. Przed wilkołakiem kuliło się troje zwierząt, a dwoje z nich w ogóle nie powinno być na terenie Anglii. Był to mały ocelot, o przenikliwych oczach i długim ogonie, cętkowany charakterystycznie, biała, zupełnie biała fretka, mająca paciorkowate oczka i długi pyszczek oraz wielki czarny pies, należący do rodzaju tych, o których myśli się, że są niegroźne, ale później czas pokazuje jak to z nimi naprawdę jest.
Wilkołak warknął na trójkę zwierząt.
-Animadzy.- szepnęła gorączkowo McGonagall.
Severus spojrzał na nią jak na wariatkę, ale z ręką zaciśniętą na różdżce rzucił się do przodu. Nie wymawiając formuły posłał w stronę wilkołaka jakieś zaklęcie. Strumień ugodził w zwierzę i wilkołak zawył, tym razem z bólu. Odwrócił się, kolejne zaklęcia Severusa nie miały już takiej mocy, wilkołak jakby uodpornił się na nie. Hermiona podbiegła do męża w tej samej chwili, kiedy wilk rzucił się na niego i odepchnęła bestię zaklęciem. W niewerbalnych była całkiem dobra.
-Sectumsempra!- krzyknął Severus, który podniósł się z ziemi.
-Drętwota!
Obie klątwy w wilkołaka trafiły. Jedna sprawiła, że znów przeraźliwie zawył, druga, że zamarł w połowie tego ryku. Widać było w tym wszystkim różnice, dzielące Hermionę i Severusa. On chciał ranić, ona tylko unieruchomić. Snape w walce stawał się bezwzględnym śmierciożercą, taki jakim był kiedyś. I, o dziwo, to się Hermionie podobało.
Wilkołak znieruchomiał. Nie mógł nic zrobić.
-Levicorpus.- szepnęła Hermiona, podnosząc tym samym bestię do góry, za kostki.
Wilk zawisł w powietrzu. Nagle warknął, a z jego twarzy odszedł jakby cień. Oczy już nie były takie puste i pełne głodu. Były jakby bardziej ludzkie. Severus drgnął niespokojnie. Wilkołak patrzył wprost na niego. Skinął głową do Hermiony.
-Opuść go. Powoli.
-Liberacorpus.
Wilkołak znalazł się na ziemi. Wraz z nowym podmuchem wiatru i nową nawałnicą śniegu zmienił się w kobietę. Sierść zniknęła, pozostały tylko blond włosy, skołtunione i posklejane brudem, pysk rozpłynął się, patrzyła na nich ładna twarz. Rozbiegane niespokojnie, niebieskie oczy spoglądały na Severusa. Ten bał się nawet poruszyć. Nagle kobieta zaniosła się histerycznym śmiechem. Podniosła się z ziemi i słaniając się na nogach podbiegła do Severusa. Rzuciła się mu w ramiona.
-Sev.- szepnęła z lubością, wtulając głowę w jego szatę.


________________________________________________________
Dziwna czcionka wyszła, ale pisałam w Wordzie, bo kochany Blogger zeżarł mi ostatnio cały rozdział -.- Pisząc to, nieprzytomna po całonocnym czytaniu "Gry o tron", słuchałam piosenki "What the hell" i też mam takie wrażenie co do rozdziału. Słaby, może najsłabszy ze wszystkich, nie wiem, tak się przynajmniej czuję.


*cytat z filmu „Alicja w Krainie Czarów”

niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział 68


Doświadczenie


 Amortencja nie czuła strachu. Była jedynie zdziwiona, a nawet wkurzona. Mary, jak ona w ogóle śmiała: po pierwsze; nazwać ją tak, a po drugie; pokazać się jej na oczy i być tak spokojną? Po tym, co zrobiła jej rodzinie powinna się raczej gdzieś schować, uciec… Złość jednak szybko minęła, Amortencja nie była głupia. Wiedziała w jakiej znajduje się sytuacji. Znalazła się sama w lesie z wilkołakiem i wstrętnym kotem na karku.
-Tylko nie wstrętnym. Lepiej zmień się w człowieka, nie będzie odczytywać twoich myśli. Szybko.
Spojrzała na kota dziwnym wzrokiem, ale posłuchała go. Całą siłę woli skupiła na chęci przeobrażenia się w człowieka. Kończyny z powrotem wydłużyły się jej, pyszczek kota zmienił się w nos, a oczy ponownie stały się ludzkie. Już nie słyszała tupotu kopyt centaurów, nie słyszała szelestu odległych liści, ostatnich w tym roku. W przemianach z ocelota w człowieka i na odwrót była już całkiem dobra. Spojrzała na Mary.
Musiała przyznać, że kobieta była dosyć ładna, ze swoimi intensywnie niebieskimi oczyma, nie błękitnymi, ale szmaragdowoniebieskimi i długimi włosami. Teraz wyglądała raczej jak dzikuska, blond kosmyki miała poskręcane, twarz ubrudzoną ziemią, w oczach dziki błysk, a paznokcie długie i dziwnie szpiczaste. To tylko dodawało jej uroku. Było coś w niej, to c o ś z pewnością przyciągało facetów.
-Nie mów tak do mnie.- powiedziała buntowniczo Amortencja i uniosła dumnie głowę.
-Dlaczego? Jesteś jak Severus, dokładna jego kopia…- zamruczała Mary.
Wkurzało to Amortencję. Drażniło, denerwowało, po prostu cała Mary wywoływała w niej dziwne uczucia. Zerknęła za siebie na Fausta. Kot przypatrywał się im z ciekawością. Jego niebieskie oko pobłyskiwało dziwnie, drugie pozostawało jak zwykle intensywnie zielone, ogon nerwowo uderzał o ziemię.
-No i co z tego?
-To, że jesteś ślicznotką.
Mary podeszła do niej i nakręciła sobie kosmyk jej czarnych włosów na palec. Amortencja skrzywiła się z odrazą i odsunęła.
-Zawsze chciałam mieć czarne włosy.
-Miałaś.
-Eliksir zmieniający kolor włosów przestał działać, kiedy zaczęłam się zmieniać.- westchnęła.
Gdyby nie to, że Mary była wilkołakiem, Amortencja przed chwilą rozmawiała z własnym kotem, a centaury czaiły się pomiędzy pniami drzew, można by to uznać za zwykłą przyjacielską pogawędkę.
-Jak to właściwie było, Mary?- Amortencja z trudem wymówiła jej imię na głos.-Jak to się stało? Myśleliśmy, że umarłaś, że Lupin cię rozszarpał.
Mary spojrzała na nią. Amortencja stwierdziła, że skoro jest okazja, to może przynajmniej spytać.
-Już mnie o to pytał, ten, ten syn Lily…
-Harry?
-Właśnie. On wypytywał mnie o różne rzeczy. Nie lubię go. Jest strasznie dziwny, obudził mnie i powiedział, żebym szczerze odpowiedziała mu na kilka pytań.- rzekła Mary.
-Nie powiedział dlaczego musisz odpowiadać?
Blondynka pokręciła przecząco głową. Amortencja uśmiechnęła się przymilnie. Och, lata wzorowaniu się na ojcu dały jakieś rezultaty. Też potrafiła udawać.
-Mnie nie powiesz?- spytała słodkim głosem.
Mary odwzajemniła uśmiech. Chyba naprawdę widziała w Amortencji Severusa. Trudno się dziwić.
-Spotkałam tego waszego wilkołaka, tego Lupina, to było dawno. On myślał, że mnie zabił, ale ja się obudziłam. Kiedy się obudziłam poczułam się inna…- szukała odpowiedniego słowa, ale najwyraźniej go nie znalazła.-Po prostu stałam się wilkołakiem. Włóczyłam się po lasach, a kiedyś natrafiłam na Dolinę Godryka, na waszą dolinę.
Amortencja skinęła głową. Zastanawiała się tylko po co właściwie Mary tam zagościła?! Przysporzyła im tylko kłopotów.
-Po co ty tam właściwie przyszłaś? Przecież wiesz, że mój ojciec nigdy cię nie pokocha.
Mary wybuchnęła histerycznym i nerwowym śmiechem.
-Dlaczego nie? Co on w ogóle widzi w tej twojej matce? Co on w niej widzi?
Amortencja dyskretnie sięgnęła po różdżkę. Co w niej widzi? Dlaczego Amortencja zawsze musiała trafiać na takie wariatki. Jeszcze tej całej Umbridge z czasów szkolnych Hermiony brakowało. Czy miała aż takiego pecha? A może niechcący nosiła plakietkę z napisem: „Psycholog od ciężkich przypadków, sadystek nieszczęśliwie zakochanych i przez miłość zniszczonych”? Jak głupia zerknęła w dół, czy aby na pewno owej plakietki nie ma. Na jej czarnej szacie widniało godło Slytherinu.
Zaczął padać śnieg. Duże płatki osiadły na czarnych włosach Amortencji. Przeklęła w duchu pogodę.
-Mój ojciec kocha moją matkę. Miłość nie wybiera, nie można zmusić do miłości. Może ona nie jest idealna, ale przecież on też nie. Oboje pokochali się właśnie za to, a to, że on zakochał się w jej brązowych oczach i szopie włosów, a nie w tobie, to ani nie jego, ani nie jej wina, jasne?- warknęła groźnie, przypominała Severusa.
-Ona na niego nie zasługuje.- Mary tupnęła nogą.
-Skoro ona na niego nie zasługuje, to ty tym bardziej.- powiedziała buntowniczo Amortencja.
-Ach, tak.
Przez twarz Mary przeszedł cień i teraz już nie była niewinna, już nie była nieszkodliwie chora.
-Ach, tak.- Amortencja zacisnęła rękę na różdżce i przybrała pozycję bojową.
Mary nie wiedziała, że córka Severusa Snape’a spodziewała się kolejnych kłopotów i przez całe wakacje przygotowywała się do czegoś takiego. W roku szkolnym nadrobiła też kilka przydatnych zaklęć.
-Drętwota!
Błysnęło zielone światło i strumień zaklęcia ugodził w Mary. Wilkołakowi nie zrobiłby absolutnie nic, ale Mary nie zdążyła się zmienić. Pewnie sądziła, że Amortencja nie odważy się na coś takiego.


Severus z Hermioną wkroczyli do Zakazanego Lasu. Gdzie mogła się podziewać Amortencja? Severus mógł się spodziewać tego, że jego córka wpakuje się prędzej czy później w kłopoty. Była rodową Ślizgonką, a coraz bardziej przypominała mu Hermionę, mimo wyglądu i ogólnego zachowania, talent miały ten sam: przyciąganie problemów. I obie miały beznadziejnych przyjaciół. Zerknął ukradkiem na Hermionę. Pewnie zabiłaby go, gdyby powiedział to na głos, ale taka była prawda. Harry i Ron pod kilkoma względami byli podobni do Scorpiusa i Albusa. Miał jednak nadzieję, że młodsze pokolenie okaże się mądrzejsze. Poza tym, jeśli któryś z nich zraniłby jego córkę, tak jak kiedyś Ron Hermionę, umarłby bolesną śmiercią. 
Minerwa szła za nimi. W drodze wysłała patronusa do Dumbeldore'a. Nie wiedzieli czego mają się spodziewać, ale i Hermiona i Minerwa przygotowane były na uśmiercenie pewnej blondynki, która drażniła je już od pewnego czasu. Nic nie mogły poradzić na takie myśli. Hermiona była zazdrosna o męża, a Minerwa o to, że Mary dołowała Hermionę. A Severus był jej przyjacielem mimo wszystko i nie może pozwolić jej zniszczyć życie Snape'ów. 
Zakazany Las wyglądał dziwnie wrogo. Pnie drzew wznosiły się do góry, niektóre były dziwnie powykręcane, ich korzenie złowrogo wystawały z ziemi, tylko po to, by ktoś się na nich potknął. Powietrze było mroźne i nieprzyjemne, wiatr wiał im w twarze, dziwne szelesty dochodziły z głębi lasu. Trudno się dziwić. Zakazany Las zawsze był mrocznym miejscem, mieszkaniem wielu dziwacznych stworzeń. Nazwa: Zakazany Las po prostu była, nie wiadomo kto ją wymyślił. Jedno jest pewne: ten ktoś zrobił ogromny błąd. Zakazany Las. Po prostu odwrócona psychologia, zakazany owoc. Uczniowie chodzili tam tym bardziej, że był zakazany.
Ani Severus, ani Minerwa, ani tym bardziej Hermiona nie miała pojęcia dokąd mogła pójść Amortencja. Severus przeklinał się w duchu za temperament i porywczość. Mógł pomyśleć i wziąć Scorpiusa. Nie, on musiał zgrywać ważniaka i zrobić wyjście smoka, łopocząc szatami. Czasem zachowywał się jak głupi szczeniak. 
Hermiona instynktownie wyczuwając, w jakim jest humorze, nieśmiało wetknęła swoją małą rękę w jego dużą dłoń i splotła swoje palce z jego smukłymi palcami. Posłała mu uspokajające spojrzenie. Szybko ucałował jej skroń i skierował wzrok przed siebie. Dobrze wiedziała, że rodzina, o którą tak walczył, jest dla niego najważniejsza. Przez tyle lat, miotany między jednym światem a drugim, między panem, który nakazywał mu być dobrym, szpiegować i chronić uczniów a panem, który zmuszał go do torturowania, zabijania, towarzyszenia w różnych podejrzanych misjach i zimnego śmiechu nad ofiarami w końcu, o ironio, w Hermionie znalazł ten spokój, którego tak potrzebował. 
Spokój. Spokojem tego nazwać nie można, ale jednak Amortencja i Hermiona były dla niego wszystkim, były dla niego tą stabilnością, o której myślał, że nigdy jej nie osiągnie. Inni mieli domy, żony, dzieci, psy. Nawet Lucjusz, szczególnie Lucjusz, a on przez tyle lat myślał wyłącznie o tym, by przeżyć, albo w cięższych chwilach, by "dać się zabić i po wszystkim".
Może to trochę nieodpowiedzialne, ale Minerwa i Hermiona, idąc za Severusem, rozmawiały o sprawach sercowych Amortencji. Gdyby Severus nie był tak pochłonięty rozmyślaniami, pewnie zwyzywałby je od największych plotkar Hogwartu. 
-Scorpius, Scorpius...- mruknęła Minerwa.-Mówisz Scorpius? 
Hermiona kiwnęła głową, a Severus przyspieszył kroku, przez co pociągnął ją do przodu, bo nadal trzymał ją za rękę. 
-Severusie, ona na pewno nie szła do jakiegoś konkretnego miejsca. Była wściekła, poszła przed siebie. Musimy iść tak samo póki jej nie znajdziemy, nie martw się.- powiedziała. 
Skinął głową ze zmartwioną miną. Hermiona znowu zwróciła się do Minerwy.
-Scorpius, oczywiście, że Scorpius. To po prostu widać. Obraził się na nią, bo więcej czasu spędzała z Albusem.- Hermiona westchnęła.-Wiesz jaka ona jest.- zerknęła na Severusa.-Nie może przyznać się do błędu, filozofia ojca. W każdym razie, kiedy pocałowała go w pociągu myślałam, że przynajmniej się pogodzą. Ostatnio pokłócili się tak, że szkoda mówić. Na jego miejscu nie wiem, co bym zrobiła. 
Minerwa pokiwała ze zrozumieniem głową.
-Jak myślisz, czy on jest w ogóle dla niej odpowiedni?
-Och, Ślizgoni są niezwykle delikatni w miłości. Dumni, ale delikatni. Jeżeli raz Ślizgon pokocha cię prawdziwą miłością, już nigdy nie wypuści cię z objęć.- spojrzała na Severusa z lekkim uśmiechem. Wróciła jednak myślami do Amortencji i jej twarz znowu stała się pochmurna.-Gryfoni są porywczy, związki z nimi są wybuchowe, namiętne, ale krótkie. Zwykle wyznają zasadę: "chcę wszystkiego tu i teraz". Od Puchonów można oczekiwać wierności i wsparcia, ale życie z nimi po jakimś czasie staje się nudne. Krukoni to idealiści, ich obecność... w ich obecności czujesz się dziwnie, sztywno, tak, żeby przypadkiem nie popełnić jakichś błędów. Ślizgoni cenią głównie inteligencję u kobiet i jak zauważyłam, naturalność, Gryfoni szukają ładnych i nie przewyższających ich mądrością, Puchonom wystarczy śliczny uśmiech i miłe usposobienie, a Krukoni... wiadomo.- zaczerpnęła tchu po tym długim wykładzie.
Minerwa uśmiechnęła się chytrze.
-Można wiedzieć skąd zaczerpnęłaś tych informacji?
-Z doświadczenia, Minerwo.
-Ach, a czy Severus wie, że masz aż takie doświadczenie?
Hermiona zerknęła nerwowo na Severusa.
-Nie, to były tylko przejściowe związki. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że teoria sprawdza się w większości przypadków. 
-Aha.- Minerwa nadal uśmiechała się pod nosem.-Możesz coś jeszcze powiedzieć o chłopakach z poszczególnych domów?
Hermiona na moment przestała zastanawiać się, co mogłoby się stać Amortencji, gdyby spotkała Mary, więc z ulgą zastanowiła się nad pytaniem McGonagall. 
-Ślizgoni są zdecydowanie zaborczy, zawsze muszą pokazać, kto rządzi, ale zwykle szanują kobiety. Gryfoni to typowi faceci, którzy nie grzeszą inteligencją, większość z nich interesuje się głównie sportem, Puchoni zaś to ci, którzy zawsze poprawią humor i porozmawiają o wszystkim. Krukoni głównie rozprawiają o książkach, albo prowadzą jakieś inteligentne dysputy. 
-Ogólnie mówiąc, chwalisz Ślizgonów?
-Oczywiście. Odradzam Gryfonów.- uśmiechnęła się delikatnie i cmoknęła Severusa w policzek.
Spojrzał na nią roztargniony.
-Nie możesz być przez chwilę poważna, naprawdę?!- warknął groźnie.
Może zareagował zbyt impulsywnie, ale teraz nie było odwrotu. 
-Staram się nie dać smutkowi, czy to źle? Mam paść na kolana i rozpaczać? Chyba będę bardziej przydatna, jeśli sprawna umysłowo wyruszę na poszukiwania córki, prawda?
Puściła jego rękę. Prychnął pogardliwie. Odwróciła wzrok. 
Minerwa wzniosła oczy ku niebu. Nagle wszyscy stanęli jak wryci. Usłyszeli wycie.
Wycie wilkołaka.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Rozdział 67

Witaj ślicznotko


Rozdział dedykowany mojej Wiernej Sadystce, z którą wypiłyśmy za dużo Ognistej i dlatego ten rozdział jest taki jaki jest xD


Hermiona ze zgrozą pomyślała, że właśnie zaczęła się, ta ich "ukochana rutyna" (Faust nazwałby to inaczej) i chwyciła się ramienia Severusa. Nigdy nie była tchórzem, teraz też się nie bała. Miała tylko dość. Ta szkoła i jej córka do siebie nie pasowały, nie mogły współistnieć, tylko sprowadzały wzajemnie na siebie kłopoty. Spojrzała smutno na Minerwę. Severus szarpnął ramieniem i wyrwał się żonie. Minę miał wściekłą. Podszedł do Harry'ego i wymierzył w niego wskazujący palec. 
-Ty. Dlaczego od razu nie powiedziałeś?!- warknął wściekle.
-Przecież chciałem! Ale ty...
-Powiedziałem, że to co nie dotyczy mojej rodziny mnie nie obchodzi. Czy naprawdę jesteś tak głupi, czy tylko udajesz? To raczej bezpośrednio mojej rodziny jednak dotyczy!- parsknął ogarnięty furią.
-Nie dałeś mi powiedzieć!
-Przeklęty pseudo Gryfon.
Wyszedł szybko, a czarne szaty powiewały za nim jak skrzydła kruka. Hermiona przewróciła teatralnie oczami i rzuciła przepraszające spojrzenie Harry'emu. Minerwa wzruszyła bezradnie ramionami. Popatrzyła z ukosa na swojego byłego ucznia i złożyła ręce na piersi. 
-Powinieneś wiedzieć, że kiedy Severus jest z Hermioną, nic poza nią go nie obchodzi.- powiedziała. 
Wyszła szybko za Hermioną, której loki właśnie zniknęły w drzwiach. Niósł się za nią magnoliowy zapach. Żarty się skończyły, teraz naprawdę Severus się zdenerwował. Wolała za nim iść, nie wiadomo gdzie mogło go ponieść zanim zacząłby na poważnie poszukiwania córki. Dogoniła go i objęła delikatnie jego twarz, chciała go uspokoić. 
-Uspokoić? Kobieto, zastanów się, nie wiadomo, gdzie jest nasza córka, a ty każesz mi się uspokoić? Czy otaczają mnie sami kretyni?
Znowu się jej wyrwał. Harry nadal stał w jego gabinecie i sam do siebie odpowiedział na komentarz Minerwy. 
-Nic go nie obchodzi? Może nie ma podzielnej uwagi...
Prychnął i wyszedł za nimi. W końcu ktoś normalny musiał za nimi iść. Westchnął ciężko i wyglądał na korytarzu Snape'a. Severus właśnie, mimo protestów Minerwy i Hermiony, zbliżał się do klasy transmutacji. Bez żadnego ostrzeżenia otworzył drzwi z rozmachem i przeszył wzrokiem każdego z uczniów. Większość robiła coś, za co zwykle skazałby ich na szlaban. Wredne dzieciaki. Scorpius siedział ze spuszczoną głową i rysował coś piórem na pergaminie. Albus też milczał i wpatrywał się w tylko sobie znany punkt. Severus wparował do klasy.
Scorpius w ogóle nie zauważył obecności nauczyciela. Nie odrywał wzroku od rysunków, blond włosy i grzywka sprawiały, że nie było widać jego wyrazu twarzy. Był bardzo skupiony na pracy i nawet kiedy Albus szturchnął go lekko, ten tylko warknął coś nieokreślonego pod nosem. Snape nie miał czasu na uprzejmości. 
-Potter, Malfoy, za mną.- rzucił szybko.
Scorpius podniósł głowę i przeszył profesora spojrzeniem.
Podniósł się niechętnie z krzesła i ruszył za mężczyzną. Na pergaminie narysowane były dziwne zawijasy, pozwijane w pętle. Namazane czarnym atramentem bazgroły wypełniały całą kartkę. Snape nawet na to nie spojrzał. Zatrzymał się przed wyjściem z klasy i spojrzał ostatni raz na uczniów. Gryfoni i Ślizgoni. 
-Niech ktoś ruszy się poza klasę, a zyska całoroczny szlaban.- w klasie rozległy się niepokojące szepty.-Tak, mam takie prawo i chętnie z niego skorzystam. Mój gabinet, składzik i inne ciekawe pomieszczenia Hogwartu, od lat niesprzątane potrzebują czasem gruntownej przemiany. Oczywiście przemiany bez użycia magii. O ile wiem, Filch też ucieszy się na wieść o tym, że może poznęcać się nad uczniami, wykorzystując stare dobre metody. 
Zostawił uczniów w stanie osłupienia i przyjrzał się uważnie Albusowi oraz Scorpiusowi. Obaj byli ponurzy, ale bardzo się od siebie różnili. Błękitne, niemal szare oczy blondyna kontrastowały z zielonymi oczami czarnowłosego, odziedziczonymi po babci. Obaj byli bladzi, ale jednak Albus wyglądał przy Scorpiusie na niemal rumianego. Pod oczami obu widniały oznaki zmęczenia. 
-Nie ma czasu. Gdzie mogła pójść moja córka?
Słowa: "moja córka" podkreślił tak mocno jakby chciał powiedzieć, że naprawdę jest tylko jego i żaden z nich nie ma prawa nigdy jej mu zabrać. Hermiona stała z boku razem z Minerwą i zastanawiała się, ile jeszcze razy temperament i zaborczość jej męża przyprawi ją o kłopoty. 
-Amortencja?- zainteresował się Albus.-Co z nią?
Scorpius nie odzywał się, stał tylko z miną wyrażającą wyłącznie wyższość.
-Słuchaj, ty...- Hermiona dała mu sójkę w bok. Syknął z bólu i powstrzymał się przed obraźliwym nazwaniem chłopaka.-Wilkołak jest na wolności, a jeżeli naprawdę się z nią przyjaźnisz, to jej nie zostawisz. Musisz powiedzieć, co wiesz.
-Bo prawdziwi przyjaciele, nigdy nas nie zostawiają.- dopowiedziała Hermiona i ukradkowo złapała Severusa za rękę.
Wzmocnił uścisk i pogładził lekko kciukiem jej skórę. Scorpius westchnął ciężko i spojrzał na Albusa. Obaj skinęli głowami. 
-Pewnie poszła do Zakazanego Lasu. 
Severus nie potrzebował więcej. Delikatnie oderwał swoją dłoń od jej dłoni i nie zwlekając pobiegł korytarzem. Hermiona jęknęła. Bohater się znalazł. Rzuciła w stronę chłopaków, żeby wrócili na lekcje, a sama podążyła za mężem. Minerwa ruszyła za nimi. Nie mogła bezczynnie stać i patrzeć. Nikt nie pomyślał o tym, by powiadomić Dumbeldore'a. Severus z Hermioną chcieli tylko odnaleźć córkę, Minerwa chciała im tylko pomóc. Myśleli tylko o tym. 


Scorpius czuł się dziwnie. Stał na środku korytarza, a za oknem zaczynał padać pierwszy w tym roku śnieg. Mógł się tego spodziewać. Kłopoty zawsze zaczynały się w tym okresie. Czy to zima tak na nich działała? Zerknął ukradkiem na Albusa. Również nie wiedział, co robić. Czy mieli wrócić do klasy? A może pójść za nimi? I co? Ściągnąć na siebie nowe kłopoty wyłącznie przez Amortencję. Scorpius chciał myśleć o niej w zły sposób, ale nie potrafił. Przecież się przyjaźnili, a na wargach wciąż miał smak szczeniackiego, pierwszego pocałunku. Gdy pomyślał, że to wszystko przez Fausta, jednocześnie nienawidził i uwielbiał tego kota. 
Westchnął w końcu, wyglądając nadal przez okno i czując jak mroźne powietrze przedostaje się do zamku. Wciągnął powietrze do płuc i odetchnął. Szybkim krokiem skierował się za nauczycielami, którzy już byli daleko. Albus zatrzymał go gwałtownie.
-Co?- spytał z roztargnieniem. 
-Co robisz?
-Idę.
-Nie o to mi chodzi.
-Słuchaj, Snape miał rację, może się z nią pokłóciłem, ale to nie znaczy, że mam ją zostawić. Nie obchodzi mnie, co myślą nauczyciele o tym, że opuszczam lekcje.- prychnął.-Idziesz?
-Jeszcze się pytasz?
Ramię w ramię poszli wzdłuż korytarza. Teraz czuli się pewniej. Naprawdę nie obchodziło ich to jakie mogą być konsekwencje urwania się z lekcji. Już tyle razy im się udawało! W końcu byli Nowymi Huncwotami, choć Amortencja nie lubiła tego określenia, było to prawdą, samą prawdą. 
Znaleźli się poza zamkiem. Rzeczywiście, zrobiło się zimno. Temperatura zdradziecko wciąż spadała, niebo zrobiło się szare. Jakieś czarne ptaki odleciały z gałęzi jednego z drzew w odległym Zakazanym Lesie. Wiatr wiał lekko, nie przeszkadzając płatkom śniegu. Był to lekko mroczny widok, a już na pewno przytłaczający. 
Scorpius zmienił się w białą fretkę. Przez jego ciało przeszedł prąd, a po chwili miał już futro, które częściowo chroniło go przed zimnem. Jego zmysły wyostrzyły się i znajdując się już niedaleko lasu, wyczuwał dokładnie zapach tanich perfum zmieszany z zapachem mokrego psa. Ten zapach jednocześnie odpychał go i przyciągał. Był strasznie dziwny i właściwie nie do opisania. 
Obok fretki kroczył duży, czarny pies. Zwierzęta wchłonął las. 


Amortencję przeszedł dreszcz. Otaczał ją gęsty las, korony drzew przysłaniały niebo, a mimo to przepuszczały drobne płatki śniegu. Robiło się coraz zimniej i coraz bardziej ponuro. Do tego ten nowy zapach... Nie potrafiła ustalić skąd pochodzi, drzewa nim pachniały, trawa, wszystko w lesie, jakby sam las był tym zapachem. Przymknęła oczy ocelota, jakie teraz miała i próbowała go zlokalizować. 
-Zamierzamy tak stać? O ile wiem, miałaś szukać jakichś składników do tego twojego eliksiru. Poza tym, nie sądzisz, że mogą się zorientować, że cię nie ma?
Faust nadal leżał na trawie, z głową opartą na przednich łapach i przyglądał się jej ciekawie. Jak dziwnie było rozmawiać z własnym kotem, który w dodatku i cię rozumiał i wspierał... Albo dołował.
-Ja nie dołuję. Sprowadzam do rzeczywistości. 
Do tego, te jego komentarze. Nieraz śmieszyły ją, innym razem irytowały. Zapach psa nasilił się. Nagle zdała sobie sprawę, że tak właśnie pachniał Lupin, ogarnięty niekontrolowanymi przemianami. Tylko te perfumy... No, jasne. Cofnęła się o krok gwałtownie przypominając sobie, co może tak pachnieć.
-Jej, jakaś ty inteligentna...
-Zamknij się.
-I uprzejma.
-Przestań, bo już nigdy cię nie pogłaszczę.
Umilkł. Nie mógł jednak długo wytrzymać. 
-Zamierzasz tak stać, czy uciekamy przed tym wilkołakiem?
Uch. Przysięgła sobie, że po powrocie do zamku odda go współlokatorkom z dormitorium i niech się z nim bawią. Gonitwa myśli w jej głowie na moment ustała i uśmiechnęła się złośliwie, co wyglądało dziwnie, bo przecież była ocelotem. 
-Jeśli wrócisz.
Teraz nie zwróciła na niego uwagi. Coś w zaroślach zaszeleściło niebezpiecznie. Nawet on postawił uszy czujnie, gotowy uciec albo skoczyć na potencjalnego oprawcę. Ten kot miał w sobie coś naprawdę ślizgońskiego i naprawdę gryfońskiego. Jak sama Amortencja.
Najpierw oboje poczuli woń perfum. Potem na polanę wkroczyła smukła kobieta o skołtunionych blond włosach i błyszczących, pięknych niebieskich oczach, w których krył się głód. W jej posturze było coś przyciągającego. Twarz miała pociągłą i bladą, a usta małe i słodkie. Była piękna. Mimo swojego stanu i żebraczego wizerunku, była piękna. 
-Witaj, ślicznotko.- zamruczała. 
-No to sobie pogadamy...
Amortencja rzuciła kotu wściekłą minę. 


_____________________________________________________
Co ja mam z tymi zapachami? Chyba się "Pachnidła" naczytałam :D

środa, 5 czerwca 2013

Rozdział 66

Zapach tanich perfum i psa


Severus rozejrzał się niespokojnie. Faust i Amortencja zniknęli. Przed nim stała jedynie Hermiona, zwykła, piękna Hermiona o burzy brązowych włosów i wielkich ufnych oczach. Jego córka już taka była, taka jak on, nienawidziła kiedy ktoś nią rządził. 
-Zostaw ją, za chwilę zaczynają się lekcje, pewnie poszła na transmutację.- powiedziała Hermiona.
Westchnął cicho, przechylił lekko głowę jak zaciekawiony czymś kot i uśmiechnął się delikatnie, patrząc na żonę. Odwzajemniła uśmiech, ale jakoś dziwnie. 
-Przestaniesz się w końcu wszystkim martwić?- burknął niecierpliwie.
Przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. Ujął jedną jej dłoń i oboje usiedli na puszystym dywanie przed kominkiem. Zawsze śmieszyło ją takie jego zachowanie. Nigdy nie pomyślałaby, że Severus Snape może w jednej chwili stać się taki dziwnie potulny i spokojny. Machnął różdżką i zapalił ogień w kominku. Płomienie oświetliły jego twarz i odbiły się w jego czarnych oczach.
Nachylił się do niej z poważną miną.
-Czy ty naprawdę jesteś taka tępa czy tylko głucha?- spytał spokojnie.
Poczuła się jak w szkole. Tego, że rzucali się sobie do gardeł przy każdej możliwej okazji, w czasach szkolnych, nie dało się po prostu zapomnieć. Poza tym, gdyby nie byli aż tak zagorzałymi swoimi przeciwnikami, Severus nie pocałowałby jej wtedy, nic by nie zrobił. I co? Wyszłaby za Rona? To była smutna wizja. 
Nic nie odpowiedziała na jego docinki.
-Ile razy, powiedz, ile mam ci powtarzać, że Lily przy tobie nie znaczy nic? Jest tylko głupim wspomnieniem.- naprawdę denerwowało go to, że musiał jej to ciągle powtarzać. 
-Nie jestem tępa, ani głucha, ale wiem, że ty...
-Co?- przerwał jej ostro.-Nie wiesz, nic nie wiesz.- westchnął ciężko i milczał dłuższą chwilę.-Zawsze, zawsze uważałem, że "kocham cię", to tylko puste słowa, pusta, durna obietnica.
Patrzyła na niego wyczekująco.
-Ale?- zapytała.
Podniósł głowę i czarne oczy spotkały się z brązowymi.
-Ale jeśli koniecznie chcesz, mogę to powtarzać codziennie.
Rozpromieniła się. Jedno wiedziała: nienawidził tego mówić i dlatego uznała tę propozycję za najlepszy dowód miłości. Podejrzewała, że wstręt do tych słów wziął się z trudnego dzieciństwa i okropnych rodziców albo po prostu prosto ze znajomości z Lily. Zarzuciła mu ręce na szyję i mocno się do niego przytuliła. Co z tego, że małżeństwo z nim przyniosło jej więcej kłopotów niż z kimkolwiek innym, co z tego, że ich córka ściąga na siebie tyle problemów? Z nim mogłaby iść na koniec świata, z nim mogłaby umrzeć, jeśli byłaby taka potrzeba. 
Wtuliła głowę w jego czarne włosy i uśmiechnęła się sama do siebie. Nic nie mogła poradzić na to, że mając kogoś takiego jak Severus, była zazdrosna, gdy chociaż jednym słowem wspominał o Lily. Odsunął ją od siebie delikatnie i swoim zwyczajem zaczął całować lekko jej szyję. Westchnęła z błogim uśmiechem, ale zaraz potem pomyślała o Minewrze i Harrym. Jak na zawołanie drzwi się otworzyły i wszedł mężczyzna o zielonych oczach matki.
Severus gwałtownie podniósł się i spojrzał na niego jakby chciał powiedzieć: "Zabiję, zabiję, zabiję, zakopię gdzieś pod chatką tego przeklętego Hagrida albo dam do zjedzenia jego brytanowi, ewentualnie Faust być może przestanie unosić się dumą i też się skusi..."
-Severus, muszę z tobą porozmawiać...
Nie dał mu skończyć.
-Nie obchodzi mnie to. Miałeś okazję porozmawiać ze mną rano, ale uciekłeś od rozmowy jak pies z podkulonym ogonem. Teraz się wynoś.- syknął wściekły.
-Ale, Severusie... To ważna sprawa.
-Mam głęboko gdzieś twoje ważne sprawy. Hermiona jest ważniejsza od tego wszystkiego.
-Ale, Severusie.- jęknął Harry.
-Jeżeli ta ważna sprawa nie dotyczy mojej rodziny, odejdź i radzę ci iść szybko.
Harry nie ruszył się z miejsca. Severus wymownie przewrócił oczami i z chłodną furią wymierzył w niego różdżkę. Hermiona podbiegła do nich i spojrzała surowo na męża. 
-Sev, nie możesz tak po prostu rzucić w niego jakimś zaklęciem.- powiedziała łagodnie. 
-Ja nie widzę innego wyjścia.- mruknął spokojnie.
Stali tak i kłócili się jeszcze przez chwilę, póki nie weszła Minerwa McGonagall. Teraz Severus naprawdę się wściekł. O ile pamiętał, nie otwierał w swoich komnatach jakiegoś ośrodka dla umysłowo chorych Gryfonów.
-Czy to jakieś schronisko dla bezdomnych Gryfonów?!- krzyknął głośno.
Wszyscy uspokoili się i spojrzeli na Minerwę. 
-Nie chciałabym cię martwić, Severusie, ale Amortencji nie było na transmutacji.- powiedziała profesor ponuro.
-Mary nie ma.
Severus zmroził wzrokiem Harry'ego.


Amortencja nie miała zamiaru nigdzie wracać. Wracać gdzie właściwie? Do klasy transmutacji, tam gdzie Scorpius siedziałby obrażony, patrząc przed siebie, a Albus starałby się ją pocieszyć? Gdzie McGonagall zatrzymałaby ją po lekcji i udzieliła rady typu: "jak obchodzić się ze Ślizgonami"? O, nie. Miała tego dość. Uwielbiała Hogwart i nigdy nie myślała, że będzie się chciała od tego oderwać. A jednak. W kieszeni zwykłych spodni miała kartkę ze składnikami eliksiru dla Mary. Może i była głupia, może była zuchwała, może nie miała zbytniego pojęcia o eliksirach na tym poziomie, ale chciała zrobić cokolwiek, byle tylko zapomnieć o przepowiedni Trelawney. Tragiczna miłość... "A niech sobie giną oboje, nie obchodzi mnie to...", prychnęła.
Przekroczyła granicę Zakazanego Lasu. Drzewa wznosiły się wysoko i przysłaniały koronami niebo. Śpiew ptaków ucichł, wiatr nie był tu tak mocny. Do Hogwartu powoli zbliżała się zima, sowy to czuły, uczniowie to czuli i nauczyciele też, a sama Amortencja nie wiadomo dlaczego spodziewała się wyjątkowo ostrej i mroźnej zimy. 
Nagle usłyszała za sobą miauknięcie, odwróciła się i zobaczyła Fausta. Kot miał tak niewinną minę, że być może, gdyby go nie znała, uwierzyłaby w jego czyste intencje. Podszedł do niej z gracją unosząc ogon i zamruczał, tuląc się do jej nóg. Potem usiadł i zadarł głowę do góry, by spojrzeć w jej czarne oczy. Jego zielone oko błysnęło złowieszczo, niebieskie pozostało niewzruszone. Przechylił głowę i patrzył na nią.
-Niech ci będzie.- mruknęła cicho.
Podniósł się błyskawicznie i na sprężystych łapach przeszedł kilka kroków. Westchnęła przeciągle i ruszyła za swoim kotem. Kochała go, był jedyny w swoim rodzaju, ale czasem działał jej na nerwy. Wyciągnęła kartkę z kieszeni czarnych spodni i przystanęła, powoli odczytując składniki eliksiru. Figi, kły węża i korzeń waleriany mogła spokojnie załatwić, korzonki stokrotek też, ale z kamieniem księżycowym i kilkoma innymi, dziwnie brzmiącymi składnikami mogło być trudniej. 
Usiadła zrezygnowana pod jakimś wielkim drzewem, opierając się o jego gruby pień. Faust odwrócił się i podbiegł do niej. Spojrzał na nią jakoś smutno i wdrapał się na jej kolana. Pogłaskała go i uśmiechnęła się blado.
-Dlaczego nie jesteś człowiekiem, Faust? Dlaczego nie mogę z tobą porozmawiać?- wpatrywała się w jakiś punkt na horyzoncie niewidzącym wzrokiem.
Kot spojrzał na nią jak na kretynkę. Otwartą dłonią uderzyła się w czoło i położyła kota na ziemi. Zamachał ogonem cierpliwie, czekając. Ona sama wstała zgrabnie i wzięła głęboki oddech, wsłuchując się w las. Teraz czuła to wszystko wyraźniej. Czuła trawę i opadające, ostatnie liście, przemykające między pniami drzew małe zwierzęta i centaury, kryjące się głęboko w puszczy, cały czas ją obserwujące, słyszała delikatny świst wiatru i szum dalekiego jeziora. Uśmiechnęła się delikatnie. Jej ręce skurczyły się zwinnie, poczuła lekkie mrowienie w całym ciele. Jej nos stał się bardziej czuły na zapachy, uszy słyszały wszystko jeszcze bardziej dokładnie. Cała zmalała i znalazła się na ziemi, na sprężystych kocich łapach. Jej wielkie czarne oczy rozejrzały się uważnie, machnęła sprawnie kilka razy długim ogonem i uśmiechnęła się z triumfem. 
-Więc?- zwróciła się do kota.
-Więc?
-To dziwne uczucie, rozmawiać z własnym kotem.- przysiadła na ziemi.
-Jesteś czarownicą, twoja matka była czarownicą, twój ojciec był czarodziejem, powinnaś się przyzwyczaić do takich rzeczy.
Faust położył się i oparł sennie głowę na przednich łapach.
-To nawet dla czarownic jest dziwne.
-Przyzwyczaisz się. W końcu jesteś częścią hogwarckiej patologii, nic nie może cię zaskoczyć.
Amortencja wytrzeszczyła na niego oczy. Czego jest częścią?! Nie mogła tego zrozumieć. O czym ten pokręcony kot mówił? 
-Nie jestem pokręcony.
A w sumie. Mówił nawet z sensem. Nie myślała nad tym dłużej, bo usłyszała niepokojące szelesty i wyczuła jakiś dziwny zapach. Zapach, zapach... Wciągnęła do płuc powietrze. Zapach...  tanich perfum i... i psa? 

czwartek, 30 maja 2013

Nominacje xD



Liebster Award 2013: dwie nominacje

Bardzo dziękuję Weird Charlotte, z http://snape-granger-story.blogspot.com, której odbiło i mnie do tej nagrody dwukrotnie nominowała :3


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za " Dobrze Wykonaną Robotę ".
Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia.
 Po odebraniu nagrody, należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby,która Cię nominowała. Następnie ty nominujesz 11 blogów ( informujesz ich o tym ) i zadajesz im 11 pytań.
Nie wolno nominować bloga , który Ciebie nominował.




Moje odpowiedzi:

Nominacja pierwsza:

1. Ile masz lat?
13.
2. Od jak dawna interesujesz się pisaniem?
Odkąd pamiętam :D
3. Jakiej muzyki słuchasz?
Wszystkiego, co wpadnie mi w ucho. Nie obchodzi mnie, co mówią o 1D, jeżeli podobają mi się ich piosenki, mam prawo ich słuchać tak samo jak moich kochanych: Gunsów i Slasha.
4. Jaką postać z HP najbardziej przypominasz?
Istna ze mnie Naczelna Ślizgonka, chyba jestem podobna do Severusa, wredna i ostra, ale nie zawsze. 
5. Uprawiasz jakiś sport?
NIENAWIDZĘ sportu. 
6. Jaki jest twój ulubiony kolor?
Nie wiem, zawsze miałam trudności z wybraniem jednego ulubionego. Zielony :3
7. Ideał mężczyzny/kobiety?
Sev? :D A tak na poważnie, to ktoś z tajemnicą, pasją i błagam, ktoś inteligentny. Wygląd się nie liczy, ale czarne oczy i dłuższe włosy tak bosko wyglądają...
8. Co byś chciała robić w przyszłości?
Zająć się na poważnie pisaniem albo aktorstwem, gdybym kiedyś przezwyciężyła tremę :D
9. Kto jest twoim idolem i dlaczego?
Mam dużo idoli, jednym z nich jest Alan, który jest genialnym aktorem, jednym Tim Burton, który zawsze jest sobą, tak samo jak Helenka Bonham Carter. J.K. Rowling też jest moją idolką, dlatego, że wymyśliła tak wspaniałą historię, że skończyła ją pisać i na swój sposób wciąż ją kontynuuje, mimo tylu przeciwności, jakie miała w życiu.
10. Co cię najbardziej denerwuje?
Czasem wszystko, czasem nic, ale zwykle wszystko :3
11. Kto/co sprawia, że się uśmiechasz?
Ludzie, których cenię :D I przyjaciele.

Druga nominacja:
1. Jak był pierwszy blog, który przeczytałaś?
Nie pamiętam. To było Sevmione, ale nigdy na niego nie wróciłam. Zaczęłam się zastanawiać nad tym parringiem, przeczytałam całą serię HP i pokochałam to połączenie.
2. Jak często czytasz inne blogi?
Prawie nigdy, dlatego wybaczcie, że tak mało ich nominowałam. Boję się, że mimowolnie coś skopiuję albo załamię się, bo każdy pisze lepiej ode mnie.
3. Dlaczego zaczęłaś pisać?
Żeby uciec od świta codzienności. Gdybym nie miała pisania i książek, w które mogę uciec, nie wiem, co by się ze mną stało.
4. Ulubiony smak lodów.
Wanilia :3
5. Ulubiony kolor?
Zielony albo srebrny :D Zboczenie ślizgońskie :)
6. Wymarzony partner/partnerka.
Jak nie Sev, to Pułkownik Brandon ;,(
7. Gdybyś mogła wskrzesić jakąkolwiek postać z serii, o której piszesz fanficka, kto to by był?
Severus. Tylko, że on nigdy nie umrze, bo zawsze będzie w naszych sercach. A z tego bloga, nawet nie mam kogo wskrzeszać od powrotu Mary xD 
8. Ile godzin dziennie spędzasz na komputerze?
... Kilka...
9. Gdyby nie było Internetu, co byś zrobiła?
Umarłabym xD Nie, znalazłabym sobie inne zajęcie, ale byłabym wkurzona.
10. Do jakiej książki chciałabyś się przenieść najbardziej?
Wiadomo, do HP. Na dodatkowe eliksiry do Snape'a, marsz! xD
11. Ulubiony aktor/aktorka?
Alan Rickman, Johnny Depp, Nicolas Cage, Jack Nicholson, Gerard Butler, Robert Carlyle, Daniel Olbrychski, Helena Bonham Carter, Anne Hathaway, Julia Roberts, żadna z polskich aktorek nie przychodzi mi aktualnie do głowy ;D

Moje nominacje:
Zarówno do pierwszej jak i drugiej, ja naprawdę nie czytam zbyt dużo blogów. Za mało cierpliwości na to ;D


Moje pytania:
Nominacja pierwsza:
1. Ile masz lat?
2. Jaki/a byłaś jako dziecko?
3. Wolałabyś być Śmierciożercą czy członkiem Zakonu?
4. Ulubiona książka oprócz HP?
5. Ulubiona polska aktorka i dlaczego?
6. Ulubiony polski aktor i dlaczego?
7. Lubisz Wielką Brytanię? Za co?
8. Zainteresowania poza pisaniem?
9. Ulubiony przedmiot w szkole?
10. O czym myślisz na matmie? (No, na tym przedmiocie, to chyba nikt nie uważa)
11. Ile blogów miesięcznie czytasz?

Nominacja druga:
1. Ulubiona piosenka?
2. Ulubiony zespół?
3. Grasz na jakimś instrumencie? Na jakim?
4. Jakie programy w telewizji oglądasz?
5. Co tak naprawdę myślisz o sobie?
6. Co robisz, kiedy chcesz całkowicie odciąć się od zwykłego, szarego świata?
7. Jak natrafiłaś na HP?
8. Jak wygląda Twój pokój? Jakieś szczególne szczegóły? xD
9. Od początku szalałaś na początku HP, czy dopiero później zaczęłaś?
10. Co myślisz o dzisiejszym świecie? XD
11. Lubisz Lunę? :3

The Versatile Blogger Award 2013


Należy:
- podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu
- pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu
- ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie
- nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują
- poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów

Fakty o mnie:


1. Staram się mieć zdanie na każdy temat.
2. Przyjaciółki nazywają mnie czasem Żywą Encyklopedią :3 
3. Uwielbiam się kłócić i stawiać przed kimś ostre argumenty, bo wiem, że to tylko jeszcze bardziej upodabnia mnie do Ślizgonki.
4. Jako dziecko byłam strasznie dziwna, miałam swoje przesądy i strachy, zawsze bałam się Krugera i miałam tak bujną wyobraźnię, że uciekałam z pokoju z krzykiem, bo wyobraziłam sobie, że on stoi nad moim łóżkiem.
5. Nigdy nie lubiłam horrorów o duchach. Mogę oglądać horrory o sektach, czarownicach, wampirach, wilkołakach, ale nie o duchach i nawiedzonych domach. Mam na to za bardzo ześwirowaną wyobraźnię.
6. Zawsze ciągnęło mnie do złych charakterów, ale nie do końca - zarówno w książkach jak i filmach.
7. Jestem feministką, myślę, że to dziecinne, jak na razie, ale tak. I trochę anarchistką. Nie lubię jak ludzie mi rozkazują -_-

Nominuję:


Na więcej się nie zdobędę, ja naprawdę, ani nie mam czasu czytać blogów, nawet jeśli bym chciała. Nie będę nominować blogu, którego nie czytam, bo to bez sensu.
Nominacja nie jest obowiązkowa. Nikomu nie karzę na nią odpowiadać. Jeżeli jednak ktoś ma na to ochotę- proszę bardzo. 


środa, 29 maja 2013

Rozdział 65

Na innych nie można liczyć


Głupi Potter wszystko musiał zepsuć. Severus wywalił go brutalnie za drzwi, grożąc najgorszymi zaklęciami śmierciożerców. Czemu Potterowie zawsze byli sprawcami jego kłopotów? Zawsze, po prostu zawsze musieli wpychać się z butami w jego życie. Jak nie Lily, to Hermiona... I tak nic nie udało im się z niego wyciągnąć. Dobrze wiedział, że Potter kłamał, widział to w nerwowym napięciu jego twarzy i w jego oczach.  Oczywiście Hermiona musiała zinterpretować to inaczej - skutek wieloletniej przynależności do Złotego Trio. Jako wieloletni "mózg" Złotego Trio zyskała potrzebę ściągania na siebie, co jakiś czas kłopotów. 
Severus westchnął cicho. Postanowił, że skoro wybrała się na spacer po błoniach (a na pewno to zrobiła), to   z pewnością spotkała Minerwę. Jak znał te dwie plotkary, to trochę zajmie im wymienianie się najnowszymi informacjami z życia Hogwartu. Dumbeldore powiedział kiedyś, że coś, co w Hogwarcie jest sekretem, jest też powszechną informacją. To pewnie przez nie.
Odstawił kubek z kawą i wyszedł na korytarz żwawym krokiem. Nie, nie zamierzał iść na lekcje, mógł zrobić wszystko, tylko nie to. Najlepiej by było, gdyby Dumbeldore dał mu jakiś urlop. Tylko czy kiedykolwiek ktoś w historii tej szkoły dostał urlop? Pokręcił ze zrezygnowaniem głową i zaciągnął się mroźną i zatęchłą atmosferą lochów. Już dawno się do tego przyzwyczaił. Nagle zauważył Amortencję, wychodzącą z pokoju wspólnego Ślizgonów. Jej czarne, długie włosy, lekko skręcone w fale podskakiwały rytmicznie, dostosowując się do rytmu jej kroków. Do lekcji pozostało jeszcze sporo czasu, nie miał pojęcia, gdzie jego córka mogła iść. 
-Amortencja!- zawołał za nią.
Zatrzymała się gwałtownie i ze zbolałą miną odwróciła do ojca. Westchnęła i nerwowo przestąpiła z jednej nogi na drugą. Na jej bladej twarzy malowała się wyłącznie niecierpliwość. Severus przeszył ją uważnym spojrzeniem.
-Jest wcześnie, możesz mi powiedzieć dokąd idziesz?- uniósł prawą brew wysoko do góry.
-A gdzie mam iść?- powtórzyła dokładnie gest.-Do biblioteki.
-Do biblioteki?- prychnął.-Amortencja nie rozśmieszaj mnie, znasz dobrze prawie wszystkie książki z hogwarckiej biblioteki.
-Prawie.
Westchnął ciężko. Po kim ona jest taka nieznośna?
-To może zamiast do biblioteki, skręcisz do mojego gabinetu?
-Po co?- zrobiła się podejrzliwa.
-Jestem twoim nauczycielem, a w dodatku ojcem, więc takie pytania są bez sensu.
Zaczęła iść w stronę gabinetu ojca, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego. Po kłótni z chłopakami miała wszystkiego dość i tak bardzo chciała, żeby Rose zniknęła, a czas się cofnął... Westchnęła cicho. Postanowiła opowiedzieć o tym ojcu, oczywiście, jeśli będzie o to pytał. Jak nie dowiedzieliby się od niej, to od Albusa albo Rose, albo samego Scorpiusa. 
-Zwykły terroryzm.- szepnęła.
-Terroryzm to dopiero będzie jak sprowadzę tu matkę, która zajmie się twoimi sprawami sercowymi.- powiedział cicho Mistrz Eliksirów.
Sprawami sercowymi? Ci nauczyciele musieli mieć jakiś radar w oczach. Będzie się musiała nauczyć tej oklumencji, bo inaczej się tutaj żyć nie da. Musnęła opuszkami palców drewniane drzwi i otworzyła je. Podeszła szybko do zielonego fotela, stojącego przy kominku i usiadła na nim. 
-Teraz możesz mi wszystko opowiedzieć.- oznajmił Severus, siadając w drugim fotelu.
-Nie słyszę w tym prośby.
-Po kim ty jesteś taka arogancka?
-Zastanów się.
Wzniósł wzrok do sufitu. Faktycznie, sam nauczył ją jak być arogancką i zawsze bronić swojego zdania. Spojrzał na córkę i złagodniał. Ona naprawdę miała kłopoty, nie może teraz zgrywać idealnego Ślizgona. Pogłaskał ją czule po policzku i uśmiechnął się. Podniosła na niego wzrok czarnych oczu.
-Powiesz mi, co się takiego stało?- zapytał spokojnie.
Odwróciła wzrok.
-Pokłóciłam się z chłopakami.- wzruszyła ramionami.
-Ciągle to robisz.- zauważył.
-Ale teraz naprawdę się z nimi pokłóciłam. Wiem, to głupie, ale kłótnia była o Rose.- spuściła wzrok, nagle zawstydzona błahym obiektem jej kłopotów.
Severus zastanowił się. Rose? Cz Rose odgrywała jakąś szczególniejszą rolę w tym całym przedstawieniu zwanym szkołą? Zawsze wydawała mu się postacią drugoplanową, nigdy nie chodziła z nimi korytarzami zamku, nigdy, prawie nigdy nie uczestniczyła w ich pokręconych przygodach... Spojrzał ponownie na córkę.
-Jakieś szczegóły?
Amortencja milczała przez chwilę, zagryzając nerwowo dolną wargę. Ten zwyczaj odziedziczyła po matce. 
-Trelawney powiedziała, że Scorpiusa czeka miłość, eliksiry i blond loki.
Severus schował twarz w dłoniach.
-Uwierzyłaś w przepowiednię oszustki, która litrami pija sherry, kiedy Dumbeldore nie patrzy i przepowiada uczniom śmierć co lekcję?!
-A ty nie zacząłbyś się martwić, gdyby przepowiedziała, że mama zdradziła cię albo zamierza zdradzić?!
Severus powtórzył gest sprzed chwili. Musiał przyznać, że jego córka potrafiła dobierać precyzyjne argumenty. Co on by zrobił? Zapobiegł temu. Uśmiechnął się wrednie, ale zaraz opanował. 
-Zabiłbym Trelawney.- powiedział stanowczo.
-Świetne rozwiązanie, lecę po różdżkę i od razu wypalę sobie własnoręcznie Mroczny Znak. Wiesz, jakby na to nie patrzeć, strasznie odjazdowo to wygląda.- zironizowała zjadliwie.
On miał dość. Niech Hermiona z nią porozmawia, jeśli potrafi.
Amortencja spojrzała w bok i zauważyła na biurku kociołek z eliksirem. Uśmiechnęła się w duchu. Skoro Scorpius jej nie chce, nie interesuje się nią, może przynajmniej ten durny eliksir uda jej się przygotować. Musiała jakoś odreagować.



Faust w sumie polubił Minnie. Od kiedy zrobiła awanturę Dropsowi jakoś wydała mu się bardzo sympatyczna. Bardzo to komicznie wyglądało, wtargnęła do jego gabinetu, niemal tratując Faweks'a i wyrzuciła wszystkie dropsy, leżące na biurku, na podłogę. Bębenki prawie mu pękły, ale co tam! Zobaczyć jej minę i minę Dropsa, to było coś!
Lubił ją i to bardzo, dopóki nie przyprowadziła do jego gabinetu Pufka. Pufek grzecznie wzięła go na ręce i zabrała ze sobą. On wcale nie chciał odchodzić! Spojrzał błagalnie na Dropsa, ale ten tylko wzruszył ramionami ze zbolałą miną. Spróbował wyrwać się Pufkowi, ale tylko zaplątał się w jej loki. Z zemsty wbił jej pazury w ramię, ale ona chyba nic nie poczuła.
Zeszli do lochów. Pufek szepnął hasło ścianie, a ta otworzyła się. W pokoju wspólnym Ślizgonów, w dormitorium, szukali wszędzie, ale jego pani nie było. Pufek z westchnieniem skierowała się do komnat Kruka, pchnęła drzwi i weszła. Kruk i jego pani siedzieli w dwóch fotelach przed kominkiem i rozmawiali, a raczej warczeli na siebie. Korzystając z chwilowej nieuwagi Pufka podrapał ją po policzku najmocniej jak mógł i wyskoczył zgrabnie na podłogę, a spadając błysnęło jego zielone oko.
Pufek syknął z bólu. Kruk zerwał się z fotela i podszedł do Pufka. Objął czule jej twarz i obejrzał ją dokładnie. Uśmiechnęła się lekko.
-Wszystko w porządku.- zapewniła.
Jego pani, również korzystając z okazji, uciekła i wzięła go na ręce. Oboje wybiegli z pokoju, a on był jej za ten ratunek naprawdę wdzięczny. Wtulił głowę w jej czarne włosy i zamruczał cicho.
-Przynajmniej mam ciebie, Faust.- szepnęła.-Na innych nie można liczyć.
Hogwarcka patologia, pomyślał znowu ze zgrozą, bo naprawdę zaczynał wierzyć w te słowa. Mało tego. To zaczynało się rozprzestrzeniać.



sobota, 25 maja 2013

Rozdział 64

Bezowocne przesłuchanie



Harry przeszył go spojrzeniem i skrzywił się ponownie. Hermiona uśmiechnęła się delikatnie, wodząc za wzrokiem przyjaciela. Snape wstał i przeciągnął się. Szczerze powiedziawszy, Hermiona uwielbiała jego zwyczaj spania jedynie w czarnych spodniach od piżamy. Chętnie wyrzuciłaby Harry'ego za drzwi, a nawet opuściłaby już te marne lekcje, byle tylko z nim zostać. Poza tym, wiedziała, że tors Harry'ego pozostawia wiele do życzenia i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Potter może być po prostu zazdrosny. Odwrócił wzrok. Snape podszedł do niego i przeszył go spojrzeniem czarnych oczu.
-Idę się ubrać, spróbuj ją tknąć, zrobić cokolwiek, a naprawdę dowiesz się, co to czarna magia.- burknął wściekle i odszedł.
Hermiona spojrzała na przyjaciela i spróbowała wyczytać coś z jego wyglądu. Zachowywał się trochę inaczej, jego oczy wydawały się dziwnie rozbiegane, ruchy jakieś niespokojne, ale nic poza tym. Nie potrafiła tak dobrze jak Severus "wybadać" charakteru człowieka. Jemu wystarczało zwykle jedno, przenikliwe spojrzenie i kilka faktów z życia. Drogą dedukcji potrafił powiedzieć o owym człowieku, na podstawie tych kilku informacji, bardzo dużo.
Czekali chwilę w ciszy, a Harry chyba naprawdę poważnie wziął sobie do serca groźbę Severusa, nawet nie patrzył na Hermionę. Snape wrócił do nich w mugolskim stroju. Miał na sobie czarną koszulę i ciemne spodnie. "Jakby jeszcze związał włosy...", pomyślała z uśmiechem. Przez zwykłą czarną koszulę wydawał się jeszcze bardziej wysoki i chudy.
Złapał Hermionę za rękę i przyciągnął do siebie. Zarumieniła się lekko i oboje poszli do salonu. Harry został w sypialni, nie wiedząc, co robić. Snape skinął na niego dłonią z ciężkim westchnieniem. Ten dzieciak go kiedyś wykończy...
Hermiona usiadła po turecku w zielonym fotelu i uśmiechnęła się do męża. Harry, zdezorientowany tym wszystkim usiadł na krześle, które sobie wyczarował. Wiedział aż za dobrze, że drugi fotel przed kominkiem, fotel Snape'a to świętość, a może nawet coś więcej. Severus podszedł do żony i obejmując jej twarz dużymi, płaskimi dłońmi, pocałował ją w czoło. Uśmiechnęła się uroczo i złożyła słodki pocałunek na jego ustach.
-Zrobić kawę?- zapytał z szelmowskim uśmieszkiem.
Pokręciła głową.
-Jesteś kochany, ale ja już piłam.
Skinął głową i wyszedł do kuchni, po drodze, rzucając zabójcze spojrzenie Harry'emu. Sam Potter był bardzo zdziwiony. Wiele razy widywał się ze Snape'ami, ale nigdy nie podejrzewał, że mogą być ze sobą tak szczęśliwi, jak na to wyglądali. Snape wrócił z kubkiem gorącej kawy i usiadł w swoim fotelu. Po raz kolejny przeszył na wylot spojrzeniem Harry'ego i upił łyk napoju.
-Więc, Harry.- wymówił jego imię z pewnym wahaniem.-Możesz powiedzieć nam, co takiego robiłeś u Mary w Skrzydle Szpitalnym?
-A co ty masz do tego?
Za szybko odpowiedział. Snape przyjrzał mu się uważnie, szukał jakiegoś punktu odniesienia, jakiejś wskazówki. Spojrzał prosto w zielone oczy. Może nie mógł tego udowodnić, ale:
-Jego oczy mówią wszystko.- mruknął.
Hermiona rzuciła mężowi pytające spojrzenie. Ona w oczach Harry'ego widziała jedynie zakłopotanie i nie rozumiała jak jej mąż zdolny był wyczytać z zielonych oczu coś więcej. No, tak. To były oczy jego Lily, znał je dobrze, uśmiechnęła się smutno. Severus zapewniał ją o swojej miłości tyle razy, a ona mimo to nadal trwała przy wniosku, że nigdy o Lily Evans nie zapomni. Severus, jakby czytając jej w myślach pokręcił głową. Przeklęty mistrz legilimencji i oklumencji. Westchnęła.
-Później ci to wyjaśnię.- szepnął w jej stronę.
Skinęła głową, ale nie patrzyła na niego. 
-Przez ciebie, Hermiona zaczyna mnie posądzać o coś, co jest zwykłym kłamstwem. Już cię nie proszę, ja żądam, żebyś wyjaśnił mi, dlaczego byłeś u Mary.- warknął Severus.
Harry zrobił wściekłą minę. Mistrz Elikisrów nie miał prawa pytać go o takie rzeczy i ingerować w jego życie. Tak, sam Harry miał takie prawo, ze względu na charakter swojej pracy, ale on nie mógł. Potter gwałtownie wstał, rozjuszony tym wszystkim i zdenerwowany atmosferą jaka panowała między Snapem a Hermioną.
-Nie będziesz mi rozkazywał!- burknął w stronę Severusa.
-Właśnie, że będę! Kretynie, nawet nie wiesz, do czego Mary jest zdolna!- Severus również wstał. 
-Dość!- wrzasnęła Hermiona.-Wiedziałam, że to do niczego nie prowadzi. Koniec tego wszystkiego.
Obrzuciła ich krytycznym spojrzeniem i wyszła z gracją. Zielone szaty powiewały za nią jak skrzydła. Wyglądała pięknie. Dlaczego Severus tak lubił ją denerwować? Bo wyglądała pięknie, kiedy się złościła. Teraz jednak było mu żal, że zachował się z taką lekkomyślnością. 
-Przejęła twoje nawyki.- mruknął w jego stronę Harry.



Amortencja była dziwnie osłupiała ostatnimi czasy. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, a że nie chciała widzieć się z Rose, siedziała w dormitorium, na łóżku, kolana miała podciągnięte pod samą brodę i wpatrywała się tępo w ścianę. Co zrobić z tymi "blond lokami"? Co zrobić? Opadła bezwładnie na łóżko i zamknęła oczy. Po chwili jednak podniosła się i rozejrzała jakby była tu pierwszy raz. Siedziała na łóżku z czterema kolumienkami i zasłonami, ale nie tak przytłaczającymi jak u Gryfonów. 
Kolumny były białe i sprawiały wrażenie, jakby nie były z marmuru, cienkie i smukłe. Zasłony nie były z ciężkiego materiału, łagodnymi falami okalały z czterech stron łóżko nakryte zieloną pościelą. Amortencja czuła się tu dobrze i nie chciała stąd odchodzić. Cały czas jednak myślała o Scorpiusie. Scorpiusie i Trelawney. Co ta stara oszustka wymyśliła? 
Z westchnieniem przeszła do pokoju wspólnego. Nikogo tam nie było prócz tych dwóch osób, które nie powinny znajdować się w jednym pomieszczeniu razem. Przełknęła głośno ślinę. Scorpius siedział na kanapie z Rose i rozmawiali, śmiejąc się. Albus, który dopiero teraz przykuł jej uwagę wpatrywał się w kominek w stanie głębokiego zamyślenia. Amortencja zacisnęła dłonie w pięści.
Podeszła do nich bojowym krokiem, a Albus oderwał wzrok od rozpalonego ognia w kominku.
-Przepraszam.- wycedziła przez zaciśnięte zęby w stronę Rose.
Rose podniosła głowę i uśmiechnęła się. Amortencja oddychała ciężko. Teraz dopiero poczuła, co to znaczy mieć temperament po ojcu.
-O ile mi wiadomo, nie jesteś Ślizgonką ani trochę.- kontynuowała jadowitym tonem.
Z rumianej twarzy Rose powoli znikał uśmiech. Nie wiedziała, co ma począć. Amortencja mierzyła ją wzrokiem, a Scorpius zastanawiał się, co to wszystko ma znaczyć.
-Więc, co na Salazara Slytherina i jego nadmierną ambicję robisz w pokoju wspólnym Ślizgonów?!- syknęła.
-Tencja, co ci jest?- zapytała Rose niewinnie.
-Nic mi nie jest i nie nazywaj mnie tak! Nie lubię tego, nigdy nie lubiłam!
Odwróciła się na pięcie i odeszła z gracją. Cała trójka wzruszyła ramionami, ale i Scorpius, i Albus myśleli o niej przez resztę wieczoru. I obaj powzięli postanowienia, że pogodzą się z nią, a Scorpius nareszcie zauważył jaka jest piękna.


Hermiona wyszła na błonia, a chłodny wiatr rozwiał jej włosy. Zbliżała się w końcu zima. Objęła się ramionami i westchnęła. Zadarła głowę, spojrzała w niebo. Było czyste i bezchmurne. Nie wiedziała, co myśleć. Och, kochała Severusa, ale te zielone oczy Harry'ego, wciąż była przekonana, że on wyczytał z nich emocje, bo przez tak długi czas je kochał, kochał, bo były jego Lily. Nie powinna nazywać jej "jego Lily". Teraz to ona była jego. Nie Lily.
Zauważyła Minerwę. Nie chciała zostać sama z myślami, których nie powinno być w jej głowie. Podbiegła do przyjaciółki i uśmiechnęła się. Spróbowała ją przytulić. Z daleka wyczuwało się, że Minerwa nie była w najlepszym humorze. Zaciskała usta w wąską linię i była jakaś spięta. Hermionie przypomniało się jej zachowanie, kiedy ostatnio się widziały.
-Minerwo, co się takiego stało?- zapytała z troską.
Przynajmniej miała się kim zająć. Wzięła przyjaciółkę pod ramię i ruszyły powolnym krokiem. Hermionie brakowało tych chwil, kiedy nie miała czasu absolutnie na nic poza Severusem i małą Amortencją. A gdyby tak? Nie, Severus nigdy nie zgodziłby się na drugie dziecko. Westchnęła przeciągle. 
-Więc, Minerwo?- otrząsnęła się i spytała ponownie starszą czarownicę.
-Albus nazwał mnie "Minnie".- powiedziała.
Hermiona wybuchnęła śmiechem. I to był jej największy problem? Że ten, którego kochała, z którym planowała ślub, nazwał ją zdrobniale? Nie mogła się powstrzymać i śmiała się dźwięcznie jeszcze przez chwilę. Minerwa spiorunowała ją wzrokiem.
-Minerwo, prze... przepraszam, ale co to ma być za problem?- nadal lekko trzęsła się ze śmiechu.-Albus nie miał nic złego na myśli, kocha cię.- powiedziała poważnie.
-Naprawdę tak myślisz?- zapytała z nadzieją.-Cały czas zajmuje się Faustem.
-Naszym Faustem?- Hermiona wytrzeszczyła oczy.-Przeklęty kot. Już ja się postaram, żeby nie wchodził do jego gabinetu przez najbliższe pół roku. Oddam go Amortencji.
Minerwa posmutniała ponownie.
-Amortencja chyba nadal ma kłopoty ze Scorpiusem.- mruknęła ponuro.
-Och, Minnie, coś wymyślimy, żeby przestali się kłócić.- puściła jej oko.
Minerwa skinęła głową. Hermiona nie chciała, żeby jeszcze jej córka miała kłopoty. Była za młoda na związek, ale to nie znaczy, że nie mogły z Minerwą sprawdzić, czy naprawdę do siebie pasują...